Racjonalne samobójstwo prawem człowieka?

Kilka dni temu pewien mój facebookowy znajomy musiał uśpić psa. Głęboko to przeżył. Zwłaszcza że do nowotworu, w wyniku którego stan czworonoga tak się pogorszył, iż jedynym humanitarnym wyjściem była śmierć, przyczynił się, prawdopodobnie zupełnie świadomie, łasy na pieniądze weterynarz. Czy można aż tak bardzo przywiązać się do zwierzęcia, że perspektywa jego odejścia wydaje ci się niemal równie tragiczna jak śmierć bliskiej osoby? Tak, można. Dopóki przed pięciu laty w naszym domu nie zamieszkał Duszek, ja też tego nie rozumiałem.

Wiem, że i nas kiedyś to czeka. To znaczy starzenie się, zapewne jakieś choroby, a potem śmierć Duszka. Wiem, że te chwile się zbliżają. Mówi mi o tym coraz wyraźniejsza siwizna na jego pyszczku, mimo iż wciąż jest rześki i wesoły. I zapewne tak będzie jeszcze przez parę lat. Pocieszamy się, że ponieważ jest kundlem, a do tego funkcjonuje w cieplarnianych warunkach, ten czas jest wciąż daleki. Mam jedynie nadzieję, że bez względu na to, co się zdarzy, nigdy nie będziemy musieli podejmować decyzji o zastrzyku. Nie wyobrażam sobie tej chwili. Nawet podanie narkozy, kiedy zabraliśmy go na czyszczenie zębów, było dla nas mocnym przeżyciem.

No więc ja i ów znajomy wdaliśmy się w krótką wymianę zdań na temat eutanazji. A dodam tu, że obaj mamy za sobą również doświadczenie odchodzenia bliskich osób. Zgodziliśmy się, że kiedy się patrzy na niewymowne cierpienie – czy to człowieka, czy psa, bez różnicy; psa może w pewnym sensie nawet bardziej, bo on przecież nie rozumie swojego stanu – może się pojawić myśl, że skrócenie tej męki jest czymś dobrym. Ale zgodziliśmy się też, że na dłuższą metę równałoby się to otwarciu drzwi do cywilizacyjnego piekła. Dlaczego? Bo A zawsze pociąga za sobą B. Bo dać człowiekowi palec, a ugryzie rękę.

Jeśli dziś ustalimy, że można abortować płód po trzech miesiącach, to jutro ktoś dojdzie do wniosku, że w zasadzie nie ma przeciwwskazań, by rozszerzyć ten margines na cały okres ciąży. A potem może przesunąć go i na wiek niemowlęcy? A potem jeszcze dalej i dalej. Jeśli dziś za przejaw humanitaryzmu uznamy eksterminowanie ludzi nieuleczalnie chorych i cierpiących, to jutro jakiś wybitny intelektualista zacznie się domagać prawa do legalnego samobójstwa w wypadku depresji lub zniechęcenia. Czyż zresztą nie dzieje się tak już?

Tacy po prostu jesteśmy. Zachłanni, egotyczni, głupi. Dać nam pierwiastki rozszczepialne, a zabijemy setki tysięcy istnień, nim przemknie nam przez łeb, że może dałoby się tego użyć do produkowania prądu. Często myślę w tym kontekście o chrześcijaństwie – jedynej religii, która rzeczywiście sprzeciwia się tkwiącemu w nas złu. Nawet jeśli Boga nie ma, zrodziła je jakaś lepsza i jaśniejsza strona naszej natury jako rodzaj bezpiecznika, czy raczej hamulca, mającego nas chronić przed nami samymi.

***

Dr Philip Nitschke to znany australijski orędownik tzw. „dobrej śmierci”. Sam siebie określa w mediach społecznościowych jako „wolontariusza na rzecz eutanazji i racjonalnego samobójstwa jako prawa człowieka”. Jest szefem dwóch organizacji propagujących aktywnie eutanazję. Jedna o nazwie Exit International postuluje jedynie (!) wspomaganie samobójstwa dla chorych i cierpiących, druga – Exit Action – posuwa się już o krok dalej i uznaje eutanazję za przywilej, który powinien być dostępny dla każdego po prostu na życzenie.

Jego najnowszy wynalazek, którego projektem podzielił się na Twitterze, to bardzo prosta w montażu, drukowana na drukarce 3D kapsuła o nazwie Sarco, która ma pozwolić każdemu skorzystać z samobójstwa bez konieczności asysty lekarza. Wystarczy posiadać kod pin, wejść i nacisnąć przycisk. Kod będzie można uzyskać na podstawie wypełnionego w sieci kwestionariusza. Po wejściu do środka i naciśnięciu guzika uruchamia się pompa tłocząca płynny azot, który w krótkim czasie obniży poziom tlenu, co ma skutkować śmiercią w przeciągu kilku minut.

