Pytania o Europę w cieniu Altiero Spinellego

Nie odwiedza się czyjegoś grobu i nie składa na nim kwiatów, jeśli się tego kogoś nie darzyło szacunkiem. Nie nazywa się czyimś imieniem budynku – zwłaszcza kiedy mieści on siedzibę poważnej instytucji mającej wpływ na życie milionów ludzi – jeśli się przynajmniej w jakimś stopniu nie podziela głoszonych przez tę osobę idei. I wreszcie – nie powołuje się think tanku, który te idee czyni swoją myślą przewodnią, jeśli za jego pomocą nie zamierza się ich wcielać w życie. Kolejna teoria spiskowa? Nic z tych rzeczy. Suche fakty plus kilka nasuwających się w związku z nimi pytań.

Ich kontekstem i wymownym tłem jest zarówno unijny szczyt w Brukseli, który w chwili, gdy piszę te słowa, jeszcze się nie zaczął, jak też zbliżająca się sześćdziesiąta rocznica podpisania traktatów rzymskich, stanowiących ważny kamień milowy na drodze powstania UE. Warto tu przypomnieć, że ledwie dwa dni przed brukselskim szczytem doszło w Wersalu do spotkania przywódców czterech państw zaliczanych dziś do tzw. twardego jądra Unii, podczas którego Angela Merkel i Francois Hollande głośno powiedzieli, a więc niejako oficjalnie potwierdzili, to, co wielu mówi już od dawna: a mianowicie, że nie da się uniknąć Europy wielu prędkości. Nawet nie dwóch, a właśnie wielu różnych.

Nie chcę się tu szczegółowo wdawać w analizę owych konstatacji, ani tym bardziej próbować określać, do którego z przysłowiowych pociągów, na jakie Unia się rozpada, Polska powinna wsiąść. Zainteresowało mnie coś innego, konkretnie zaś dwie sprawy. Pierwsza to w zasadzie już wymienne stosowanie pojęć „Europa” i „Unia” jako tożsamych i nierozerwalnych. Druga to słowa Hollande’a, że „chodzi o to, aby iść szybciej i mocniej w gronie niektórych krajów, nie wykluczając innych, ale tak, by inni nie mogli się temu przeciwstawić”.

Doskonale rezonuje to z wnioskami sformułowanymi po spotkaniu głów tych samych państw (poza Hiszpanią), które odbyło się w ubiegłym roku zaraz po brytyjskim referendum. Unosiła się wówczas nad Europą aura żałoby i, nie wahajmy się tego tak nazwać, paniki, którą także i ów nieformalny szczyt zdawał się być przepojony. Po jego zakończeniu wszyscy ekscytowali się głównie tym, że – aby posłużyć się barokową nomenklaturą Stanisława Michalkiewicza – Nasza Złota Pani i jej frędzle chcą gasić ogień benzyną, konsolidując wspólnotę, zamiast bić się w piersi, że spowodowali kryzys, przez który ona teraz się rozłazi. Co ciekawe, zarówno wtedy, jak i obecnie w Wersalu Nasi Umiłowani Przywódcy zwrócili uwagę na konieczność wzmocnienia działań na rzecz euroobronności.

Natomiast mało kto pochylił się nad miejscem, w którym owa dyskusja się odbyła. Z mediów mogliśmy się dowiedzieć, że jest nim mała włoska wysepka Ventotene na Morzu Tyreńskim. To tam, na pokładzie lotniskowca „Giuseppe Garibaldi”, Merkel, Hollande i Renzi wystąpili na konferencji prasowej, podczas której padły żarliwe zapewnienia, że po Brexicie Europa się nie kończy, a wręcz przeciwnie. Kolejną ciekawą i podawaną jakby na marginesie informacją było, że złożyli oni kwiaty w unijnych barwach na znajdującym się na wyspie grobie Altiero Spinellego.

