Dossier

Psy Stalina – kim byli wykonawcy zbrodni katyńskiej

O zbrodni katyńskiej dowiedziałem się oczywiście w szkole. Wtedy, w drugiej połowie lat 90, już można było o tym otwarcie mówić. Wielu badaczy tej sprawy wyraża pogląd – z którym chyba trudno polemizować – że był to dość szczególny czas, takie swoiste i niepowtarzalne okno startowe od pierestrojki do ostatecznego skręcenia Rosji ku dzisiejszemu putinizmowi, gdy te fakty mogły wypłynąć. Przypomnijmy: na fali reform zainicjowanych przez Michaiła Gorbaczowa powstała w 1987 roku pierwsza wspólna polsko-radziecka komisja historyków do wyjaśnienia białych plam we wzajemnych stosunkach, której część stanowiły badania nad Katyniem.

13 kwietnia 1990 roku, podczas wizyty w Moskwie ówczesnego prezydenta RP Wojciecha Jaruzelskiego, Gorbaczow przekazał pochodzące z radzieckich archiwów dokumenty, tym samym po raz pierwszy oficjalnie przyznając, że zbrodni nie dokonało Gestapo, lecz NKWD. Choć trzeba tutaj od razu zaznaczyć, że politbiuro w specjalnej uchwale dokonało swoistej relatywizacji odpowiedzialności, nazywając tragedię katyńską „jedną z ciężkich zbrodni stalinizmu”. Dwa lata później na osobiste polecenie Borysa Jelcyna w ręce Lecha Wałęsy trafiły uwierzytelnione kopie dokumentów z tzw. teczki specjalnej numer 1, która w czasach ZSRR była, jako jedna z najważniejszych tajemnic państwowych, przekazywana kolejnym przywódcom wraz z kodami do broni jądrowej.

A choć już wtedy można było odnieść wrażenie, że Rosja prawdę ujawnia raczej z musu, niż z chęci stanięcia twarzą w twarz z własną przeszłością – sam Gorbaczow kilka miesięcy po spotkaniu z Jaruzelskim zainicjował akcję propagandową nazywaną „anty-Katyń” lub „kontr-Katyń” – to jednak było ich przynajmniej stać na symboliczne gesty. W sierpniu 1993 roku w trakcie wizyty w Polsce Borys Jelcyn złożył kwiaty pod krzyżem katyńskim na Powązkach i wypowiedział słowo „wybaczcie”. Gdyby do analogicznej sytuacji miało dojść dziś, chyba nie uzyskalibyśmy niczego. Nie w Rosji, w której Stalin jest uważany za męża opatrzności, a jego portrety obwozi się na motocyklach wraz z prawosławnymi ikonami i mówi, że robił tylko to, co musiał, a resztę ma prawo osądzić wyłącznie Bóg.

Jednak ja nie chcę się tutaj w te kwestie wdawać. Moim zamiarem nie jest również tworzenie kolejnego szkicu na temat historycznych i politycznych uwarunkowań wydarzeń z 1940 roku. Zwłaszcza że powody, dla których Stalin podjął tę krwawą decyzję, nie są do końca jasne. Bo równie dobrze jak o osłabienie zaatakowanego kraju mogło mu chodzić o zwykłą zemstę za upokorzenie z 1920 roku. Ja rzeczywiście chcę się tutaj skupić na ludziach, którzy ów rozkaz wykonali.

Zacząłem o nich dużo rozmyślać pod wpływem filmu Andrzeja Wajdy. Film jak film – różnie można go oceniać – jednak finalne sceny, w których ukazany został mord, wywarły na mnie piorunujące wrażenie. Przemówiły do mnie na poziomie czysto biologicznym, niezależnie od historycznego kontekstu. Krępowanie drutem, podduszanie, strzał w potylicę, chlustanie wodą z wiadra na świeżą krew, przysypywanie zwłok ziemią. A w tle tego wszystkiego właśnie oni – bezimienne figury, uwijające się jak w ukropie, by zdążyć. Kim byli? Co myśleli przed, w trakcie i po? Czy potem gnębiły ich wyrzuty sumienia? Czy mogli spokojnie spać? Ilu tego nie wytrzymało? Przecież część z nich – może nawet spora – musiała jeszcze żyć, gdy prawda ujrzała światło dzienne.