Po sfinalizowaniu procedury kapsułę będzie można wykorzystać jako trumnę, a następnie, praktycznie od ręki, zainstalować nową. Wszystko szybko i z powierzchowną weryfikacją, bez pomocy z zewnątrz. Z zezwoleniem lekarza, lub nawet bez niego. Po prostu czysta i prawdziwa wolność.

***

Ciężko się coś takiego komentuje. Bo nawet jeśli jest to tylko wariacka wizja, która nie ma szans na urzeczywistnienie, to już sam fakt, że tego rodzaju pomysły się pojawiają, coś mówi o duchowej kondycji naszej cywilizacji. Muszę się przyznać, że jeszcze kilka lat temu byłem umiarkowanym zwolennikiem eutanazji. Byłem nim w tym sensie, że jako uważający się za liberała wychodziłem z założenia, iż każdy ma pełne prawo zrobić z własnym życiem, co mu się podoba, a mnie nie wolno go za to potępiać. Sam temat eutanazji tak naprawdę głębiej wszedł w mój horyzont za sprawą Janusza Świtaja.

Przypomnijmy. W 2006 roku jako pierwszy w Polsce złożył do sądu wniosek o zaprzestanie uporczywej terapii, czyli de facto o udzielenie mu zgody na tzw. wspomagane samobójstwo. Z jednej strony potrafiłem go zrozumieć. Jako osiemnastolatek uległ wypadkowi, w wyniku którego został całkowicie sparaliżowany, co skazało go na uzależnienie od coraz starszych i słabszych rodziców. Czy sam chciałbym tak żyć? Wątpliwości miałem wtedy i mam je teraz. Ale z drugiej właśnie jako liberała ubodło mnie, że w całej dyskusji, jaka potem przetoczyła się przez media, głównym wątkiem było tak naprawdę obarczanie śmiercią innych.

Świtaj nie mógł nawet palcem ruszyć, więc w jego przypadku byłoby to, powiedzmy, jakoś zrozumiałe. Ale dlaczego ktoś, kto miałby możliwość popełnić samobójstwo samodzielnie, musi zrzucać to na barki lekarzy? Dlaczego ktokolwiek miałby systemowo zmuszać ich do sprzeniewierzania się ich podstawowemu etosowi, jakim jest ratowanie życia, a nie jego odbieranie? A tak naprawdę dlaczego jednostka ma zrzucać odpowiedzialność za swój czyn na całe społeczeństwo?

Jakiś czas później obejrzałem hiszpański film „W stronę morza”, który nie tyle mierzy się z zagadnieniem eutanazji, co wręcz ją gloryfikuje. Jest to film zrobiony bardzo sprytnie. Jego sparaliżowany bohater, który – dokładnie tak jak Świtaj – stara się o zezwolenie na śmierć, budzi w widzu odruchową sympatię. Instynktownie zaczynamy mu kibicować. Jest tam na przykład scena, w której do zmiany decyzji stara się go przekonać ksiądz. Jednak choć też jeździ na wózku, co ma jakoby wzmocnić jego autorytet, zostaje bardzo jednoznacznie przedstawiony jako niepotrafiący wyjść poza martwe frazesy funkcjonariusz opresyjnej instytucji.

Im dłużej ten film analizowałem, tym oczywistsze stawało się, że w gruncie rzeczy jest on niczym więcej niż doskonale skrojoną propagandową agitką, mającą wylansować pogląd o eutanazji jako szczycie oświeconego, postępowego humanizmu w kontrze do „nieżyciowej” nauki nieczułego na ludzki los Kościoła. Eutanazja została tam skrajnie zestetyzowana – zupełnie jak w wypadku tej kapsuły, której nowoczesny design wręcz zachęca, by do niej wejść.

***

Czy się boję? Tak, boję się. Boję się starości, niedomagania, bólu, osamotnienia. Boję się, że będę dogorywał w jakimś anonimowym szpitalu, w którym personel będzie tylko czekał, aż wreszcie zwolnię łóżko. Ale chyba jeszcze bardziej boję się, że właśnie wtedy myśl o śmierci stanie mi się słodka. Wyobrażam sobie sytuację, że przychodzi do mnie jakiś młody lekarz ubrany w sterylny uniform i proponuje, że można to skrócić, to przecież nic takiego, ot zwykły zastrzyk, a ja się zgadzam. A jeśli projekt Nitschkego zostałby wdrożony, będzie jeszcze łatwiej. Do tego zniknie argument, że kogoś swoją decyzją obarczam.

