Pytanie o aborcję to pytanie o wolność

Wiele razy zastanawiałem się, jak bym postąpił, gdybym był posłem i musiał oddać głos w sprawie ustawy aborcyjnej. Zwłaszcza że argumenty obrońców życia nie są dla mnie bez znaczenia. Myślę, że chyba po prostu bym się wstrzymał. Niezależnie od tego, czy w moim klubie obowiązywałaby dyscyplina, czy nie. Zresztą w ogóle idea odgórnego narzucania politykom, jak mają głosować, wydaje mi się cokolwiek podejrzana. Nie żebym był jakimś fanem demokracji po grobową deskę – system jak system, ma swoje wady – jednak skoro już zgodziliśmy się, że ma nam organizować świat, warto byłoby stosować go konsekwentnie.

A już w przypadku tak zwanych kwestii światopoglądowych ograniczanie ludziom – politycy, choć może trudno niekiedy uwierzyć, to też ludzie – prawa do wyboru wydaje się wyjątkowo rażące. Kompromis aborcyjny dzieli społeczeństwo dokładnie tak samo jak ewentualny zakaz czy – równie niezadowalająca niektóre gremia – liberalizacja. Wydaje mi się, że państwo po prostu w ogóle nie powinno się wtrącać w ten obszar. Najsensowniejsze, choć przecież niemożliwe – nie w sytuacji, gdy na szalach leżą interesy najróżniejszych, sprzecznych ze sobą grup – byłoby nie zajmowanie stanowiska. I to dotyczy właściwie ogółu zjawisk, które odnoszą się do sfery szeroko pojętej aksjologii. Naprawdę nie wszystko musi być regulowane przepisami.

Wolność to ciężar odpowiedzialności. Człowiek prawdziwie wolny to ten, który podejmuje ryzyko, nie wiedząc, czy obrany przez niego kierunek jest słuszny. Jego busolą powinna być zaś intuicja moralna, ugruntowane wyczucie dobra i zła. Żebyśmy się dobrze zrozumieli: ja nie nawołuję do zniesienia prawodawstwa i zastąpienia go bezhołowiem, licząc naiwnie, że złodziej sam z siebie będzie wiedział, że nie wolno mu kraść. Stawianie granic jest ważne, ale według mnie istnieje pewne spektrum absolutnie fundamentalnych aspektów ludzkiego życia, które wymykają się legislacyjnym kategoriom. Dobre prawo – tak jak ja, laik, je rozumiem – powinno ułatwiać nam funkcjonowanie, jednak dziś zbyt często stanowi ono broń, za pomocą której poszczególni dysponenci jedynie słusznej wizji świata chcą ją narzucić całej reszcie, w czym do absolutnego mistrzostwa doszła lewica.

Dlatego też uważam, że obecny odgrzany po dłuższej hibernacji spór o aborcję tak naprawdę wcale nie dotyczy tego, czy wolno nam uśmiercać dzieci w stadium prenatalnym. Tak, dzieci! Nie zarodki, embriony ani skupiska komórek! Jego istotą jest to, czyje ma być na wierzchu i kto przeforsuje swoją prawdę. W tym sensie zarówno Kościół oraz aktywiści pro life, jak i głosiciele kretyńskiego hasła „mój brzuch, moja sprawa”, zamotali się w pułapkę, którą zastawiła współczesność.

Kiedyś pewne rzeczy były oczywiste. Definicji rodziny czy prawa do życia nie trzeba było wpisywać do konstytucji, gdyż obowiązywał wywodzący się z powszechnego przekonania konsensus. Kto chciał poza niego wykroczyć, robił to na własny rachunek i miał świadomość konsekwencji. Później rozpoczęły się dynamiczne przemiany. Dawne paradygmaty zostały w ich wyniku podważone, a stojące na ich straży wartości – rozmyte. Oczywiście maksymalnie upraszczam, jednak chodzi mi tu o ogólną prawidłowość, a nie o precyzyjne określenie, kiedy i jak to się zaczęło. Tyle że nawet w sytuacji aksjologicznej atrofii, z jaką mamy obecnie do czynienia, przyrodzona naszemu gatunkowi potrzeba ładu wcale nie znikła. Dlatego też to, co kiedyś regulował obyczaj, dziś usiłuje się egzekwować paragrafami. Prawo w tej chwili jest nieoficjalną religią zachodniego świata.

Usiłując więc wymusić ustawowy zakaz aborcji, Kościół poniekąd wskakuje w buty swoich przeciwników i zniża się do walki ich metodami. I niestety obawiam się, iż wynika to bardziej z poczucia bezsilności, aniżeli z autentycznej troski o ludzkie życie, której swoją drogą wcale prolajferom nie odmawiam. Z tym jest w pewnym sensie trochę jak z obrazą uczuć religijnych – powoływanie się na kodyfikujący ją paragraf, moim zdaniem zresztą całkowicie zbędny, to klasyczny odruch obronny. Moralne zwycięstwo chyba jednak nie do końca na tym polega.