Nie jest tak, że całkiem nic o nich nie wiadomo. Literatura przedmiotu jest dostępna w języku polskim. Wraz z innymi informacjami został odtajniony także rozkaz numer 001365, wydany przez Berię po zakończeniu operacji, na mocy którego stu dwudziestu pięciu funkcjonariuszy NKWD uzyskało nagrody za „pomyślne wykonanie zadań specjalnych”. Biografie niemal wszystkich zebrał rosyjski historyk ze stowarzyszenia Memoriał, Nikita Pietrow, i ogłosił w dwóch książkach. Istnieją ponadto zapisy z przesłuchań Mitrofana Syromiatnikowa – kata z Charkowa – przeprowadzonych przez rosyjską prokuraturę na przestrzeni lat 1990 – 92. Jest to jednak wiedza dość słabo rozpropagowana, pozostająca niejako w cieniu.

Nie sposób szczegółowo opowiedzieć tu o wszystkich, czy choćby o połowie z nich, lecz na pewno trzeba, i to na samym początku, wymienić Wasilija Błochina. On bowiem stał na czele pierwszej, złożonej z trzech ponurych czekistów grupy, która przyjechała specjalną salonką do Kalinina – przed rewolucją bolszewicką noszącego nazwę Twer – z walizką pistoletów Walter i amunicji, a także z kilkoma skrzynkami wódki. Podczas całej operacji wypito zresztą morze alkoholu.

Błochin jest wart szczególnej uwagi nie tylko ze względu na fakt, że zapisał się w annałach ZSRR jako „ochroniarz Stalina”. Ani nawet nie przez to, że z jego ręki ponieśli śmierć tacy odszczepieńcy reżimu jak Jeżow, Tuchaczewski czy, w domniemaniu, pisarz Izaak Babel. Błochin to – wedle wszelkiego prawdopodobieństwa – jeden z największych znanych z imienia i nazwiska masowych morderców w dziejach ludzkości. O ile nie największy w ogóle. Szacuje się, że na przestrzeni lat 1925 – 53, kiedy pełnił służbę w radzieckiej bezpiece, mogło z jego rąk ponieść śmierć od 10 do 15 tys. ofiar. A są tacy, którzy doliczają się nawet 50 tys. I nie mówimy tu o zarządzaniu, nadzorowaniu egzekucji, lecz o własnoręcznym fizycznym pozbawianiu życia. Musiał to kochać, bo wyłącznie wiernością komunizmowi nie da się tego w mojej ocenie wytłumaczyć.

Dla porównania: Elżbieta Batory, legendarna krwawa hrabina, nazywana też wampirzycą z Siedmiogrodu i najsłynniejszą seryjną morderczynią w historii, ma na swoim koncie zaledwie około sześciuset pięćdziesięciu ofiar. Thug Behram, przywódca XIX-wiecznej indyjskiej sekty czcicieli bogini Kali, może się poszczycić około dziewięćset trzydziestoma odebranymi osobiście życiami. W odniesieniu do Kolumbijczyka Luisa Garavito spekuluje się o mniej więcej trzystu. Haroldowi Shipmanowi – statecznemu brytyjskiemu lekarzowi domowemu – udowodniono 218 morderstw, a podejrzewa się go o 280. Ted Bundy od trzydziestu do stu. Z Błochinem może mógłby konkurować Idi Amin, gdyby oczywiście poznano dokładną liczbę jego „zabawek”.

Ale Błochin, choć ledwie piśmienny pastuch i prymityw, nie był bynajmniej kretynem. To on wymyślił specjalną odzież ochronną: brązową skórzaną czapkę, długi rzeźnicki fartuch, także ze skóry, oraz takież rękawice z mankietami powyżej łokci. Było to ponoć nader praktyczne. Mundur sowieckiego oficera nie mógł ulec zabrudzeniu krwią. Ale był też na swój sposób humanitarny. Polscy jeńcy mordowani w Kalininie pod jego nadzorem nie wiedzieli, co ich spotka. Byli zabijani w specjalnie wygłuszonym pomieszczeniu. Pod Smoleńskiem strzelano bezpośrednio nad dołami śmierci, a metodę tę zarzucono dopiero, gdy jeden z więźniów się wyrwał. W Charkowie odbywało się krępowanie rąk drutem.