Dopóki jestem jeszcze relatywnie młody, zdrowy i jako tako sprawny, nie powinienem się w tych kwestiach wypowiadać zbyt autorytatywnie. Nie powinienem, bo rzeczywiście któregoś dnia życie może powiedzieć „sprawdzam”, a ja ten egzamin z heroizmu sromotnie obleję. Może się tak stać. Jednak z drugiej strony przypadek Świtaja dobitnie pokazuje, że czasem wołanie o śmierć to po prostu wołanie o uśmiech, o życzliwość, podanie ręki. Wystarczyło, by jego historia poruszyła serca i by w wyniku tego pojawiła się realna pomoc, a chęć do życia na nowo w nim rozgorzała i nawet biologiczne ograniczenia nie były w stanie jej stłumić.

Tak jest zresztą często w wypadku osób wysyłających sygnały, że zamierzają popełnić samobójstwo. I naprawdę coś z gruntu złego, demonicznego wręcz, stoi u podstaw filozofii, która postuluje budowanie dla nich kapsuł śmierci i jeszcze śmie nazywać to ich prawem. To tyleż żałosny, co przerażający symbol duchowej dezercji, jakiegoś totalnego nihilizmu. Strzeż nas, Panie, od takich „wolontariuszy”.


Źródło: 

http://malydziennik.pl/oto-maszyna-smierci-doslownie-sarco-posluzy-jako-sala-samobojcow-trumna-i-wykorzystaja-ja-inni,9132.html

Polecam również

  • Artur Boratczuk

    Moim zdaniem, Marcinie, wieszcząc cywilizacyjne piekło wskutek prawa do eutananzji, zamykasz oczy na stan faktyczny, w którym prawo do odebrania sobie życia jest tak na dobrą sprawę od dawna zaakceptowane. I nie będę się tutaj posiłkował Seneką, który wprost to prawo gloryfikował i który jest, jakby nie patrzeć, jednym z ojców naszej cywilizacji. Bo w chrześcijaństwie, które od pewnego czasu, jak zauważyłem, zaczęło Ci trochę odbierać samodzielność myślenia, dogmat o bezwzględnej świętości życia ludzkiego to hipokryzja. To uświęcone życie może sobie jego szczęśliwy posiadacz spokojnie odebrać ku chwale Pana, o ile sam akt nazwany zostanie trochę inaczej: ofiarowaniem, ofiarą, poświęceniem. Klasyczny przykład to ojciec Kolbe. Z kręgów świeckich można wymienić takiego Ordona czy Wołodyjowskiego, którzy wysadzali się ku chwale Boga, Ojczyzny i Lektur Szkolnych. Wojskowym zresztą z natury bardziej do twarzy ze śmiercią samobójczą niż hamletyzującej cywilbandzie i dlatego honorowe samobójstwo, zwykle przez palnięcie sobie w łeb, jest tam zjawiskiem nie budzącym specjalnego zgorszenia i nie wiąże się z wygłaszaniem przydługich monologów. A samobójcy wśród twórców literatury? Toż tu aż się roi od samobójców i jakoś literatura i czytelnicy to znoszą. A skoro uderzyłeś w apokaliptyczne tony i od razu cywilizację stawiasz na szali z marnym ludzkim życiem, to zwrócę Twoją uwagę, że są cywilizacje, gdzie samobójstwa popełniane są pasjami, ot choćby Japończycy.
    Zgadzam się, że z problemem eutanazji z dużym prawdopodobieństwem przyjdzie stanąć oko w oko wielu z nas. Cuda medycyny często przedłużają już bowiem nie życie lecz agonię (jednak Seneki nie mogłem ominąć). Przytaczane przez Ciebie filmowe i rzeczywiste przykłady osób sparaliżowanych, które samodzielnie nie będą mogły uczynić ostatniego gestu, są jednak trochę mało reprezentatywne dla problemu. Bo wielu, zapewne większość zapewne jednak będzie mogła samodzielnie połknąć tabletkę, zrobić sobie zastrzyk, przykręcić kroplówkę lub tradycyjnie palnąć sobie w łeb. Nie będą pisali do trybunałów, nie będą angażować mediów i ośrodków myśli politycznej. Po prostu dokonają wyboru, aktu wolności której nie może odebrać prawo pisane przez ludzi ani podyktowane przez Boga pasterzom na pustyni parę tysięcy lat temu.