Bóg, chcąc uszanować naszą wolność, umieścił w Edenie drzewo poznania dobra i zła. Adam i Ewa nie musieli słuchać podszeptów węża i zrywać z niego owocu. Jeśli Bóg rzeczywiście jest wszechwiedzący, istnieje duże prawdopodobieństwo, że doskonale wiedział, co się stanie, a mimo to dał im wybór. Musiał tak postąpić, bo inaczej nie byliby istotami wolnymi na jego obraz i podobieństwo. Czy mimo to cierpiał, gdy upadali? Na pewno tak. A jednak się nie wycofał, nie pozbawił ich raz otrzymanego daru. Dziś powiedzielibyśmy, że potraktował ich po partnersku. Pozwalając im popełnić kardynalny błąd, jednocześnie otworzył przed nimi drogę powrotu, dał szanse, żeby czegoś się nauczyli. A co najważniejsze – nie pozostawił ich z tym samych, towarzyszył im, podsuwał wskazówki, a nawet własnego Syna.

Zabrzmi to być może patetycznie, ale wstrzymanie się od głosu byłoby dla mnie taką właśnie boską prerogatywą. Jak już wspomniałem na początku, moje serce jest po stronie obrońców życia poczętego. Składa się na to wiele czynników niekoniecznie religijnej natury. Niemniej nie branie pod uwagę wypadków granicznych, takich jak choćby te ujęte w kompromisie, też jest jakąś formą okrucieństwa, zwłaszcza gdy jedynym, co mamy do zaoferowania kobiecie stojącej przed dramatem wyboru, miałyby być umoralniające frazesy i nic poza. Według mnie walka o życie, o poszanowanie jego godności, powinna być raczej walką o kulturę życia, niż wzajemnym ostrzeliwaniem się zakazami i nakazami. Ale też warto, żebyśmy traktowali się właśnie po partnersku i nie byli wobec siebie hipokrytami.

A taką hipokryzją, odwracaniem przysłowiowego kota ogonem, są między innymi całkowicie jałowe spory o to, kiedy zaczyna się człowiek. Albo zgodzimy się, że jest nim od początku, w związku z czym brzemię decyzji o jego ewentualnym unicestwieniu nabierze metafizycznego ciężaru, albo wypłyniemy na mętne wody relatywizmu, w których będzie można dowolnie manipulować definicyjnym suwakiem i negocjować granice człowieczeństwa w zależności od aktualnego widzimisię. Argument, że jeśli dziś pozwolimy sobie na zabicie dziecka tylko ze względu na zespół Downa, to jutro równie dobrze możemy uznać, iż przejawem humanizmu jest na przykład wyeliminowanie osób niewidomych albo cierpiących na depresję, nie jest aż tak pozbawiony racji, jak mogłoby się z pozoru wydawać. Język zerwany z uwięzi działa jak kostki domina.

Nie czarujmy się: jesteśmy cywilizacją infantylnych egoistów, którzy za chwilę przyjemności bez zobowiązań gotowi są sprzedać własną matkę, zdradzić przyjaciela czy nazwać dziecko skupiskiem komórek. Byle tylko odsunąć od siebie ciężar odpowiedzialności. Chlubimy się naszą rzekomą wolnością, podczas gdy tak naprawdę przed nią rejterujemy, a tych, którzy usiłują unaoczniać nam wynikające z niej konsekwencje, najchętniej byśmy ukamienowali. Wycieranie sobie przez proaborcjonistów gęby przypadkami kobiet, dla których kwestia usunięcia ciąży może być rzeczywiście sprawą życia i śmierci, jest taką samą podłością jak ta, którą zarzucają chcącym je zmusić, by za wszelką cenę urodziły.

W ewangelii według Mateusza jest przypowieść o pszenicy i kąkolu. Gdy żeńcy przychodzą do gospodarza i pytają go, czy wytrzebić chwast, ten im mówi, aby pozwolili rosnąć obojgu aż do żniw, bo wycinając kąkol, mogliby zniszczyć pszenicę. Obecna dyskusja o zakazie aborcji trochę mi się z tą przypowieścią kojarzy. Niestety nie mam złudzeń. Temat aborcji to zbyt łakomy kąsek, by zarówno lewica, jak i prawica, mogły go sobie odpuścić. Za dużo jest na nim do ugrania. Kościół zaś może na dobrą sprawę zrobić tylko jedno: nieustępliwie trwać przy swoim stanowisku.

A w skrajnych wypadkach po prostu towarzyszyć, nie gwałcąc boskiego daru wolności. Choć nie wątpię, że i za to będzie flekowany. Taki już jego los.

Poprzednie