Któż zacz? Ano, jak można było przeczytać choćby na stronie Polskiego Radia, dziennikarz, który siedział tam w faszystowskim więzieniu i w 1941 roku został współautorem (poza nim było ich jeszcze dwóch) „Manifestu na rzecz Europy wolnej i zjednoczonej”. Manifest stał się jednym z dokumentów ideowych integracji europejskiej, a Spinelli jest uważany za jednego z ojców Unii Europejskiej. I zresztą nie tylko ojców, bo później był też czynnym politykiem. W latach 60. Spinelli założył Instytut Spraw Międzynarodowych w Rzymie, w roku 1970 został członkiem Komisji Europejskiej odpowiedzialnym za politykę przemysłową, zaś później – w pierwszych bezpośrednich wyborach dostał się do Parlamentu Europejskiego jako niezależny kandydat na liście Włoskiej Partii Komunistycznej.

Zmarł w roku 1986, a na jego cześć nazwano jego imieniem jeden z głównych budynków PE w Brukseli. Tuż przed śmiercią zdążył jeszcze, wraz z grupą kilku posłów skupionych w tzw. Klubie Krokodyla, przeforsować w PE wniosek stanowiący bazę do traktatu ustanawiającego Unię – tzw. „Plan Spinellego”. Bez poparcia parlamentów narodowych dokument upadł, lecz tak czy owak dał impuls do późniejszych negocjacji, które doprowadziły do przyjęcia w 1986 roku Jednolitego Aktu Europejskiego, zaś w roku 1992 – do uchwalenia słynnego Traktatu z Maastricht, który przesądził o obecnym kierunku rozwoju.

Jeśli ideowym praźródłem tego wszystkiego – ważniejszym niż traktaty rzymskie, a nawet niż Wspólnota Węgla i Stali – miałby być ów manifest, podobno spisany na papierosowej bibule i cudem przemycony z wyspy, następnie rozpowszechniony w kręgach włoskiego ruchu oporu i ruchu federalistycznego, to trzeba przyznać, że robi się jeszcze ciekawiej. Bo oto niczym w soczewce skupiają się w nim wszystkie dogmaty, jakimi karmiła się ówczesna lewica, i które w jej doktrynie pobrzmiewają do dziś. Głównym jest oczywiście przeświadczenie, że jedyną metodą uniknięcia w przyszłości konfliktów jest… anihilacja suwerennych państw.

Manifest formułuje to bardzo jasno. „Pierwszym zadaniem, bez rozwiązania którego wszelki postęp będzie tylko złudzeniem, jest ostateczne zlikwidowanie granic dzielących Europę…” Mowa jest w nim także o „wprowadzeniu nowoczesnej kultury” oraz o tym, że „europejska rewolucja musi być socjalistyczna”, natomiast własność prywatna „musi być – w zależności od sytuacji – zniesiona, ograniczona, skorygowana albo rozszerzona…” Kto i według jakich kryteriów miałby o tej sytuacji decydować? Na to manifest również udziela dosyć klarownej odpowiedzi: „Adekwatność i realizacja każdego pojedynczego punktu programowego musi być badana pod względem jego zgodności z bezdyskusyjnym (bezdyskusyjnym!) warunkiem europejskiej jedności”. Brzmi jakoś dziwnie znajomo, prawda?

Nie chcę ugrzęznąć tu w cytatach ani wikłać się w szczegółowe interpretacje tego dokumentu, tudzież w przeprowadzanie analogii między jego wytycznymi a obecnym modelem integracji europejskiej. Odsyłam do nadzwyczaj wyczerpującego opracowania Krzysztofa Karonia. Nie zamierzam też, podobnie jak Karoń, występować przeciwko samej idei integracji. Ale muszę zgłosić kilka niepokojących mnie, i nie tylko mnie, w związku z tym wątpliwości.