    • Ale ja niczego nie wieszczę. To cywilizacyjne piekło nie jest żadną apokaliptyczną wizją tylko, w mniejszym lub większym stopniu, już rzeczywistością. Choćby w Belgii czy w Holandii. Co nie znaczy, że ja mam się na nie potulnie zgadzać. Co mi po Senece? Albo po strzelających sobie w łeb żołnierzach lub artystach? Co to w ogóle za argument? To jakaś sofistyka wedle zasady: wszyscy, a przynajmniej większość, patrzą przez palce na korupcję, więc krytykując ją, zamykasz oczy na stan faktyczny, w którym korupcja jest już dawno zaakceptowana. To może zlikwidujmy CBA? Może w ogóle policję zamknijmy. Bo przecież kradzież czy gwałt też są od dawna obecne. No wybacz, ale do tego się trochę Twój wywód sprowadza. I daruj sobie przytyki o chrześcijaństwie. Ono narodziło się właśnie po to, byśmy już nie byli skazani na prawdy objawione różnych mędrców w rodzaju Seneki. Swoją drogą to dość kuriozalny zarzut, tak charakterystyczny dla typowego podwórkowego antyklerykalizmu. Rozumiem, że gdybym powoływał się na prawo Wikingów czy coś w tym guście, uznałbyś to za szalenie nowatorskie i hipsterskie, tak? Ale że na chrześcijaństwo? O, no to wtedy na pewno tracę samodzielność myślenia. I nie wpieraj mi, że naprawdę nie dostrzegasz różnicy między poświęceniem się dla innych a samobójstwem. Oczywiście, że każdy może się zabić. Jesteśmy wolni. Ostateczny wybór zawsze należy do nas. Niemniej jeśli w wymiarze społecznym, gdzie jednak pewne pryncypia siłą rzeczy muszą obowiązywać, główną odpowiedzią na cierpienie jest likwidacja – czy to w fazie prenatalnej, czy jakiejkolwiek innej – to takie społeczeństwo staje się rzeczywiście piekłem. A co więcej piekłem progresywnym, w którym być może za kilka lat od niektórych “niewydolnych” ludzi (być może nawet takich jak ja) już się nawet nie będzie oczekiwać oczywistej decyzji, tylko po prostu się ich uśpi jak psy. Oczywiście dla ich własnego dobra, żeby już się nie męczyli. I o tym jest ten tekst. Kiedy umierała moja matka, to nawet sobie nie wyobrażasz, jak się cieszyłem, że żyjemy w tej strasznej katolickiej Polsce, a nie w nowoczesnej Belgii, gdzie zapewne już dzień po przywiezieniu jej do szpitala zaproponowano by wyciągnięcie wtyczki.

      • Artur Boratczuk

        Marcinie, no cóż, czy to Ci się podoba czy nie, to co dla ciebie jest piekłem, dla innych wcale nim być nie musi. Nie plwałbym też na Twoim miejscu na Senekę, bo doktorzy Kościoła, św. Augustyn na pewno, czerpali z niego całymi garściami. Preparowano nawet apokryficzną korespondencję Seneki ze św. Pawłem, bo Seneka ogólnie bardzo pasował ideologii chrześcijańskiej, choć oczywiście wybierano z niego, to co bardziej ideologom pasowało, pomijając milczeniem inne poglądy tego szacownego mędrca, w tym te o samobójstwie.

        Różnica między śmiercią z poświęcenia a samobójstwem istnieje, owszem, ale w przypadku Kolbego są jednak, moim zdaniem, tym samym. Zanim zaczniemy dalej dyskutować, proponuję jakoś zdefiniować samobójstwo, bo może się okazać, że myślimy o czymś całkiem innym.

        Samobójstwo zdefiniowałbym jako: “Świadomie podjęty czyn nieuchronnie prowadzący do utraty życia”. Ważna w tym jest świadomość, bo na przykład za samobójcę nie uznałbym osoby, która odruchowo zasłania swoim ciałem inną podczas ostrzału, bo jest tego nauczona (choćby ochroniarze Bardzo Ważnych Osób). Ważne jest też, że czyn prowadzi do utraty życia nieuchronnie. Za samobójcę nie uznałbym więc na przykład strażaka wchodzącego do płonącego wieżowca, aby ratować innych wbrew wszelkiemu rozsądkowi, doświadczeniu i rozkazom przełożonych, bo on jednak musi się łudzić, że jakimś cudem wysmyknie się z ognia. Gdyby był pewien, że spłonie, jego czyn nie miałby sensu, bo gdyby miał spłonąć, po diabła się tam pchał? Nie da się kogoś wynieść z ognia, samemu w nim wcześniej spłonąwszy. Ważne jest też, że czyn prowadzi do utraty życia, a nie że życie trzeba sobie odebrać własnoręcznie lub konkretnie o to kogoś prosić. I przy takiej definicji czyn Kolbego jest samobójstwem. Bo z szeregu wyrwał się sam (świadomość). Nie liczył chyba na to, że ten esesman nagle powie: “Chciałem tylko sprawdzić, czy ktoś ma tutaj jaja! I wy, Kolbe, macie. Do szeregu i zgłosicie się po dodatkową porcję marmolady” (nieuchronność). “Nie liczył też chyba na to, że jakoś się w tym bunkrze głodowym uchowa (utrata życia).