Ogólnie rzecz biorąc „robota” nie była lekka. Pistolety szybko się przegrzewały i parzyły w palce. Tu zresztą znów Błochin okazał się nadzwyczaj praktyczny, bo waltery, które ze sobą przywiózł, były pod tym względem o wiele wygodniejsze niż nagany używane początkowo w Charkowie i Smoleńsku. Charków z kolei okazał się najbardziej innowacyjny, jeżeli chodzi o bałagan. W Smoleńsku i Kalininie celowano w potylicę, tam natomiast w kark, na wysokości dwóch-trzech pierwszych kręgów szyjnych, do tego pod takim kątem, że pocisk, przerwawszy kręgi, wychodził okiem, jamą nosową lub ustami. Powodowało to mniejsze krwawienie.

Ale największym problemem były wyśrubowane normy. W ciągu jednej nocy wykonywano około trzystu egzekucji. Nawet w okresie tzw. wielkiego terroru lat 1937 – 38 nie mordowano w takim tempie. Stąd właśnie wzięła się potrzeba powiększania oddziałów. Brano praktycznie każdego – oficerów śledczych, strażników, kierowników garażu, nawet zwykłych kierowców czy pracowników biurowych. Co oczywiście nie oznaczało, że byli to ludzie z przypadku. Ich selekcją w Kalininie zajmował się sam szef kadr miejscowego NKWD.

Powstała z tego mocno eklektyczna grupa. Także pod względem narodowościowym, bo poza Rosjanami w jej skład wchodzili Ukraińcy, Białorusini, Żydzi, a nawet oddani idei Polacy, jak i wiekowym – najstarszy z nich, Iwan Stelmach, komendant więzienia NKWD w Smoleńsku, miał wówczas 58 lat, a najmłodsza Anna Iwanowna Razorienowa, maszynistka zajmująca się układaniem list śmierci, zaledwie 21. Wszystkich ich oczywiście łączyło poprawne klasowo chłopskie lub robotnicze pochodzenie.

Czy mogli odmówić? Zapewne nie. Czy chcieliby odmówić? Cóż, ta kwestia pozostaje raczej nierozstrzygnięta. Piotr Zychowicz pisze, że mogła nimi kierować wiara w komunizm – taką osobą była na przykład Razorienowa – lub wrodzony sadyzm (ja stawiałbym tu na Błochina) z reguły jednak była to perspektywa gratyfikacji, jak też odbywające się po wymordowaniu każdej partii jeńców libacje. W ramach nagrody po dobrze wykonanym zadaniu i sprzątnięciu ciał rozdawano luksusowe zakąski i polewano wódkę, choć według Zychowicza pito również najprawdopodobniej przed „robotą” oraz w jej trakcie. Alkohol dawał niezbędne znieczulenie. Wystawny bankiet z zimną wódką i kawiorem odbył się też „już po wszystkim” w stojącej na ślepym torze salonce Błochina.

Nagrody pieniężne – jak pisze Zychowicz – wynosiły równowartość miesięcznych poborów lub osiemset rubli. Do tego urlopy dla podreperowania nerwów. Błochin podobno wyjechał aż na półtora miesiąca.

Ich losy po 1940 roku układały się różnie. Część pięła się po szczeblach kariery w sowieckim aparacie. Inni wegetowali na podrzędnych stanowiskach lub padli ofiarą czystek po śmierci Stalina. Timofiejew Kuprij, komendant NKWD z Charkowa, został dyrektorem kombinatu przemysłu tłuszczowego w Połtawie, gdzie dopuścił się olbrzymich nadużyć i stanął przed sądem. Iwan Stelmach – według niepotwierdzonych doniesień – zmarł w niewyjaśnionych okolicznościach. Poszczęściło się dwóm pomocnikom Błochina. Nikołaj Siniegubow – ponoć ekstremalny sadysta znany z upodobania do torturowania więźniów – został wiceministrem kolejnictwa. Michaił Kriwienko awansował na naczelnika Sztabu Wojsk Konwojowych NKWD i szefa Głównego Zarządu ds. Jeńców Wojennych i Internowanych.