Po pierwsze sam Spinelli. Jak na kogoś tak bardzo zasłużonego dla projektu wspólnej Europy jest on osobliwie – by tak to ująć – schowany. Mimo iż ma w Brukseli „swój” budynek, mało kto tak naprawdę dziś wie, kim był i dlaczego właściwie uhonorowano go takim zaszczytem. Oczywiście – tak jak zaznaczyłem na początku – nie jest to żadna wiedza tajemna, krążąca po darknecie w sąsiedztwie witryn o reptilianach. Znajduje się na wyciągnięcie ręki. Tylko aby tę rękę wyciągnąć, trzeba by najpierw w ogóle zwrócić na tę postać uwagę. Ja dowiedziałem się o niej zupełnie przypadkowo jakieś dwa lata temu.

Dlaczego ktoś aż tak wybitny nie jest w ogóle popularyzowany? Wszyscy słyszeli o Robercie Schumanie, w Warszawie euroentuzjaści organizowali paradę jego imienia, o Spinellim cicho. Posunąłbym się wręcz do nieco prowokacyjnego stwierdzenia, że z nim jest trochę tak, jak z wizerunkiem Fryderyka Engelsa na transparentach niesionych przez feministki na Manifach. W zasadzie, biorąc poprawkę na to, co głosił o walce płci, która miała poprzedzać walkę klas, powinien się na nich znaleźć choćby dla podstawowej intelektualnej uczciwości, a tymczasem „siostry” nie wiedzieć czemu wolą się zasłaniać na przykład Anną Walentynowicz, która nic z nimi wspólnego mieć rzekomo nigdy nie chciała.

We wrześniu 2010 roku przy PE powstała Spinelli Group, której inicjatorem był nie kto inny jak znany i ceniony w naszym nieszczęśliwym kraju za obronę wartości demokratycznych i europejskich Guy Verhofstadt. Jest to bardzo szeroka kooperatywa skupiająca ludzi różnych profesji oraz organizacje pozarządowe, którym leży na sercu idea federalizmu. W gronie 33 założycieli (ta liczba specjalistom od teorii spiskowych powinna otworzyć w głowach pewną szufladkę, ale oczywiście nic nie insynuuję) znalazła się m.in. ikona studenckiej rewolty roku 1968 Daniel Cohn Bendit. Na ich liście znajdziemy również polskie ślady.

Jeśli to wszystko zsumujemy, rodzi się pytanie absolutnie kluczowe: czym tak naprawdę Unia Europejska ma się w ostatecznym kształcie stać? Czy zasadnicze linie jej rozwoju zostały już w roku 1941 nakreślone przez Spinellego i teraz jedynie są stopniowo wdrażane, czy jednak może mamy coś do powiedzenia? W tym kontekście nie od rzeczy byłoby również zapytać o wspólną obronność, na którą unijni przywódcy kładli tak duży nacisk na obu wspomnianych powyżej spotkaniach. Obronność, tylko przed kim – przed zewnętrznym agresorem, czy może przed wewnętrznymi negacjonistami, którym a nuż nie spodobają się bezdyskusyjne warunki europejskiej jedności?

Na Spinellego możemy oczywiście machnąć ręką. Stare dzieje, archaiczne myślenie skażone duchem czasu. Ba, są przecież nawet tacy, co początków marzeń o zjednoczonej Europie bez granic dopatrują się na Olszynce Grochowskiej w roku 1831. Tyle że Wojciech Jastrzębowski – przepojony fantazmatami Oświecenia idealista – jakoś nie doczekał się budynku w Brukseli. Swoją drogą może powinien dostać choćby tabliczkę? A poza tym powtarzam jeszcze raz: nie odwiedza się czyjegoś grobu, jeśli się w jakiejś mierze z tym kimś nie utożsamia.


Drogi odbiorco – nie chcę się napraszać, ale jeśli materiał Ci się spodobał, byłoby mi niezmiernie miło, gdybyś polecił go swoim znajomym. Ciebie nic to nie kosztuje, a mnie pomaga dotrzeć do nowych odbiorców – takich jak Ty. Z góry wielkie dzięki.

Polecam również