Pusty gest Piotra S

To wydarzyło się już ponad cztery lata temu. We wtorkowe popołudnie 21 maja 2013 roku do pełnej turystów katedry Notre-Dame w Paryżu wszedł 78-letni Dominique Venner. Miał ze sobą list oraz niewielki belgijski rewolwer. Zbliżył się do ołtarza, położył na nim złożoną kartkę, następnie wyciągnął broń i zastrzelił się. Zginął na miejscu. Wcześniej tego samego dnia opublikował na swoim blogu wpis, w którym sprzeciwiał się przyjętej zaledwie trzy dni wcześniej ustawie zezwalającej na małżeństwa homoseksualne i na adopcję dzieci przez pary jednopłciowe. Rozporządzenia nazwał haniebnymi.

Tak naprawdę nie chodziło mu o samych gejów. Nadanie im nowych praw uważał jedynie za objaw dezercji zachodniej cywilizacji przed własnym egoizmem i opacznie pojmowaną wolnością. Jako prawdziwe zagrożenie postrzegał zalewających Francję imigrantów spoza Europy. A było to jeszcze przed oficjalnym proklamowaniem w 2015 roku nowej europejskiej religii nakazującej czcić Uchodźców. W swoim manifeście napisał, iż chce poświęcić siebie, by przełamać letarg, w którym się pogrążyliśmy. Widział potrzebę nowych, spektakularnych i symbolicznych gestów, zdolnych poruszyć znieczulone sumienia.

Kim był? Dla działaczek Femenu, z których jedna dzień po jego samobójstwie wbiegła do katedry z obnażonymi piersiami i plastikowym pistolecikiem, ogłupiałym, starym faszystą z przegniłym mózgiem. Dla szefowej Frontu Narodowego Marine Le Pen – wielce szacowną postacią, której dramatyczny gest miał obudzić Francuzów. A poza tym był też historykiem i wieloletnim działaczem francuskiej skrajnej prawicy, w młodości zaangażowanym między innymi w działalność spopularyzowanej przez Fredericka Forsytha OAS.

Dlaczego o nim wspominam? Z kilku powodów. I najważniejszym bynajmniej nie jest tutaj narzucająca się analogia między jego czynem a tym, co ponad tydzień temu pod Pałacem Kultury i Nauki zrobił mężczyzna znany od niedawna jako Piotr S. Najważniejsze jest to, że jakkolwiek wstyd mi się dziś do tego przyznać, wtedy podziwiałem Vennera. Byłem – i nadal zresztą jestem – przeciwnikiem najrozmaitszych lewicowych szaleństw, które w zamyśle ich twórców mają przybliżyć nieuniknione narodziny nowego, wspaniałego świata. Venner więc jawił mi się jako całkiem naturalny sojusznik w oporze przed dyktaturą liberalnej demokracji, który wówczas, jako nowo nawrócony, odczuwałem bardzo silnie i wojowniczo. Męczennik za Sprawę był dokładnie tym, czego potrzebowałem, ażeby wzmocnić swoje morale.

I dlatego, wzbogacony o to doświadczenie, jestem w stanie zrozumieć głosy takich ludzi jak choćby Jan Hartman, który na swoim blogu składał podziękowania dla samobójcy, dając do zrozumienia, że dla Świętej Sprawy walki o Demokrację z pisowskim reżimem byłoby nawet lepiej, gdyby ów desperat, przewieziony do szpitala w stanie krytycznym, po prostu zmarł. Oczywiście zrozumieć nie znaczy zaakceptować, tym bardziej zgadzać się. Chodzi o sam mechanizm, mentalny proces, który doskonale znam z autopsji i którego – jak zaznaczyłem – się wstydzę.

Pamiętam rozmowę z pewnym człowiekiem dosłownie dwa dni po tym zdarzeniu w Notre-Dame. Powiedział mi – a muszę tu podkreślić, że na większość spraw mamy skrajnie inne poglądy – że żaden cel nie może być usprawiedliwiony samobójstwem. Zwłaszcza z punktu widzenia chrześcijanina – nawet jeśli miałoby to być wyłącznie chrześcijaństwo kulturowe. To się po prostu wyklucza na gruncie tak logiki, jak i etyki. Miał rację. A jako że sam wlokę za sobą piętno samobójstwa bliskiej osoby, powinienem to rozumieć lepiej niż ktokolwiek.

Ale wróćmy do Piotra S. Pomijając to, co od pierwszej chwili było oczywiste, czyli że jego demonstracyjne samospalenie zostanie w przestrzeni publicznej rozegrane według starej zasady, że koszula bliższa ciału, a swój do swego po swoje, trzeba jednak przyznać, że poza Hartmanem większość żołnierzy obsadzających każdą ze stron barykady zachowała się nadzwyczaj roztropnie. Może mam zbyt małą wiarę w ludzi, ale to mnie jednak mocno zaskoczyło. Podobnie zresztą jak konstatacja serwisu Press.pl, że media mają problem z informowaniem o tym. A pewnie, że mają. Przy Vennerze też miały, tyle że nie te co teraz. Swój do swego po swoje.