Sam Błochin dosłużył w bezpiece aż do emerytury, na którą przeszedł w 1953 roku. Nikt go nie ruszył, nie padł ofiarą żadnej czystki. W dowód uznania otrzymał samochód osobowy GAZ M-20 „Pobieda” i złoty zegarek. Teraz wreszcie mógł się odprężyć i przeczytać 700 książek o hodowli koni, które podobno zgromadził. Niestety nie zdążył. Zmarł dwa lata później na atak serca. Zychowicz ironizuje, że po wielu latach ciężkiej pracy, często w nocy, musiał mieć kompletnie zrujnowane zdrowie. Choć oczywiście, jak wszystko w ZSRR, jego śmierć jest przedmiotem kontrowersji.

Ale co z psychiką oprawców? Podobno część z nich rzeczywiście nie mogła spać spokojnie. Podobno jeden z nich zastrzelił się z pistoletu TT, który otrzymał jako nagrodę za udział w akcji. Piszę „podobno”, bo nawet tu istnieje wiele niedomówień. Na pewno typową „chorobą zawodową” był wśród nich alkoholizm. Wielu z nich dosłownie zapiło się na śmierć, choć – jak zaznacza Zychowicz – trudno ocenić, na ile był to skutek samych egzekucji, a na ile po prostu element stylu życia ówczesnych sowieckich mężczyzn. Szczególnie tych pracujących w „organach”.

Wstrząsająca jest relacja córki jednego z nich, Piotra Karcewa. Rzekomo raz miał zabrać ją do Katynia. Opowiadała, że położył się na ziemi dokładnie w miejscu, gdzie znajdowały się masowe groby, i długo płakał. W styczniu 1948 roku popełnił samobójstwo. Ale to jedyny tak spektakularny przykład skruchy, o jakim udało mi się dowiedzieć. Co oczywiście nie znaczy, że nie było innych.

Pietrow pisze, że część ludzi zaangażowanych w zbrodnię katyńską tworzyła coś w rodzaju tajemnego kręgu. Łączyła ich specyficzna więź. Mieszkali blisko siebie, często się spotykali, aby w milczeniu pić wódkę. Kiedy któryś zmarł, pozostali przychodzili na pogrzeb ubrani w ciemne garnitury. Natomiast obowiązywała w tym nieformalnym stowarzyszeniu niczym z jakiegoś horroru jedna niepisana, ale surowo przestrzegana zasada: nigdy nie rozmawiać o tym, co się zdarzyło w 1940 roku. Tajemnica miała pozostać tajemnicą. Czy chodziło tylko o względy bezpieczeństwa? O to, żeby nikt przypadkiem nie puścił farby? Może po części tak, ale przypuszczam, że istota kryła się znacznie głębiej.

Około 20 tys. zamordowanych, ponad stu zidentyfikowanych morderców, jeden wspólny mianownik – żaden z „psów Stalina” nie został pociągnięty do odpowiedzialności karnej. Do tego należy dodać, że przez wiele lat, w tym już za mojego życia, za mówienie w Polsce o prawdziwych sprawcach groziły kłopoty. Zabawne, jak wektory historii się zmieniają, i że to, co wczoraj wydawało się oczywiste, na co były „niepodważalne” dowody – jak w Katyniu na winę Niemców – jutro, pod wpływem jakichś papierów, może się posypać jak domek z kart.

Nie wiemy, co jeszcze kryją rosyjskie archiwa. Być może kiedyś znów otworzy się „okno startowe” i uda się coś przez nie zobaczyć. Może nawet tego dożyjemy. A tymczasem czeka nas kolejna rocznica katastrofy smoleńskiej, która by się nie zdarzyła, gdyby 70 lat wcześniej Wasilij Błochin i jego kompani nie wysiedli z upiornej salonki.

*

Określenie „psy Stalina” to tytuł jednej ze wspomnianych w tekście książek Nikity Pietrowa. W pracy bazowałem głównie na artykule Piotra Zychowicza „Technologia mordu”, który ukazał się w tygodniku „Do rzeczy” nr 45/2016, oraz na powszechnie dostępnych źródłach internetowych.


Drogi odbiorco – nie chcę się napraszać, ale jeśli materiał Ci się spodobał, byłoby mi niezmiernie miło, gdybyś polecił go swoim znajomym. Ciebie nic to nie kosztuje, a mnie pomaga dotrzeć do nowych odbiorców – takich jak Ty. Z góry wielkie dzięki.

Polecam również