        • Artur, ja nie plwam na Senekę. Chodziło mi po prostu o to, że wyciągając go, posłużyłeś się tzw. mzimu autorytetu, przed którym trzeba padać na twarz i się z nim bezwzględnie zgadzać tylko z tego tytułu, że tym autorytetem jest. Tak samo z pisarzami. No bo że niby co? Skoro wielu się zabiło, a ja postrzegam się jako jeden z nich (choć w sumie coraz mniej), to automatycznie muszę być apologetą samobójstwa?

          Przyznam Ci się szczerze, że nie znam zbyt dobrze kwestii korespondencji Seneki z ojcami Kościoła, ale też fakt pomijania jego poglądów na samobójstwo przy ogólnym zgadzaniu się w innych sprawach nie wydaje mi się jakoś szczególnie bulwersujący. Do pewnego stopnia jest nawet zrozumiały. Natomiast Twoje zdanie, że to, co dla jednych jest piekłem, dla innych wcale nim być nie musi, trochę w zasadzie unieważnia całą rozmowę. Nie sądzisz? Bo to jest taki wytrych w stylu “o gustach się nie dyskutuje”. Dla mnie jest, dla Ciebie nie, więc cześć czołem i się rozchodzimy. No chyba nie do końca.

          Ja stoję na stanowisku, że to właśnie chrześcijaństwo – niezależnie jakbyśmy oceniali jego czysto ludzką i instytucjonalną stronę – dało światu pojęcie godności osoby. Autentycznej i niezbywalnej, niezależnie od jej stanu, majątku itp. Gdyby nie ono, prawdopodobnie nie mielibyśmy dziś publicznej służby zdrowia czy hospicjów. Mielibyśmy własnie piekło, o którym mówię. Piekło, które wbrew pozorom nie jest kwestią gustu.

          Natomiast co do Kolbego… powiem tak: jeśli jego czyn uznamy za rodzaj zawoalowanego samobójstwa, to tak naprawdę w jednym szeregu z nim powinniśmy postawić Jezusa. Przecież on też raczej nie miał złudzeń, że Rzymianie mu odpuszcza, prawda?

          Tylko cały pic polega na tym, że gdyby nie on i cała nabudowana na jego postaci filozofia – filozofia, która zresztą cały czas się tworzy i od epoki św. Pawła poczyniła jednak pewne postępy – nie mówilibyśmy w ogóle o tej kwestii wolności, którą wcześniej wspomniałem.

          • Artur Boratczuk

            Tak czułem, że wyjedziesz z Jezusem… Też się zastanawiałem, czy on pasuje do mojej definicji samobójstwa. Mi nie pasuje, bo jednak mógł po cichu liczyć, że Piłat jakoś tam zamiecie sprawę pod dywan, albo że pospólstwo go jeszcze ocali zamiast Barabasza. Mógł, gdyby był człowiekiem, ale z Jezusem to wiesz…, Od dzieciństwa, mimo że uczęszczałem na religię i byłem ministrantem, buntowało się coś we mnie przeciwko tej całej mętnej i nadętej gadaninie o Bogu, który jest Jeden, ale jest w Trójcy i Jezus jest też Bogiem, ale i Synem Bożym, a do tego Człowiekiem (człowiekiem?). Naprawdę czekałem na moment, kiedy będę już na tyle duży, że się postawię i nie będę musiał rano w niedzielę iść na mszę i słuchać tych bredni. Nadszedł ten moment gdzieś, kiedy miałem 13 lat. I, Marcinie, nie chcę już więcej się głowić nad Jezusem, wybacz. Moim zdaniem religia zrodzona na potrzeby pastuszków kilka tysięcy lat temu, mimo filozoficznej nadbudowy choćby najnowszej produkcji, jest niezdolna do zmierzenia się z problemami świata w XXI wieku i może tylko przybierać pozy świętoszkowate i straszyć tym co zawsze. Zatem rzeczywiście chyba za dużo nie pogadamy. Może kiedyś, przy innym temacie, bo są w końcu ważniejsze sprawy niż śmierć i życie. Bywaj!