A potem zaczęły wypływać szczegóły dotyczące samego mężczyzny. Dowiedzieliśmy się więc najpierw, że mieszka w Niepołomicach i od kilku lat leczył się na depresję. Potem że ma na imię Piotr, jest wrażliwy, może nawet ciut nadwrażliwy, pisuje limeryki i tak dalej. I tak oto rozgorzał spór, czy akt dokonany przez człowieka z problemami psychicznymi można w ogóle traktować serio, mimo iż on sam pragnął, by dostrzeżono w nim działanie polityczne. Kataryna uznała, że nie, na co – oczywiście znów w myśl zasady, że koszula bliższa ciału – zareplikował jej Jacek Żakowski, udowadniając, że takiego listu, jaki zostawił Piotr S., nie mógłby napisać człowiek niezrównoważony, a oskarżanie o chorobę psychiczną to metody esbeckie.

Nie żeby Żakowski całkiem nie miał racji. Rzeczywiście odwoływanie się do argumentów psychiatrycznych prowokuje, powiedzmy sobie szczerze, niechlubne skojarzenia. Choć z drugiej strony twierdzenie, że próba samobójcza u człowieka, który leczył się na depresję – i to bez względu na to, jak by tę próbę motywował – nie ma nic wspólnego z jego chorobą, to jakieś kompletne zaklinanie rzeczywistości w duchu towarzysza Łysenki. No ale dobrze, niech będzie, że zrobił to w pełni świadomie, w pełni władz umysłowych i szczerze wierząc w głęboki sens swojego działania. Niestety nawet przy tak „optymistycznych” założeniach jego protestu nie da się traktować inaczej niż w kategoriach pustego gestu.

Wyobraźmy sobie, że ktoś chce popełnić publiczne samobójstwo w imię żywionego przez siebie niezłomnego przekonania, że Ziemia jest płaska. A takich ludzi, nawiasem mówiąc, podobno jest całkiem sporo. Może kogoś przekona, kogoś innego zmusi do wnikliwszych poszukiwań, tyle że jedno nie ulegnie zmianie – jego poświęcenie, choćby najżarliwsze, nie zmusi naszej umiłowanej błękitnej planety do zmiany kształtu. Takie rzeczy to chyba tylko u towarzysza Łysenki. Przykro mi.

Polska nie jest idealnym krajem, a rządzące nią obecnie Prawo i Sprawiedliwość na pewno nie jest idealną partią. Zresztą poszukiwanie takowych to kolejna mrzonka, z którą warto by się kiedyś rozprawić. Niemniej twierdzenie, że w rządzonej przez PiS Polsce zagrożona jest wolność, że tworzy się jakaś dyktatura, to czysty absurd. Dlaczego? A choćby dlatego, że to we Francji do dziś dnia panuje stan wyjątkowy, w pouczających nas o demokracji i prawach człowieka Niemczech można dostać pół roku w zawieszeniu za zwykły post na Facebooku, zaś w Hiszpanii policja siłą rozpędzała katalońskich demonstrantów, podczas kiedy Komisja Europejska, prędka w stawianiu nas do kąta, orzekła, że to wewnętrzna sprawa Hiszpanii.

I tu dochodzimy do kwestii kluczowej. Czy rzeczywiście – jak sugerował minister Błaszczak – Piotr S padł, podobnie jak Ryszard Cyba siedem lat wcześniej, ofiarą propagandy? Czy jeśli umrze, jego śmierć będzie obciążać sumienie Jacka Żakowskiego, Agnieszki Holland, Macieja Stuhra, Grzegorza Schetyny i wielu innych, którzy, nieniepokojeni przez nikogo, od dwóch lat gardłują na ulicach i w studiach telewizyjnych o tym, jak to tłamsi nas totalitarny reżim? Czy gotowi są na siebie tę odpowiedzialność wziąć?

Już kiedyś wykazywałem, że istotą, swoistym ukrytym tekstem, rozrywającego obecnie Polskę konfliktu nie jest żadna praworządność ani zagrożona demokracja. To jest spór czysto kulturowy i aksjologiczny. Problemem jest to, że część jego uczestników albo nie zdaje sobie z tego sprawy, albo nie chce tego otwarcie przyznać. Ale jeszcze większy – żywotnie niebezpieczny – problem stanowi fakt, że w bitewnym ferworze zaczynają się zachowywać jak piromani bawiący się zapalniczką na stacji benzynowej. W lipcu już niewiele brakowało, by zbiorniki wybuchły.

Ryszard Cyba, Piotr S… kto następny? Przeraża mnie myśl, że gdzieś tam żyje ktoś, kto pod wpływem sączonego nam codziennie medialnego jadu dojrzewa do wykonania kroku dalej niż marsz z tęczową flagą lub białą różą. Można – nawet wbrew własnym intencjom, bo naprawdę chcę wierzyć, że mimo wszystko nie ma tu złej woli, a jedynie zacietrzewienie – rozpętać żywioł, którego nie będzie się później w stanie kontrolować. Lepiej nie musieć się licytować, kto czyją krew ma na rękach i kto ma jej więcej. Nie warto.

Polecam również