Iggy i Michel powiedzą ci, jak żyć

W Boże Narodzenie TVP Kultura wyemitowała zrealizowany w 2016 roku film pt. „Przeżyć: metoda Houellebecqa”. Kilka miesięcy wcześniej natknąłem się na jego omówienie chyba z okazji wydania DVD, a jako że od kilku już lat mniej lub bardziej intensywnie „obwąchuję” twórczość owego najbardziej antypatycznego dziecięcia francuskiej sztuki, pomyślałem, że sprawdzę, o co chodzi. Dodatkowym wabikiem było to, że on sam pojawia się na ekranie. Mało kto równie uroczo nie potrafi grać, co udowodnił w „Porwaniu Michela Houellebecqa”, które bardzo przypadło mi do gustu.

Tym razem nie mamy do czynienia z fabułą. Jest to ekranizacja krótkiego i mało znanego eseju, który Houellebecq – wówczas sfrustrowany rozwodnik, nienawidzący świata wokół administrator sieci komputerowej i nieczytany poeta „po godzinach” – wydał mniej więcej równolegle z uznawaną za jego oficjalny debiut książką biograficzną o H.P. Lovecrafcie. Największe sukcesy czekały go dopiero za kilka lat, więc tekst przepadł praktycznie bez odzewu. Ot, jeszcze jeden grafoman i jego wypociny. Zapewne niewiele w tym względzie zmieniłaby późniejsza międzynarodowa kariera autora, gdyby nie Iggy Pop.

Obydwaj już od dawna byli wzajemnymi fanami swojej pracy. Houellebecq wielbił Iggy’ego od czasów, kiedy ten wyczyniał skandalizujące sceniczne brewerie z The Stooges. Z kolei Pop należał do grona zagorzałych czytelników prozy Francuza od… cóż, zapewne odkąd stała się globalnym fenomenem i trafiła na anglojęzyczny rynek. Bo nic mi nie wiadomo, by czytał go w oryginale. Tak czy inaczej, spotkali się w 2009 roku, a na Iggy’ego wywarło to tak gigantyczny wpływ, że nagrał aż dwa albumy po francusku. No tak, czyli jednak raczej znał język. Logika, Króliczku! Zresztą nieważne, nie popisuj się.

Pop, mający za sobą serię typowych przygód ostrego rockmana, włącznie z depresją oraz pobytami w szpitalach psychiatrycznych, podobno odnalazł w „Przeżyć” odbicie własnych egzystencjalnych rozterek i duchowych zmagań. Tu od razu zaznaczam, że nie znam zbyt dobrze ani jego muzyki, ani biografii, lecz sądząc po tym, co przejrzałem w sieci, jestem w stanie owo powinowactwo zrozumieć. Houellebecqowski wstręt, jego postawa posępnego i wzniosłego abnegata, dziś zapewne jest już po części konwencją, lecz wtedy, na początku lat 90., rzeczywiście musiała walić w pysk.

By jednak efekty tego dojrzałego, męskiego braterstwa nieprzeciętnie wrażliwych dusz „po przejściach” dało się przekuć na obrazy, potrzebny był facet z kamerą. Tę funkcję wziął na siebie holenderski reżyser Erik Lieshout – kolejny admirator pisarstwa Houellebecqa, który najpierw zrobił z nim wywiad dla holenderskiej telewizji przy okazji promocji „Możliwości wyspy”, a następnie nakręcił dokument „Ostatnie słowa” traktujący o kulisach pracy nad adaptacją tej powieści, przy której Houellebecq bez większego powodzenia sam usiadł na reżyserskim stołku. Co więc upichciło nam to trio?

Przede wszystkim rzecz dosyć nużącą. O ile nie posiadasz zdolności do stuprocentowej immersji, pozostanie ci ślizganie się po powierzchni w nadziei, że z potoku inkrustujących powolne, impresyjne sceny słów uda ci się wyłuskać coś, co do ciebie trafi. Ja właśnie tak miałem. Nie wiem, czy to kwestia zbyt obfitego świątecznego obiadu, który wciąż zalegał mi w żołądku, czy umysłowych niedostatków i braku wyczulenia na głębię, tudzież ponoć silnie tam obecną wysmakowaną ironię. Fakt faktem, przez większość seansu walczyłem ze snem.

Naszym przewodnikiem i głównym narratorem jest Pop, który swym monotonnym basem odczytuje po angielsku cały tekst. I to w sumie najmocniejszy punkt. Tego hipnotycznego, zdartego głosu można słuchać bez końca. Popa obserwujemy również w trakcie swoistej pielgrzymki, której celem ma być samotnia Houellebecqa. A kiedy tam dociera, następuje finałowa milcząca scena. I oto widzimy, jak dwaj wielcy artyści, doświadczeni przez życie, z twarzami pooranymi od egzystencjalnego bólu i szarpania się z samymi sobą, po prostu siedzą. A my zostajemy łaskawie do tego misterium dopuszczeni.

Po drodze poznajemy również kilka innych postaci. Wszyscy są emocjonalnymi rozbitkami usiłującymi bezskutecznie wpasować się w zgiełk codzienności. Jest więc głodny sukcesu malarz, który jednak, być może przez brak asertywności, jakoś nie potrafi się przebić. Jest recepcjonistka, która od dzieciństwa opłakuje tragiczną śmierć siostry. Jest też mężczyzna starający się pozbierać po odejściu żony i utracie firmy, w czym bynajmniej nie pomagają mu schizofreniczne zaburzenia. Mają oczywiście jedną wspólną cechę – ukojenia szukają w sztuce, za jej pośrednictwem wyrażają i przetrawiają swoje rozliczne traumy.

Stanowi to ilustrację myśli przewodniej eseju Houellebecqa. Można ją streścić mniej więcej tak: pogódź się z cierpieniem, pokochaj je. Nigdy nie będziesz szczęśliwy, bo świat to złe i paskudne miejsce, ale przynajmniej będziesz mógł o tym napisać. Urządź się tak, byś miał do tego optymalne warunki. Pozwalaj sobie na rozpacz, nawet na myśli samobójcze, byle nie za bardzo, bo martwy niczego nie stworzysz. Nie licz na sławę – po prostu zostaw swój ślad, by kiedyś ktoś mógł go odczytać. Nie staraj się nazbyt usilnie sprostać oczekiwaniom odbiorców, ale też bądź komunikatywny.

Strasznie to wszystko artystowskie, pretensjonalne, wydumane. To poczucie narastało we mnie z każdą upływającą minutą. Jednocześnie dręczyły mnie wyrzuty sumienia, że aż tak łatwo dezawuuję jak najbardziej autentyczne ludzkie dramaty i próby wywikłania się z nich. Przecież nie jestem w niczym od tych ludzi lepszy ani silniejszy. Też dźwigam emocjonalny bagaż, który mnie determinuje, naznacza. Radzę sobie z nim, jak umiem, choć nie zawsze mi wychodzi. Wiem, jak boli utrata, i jak smakuje niespełnienie. Nie powinniśmy się chełpić swoją wyższością, bo jutro to nas życie może wyrzucić na margines.

A jednak cały czas nie mogłem się pozbyć rozdrażnienia. Aż wreszcie mnie oświeciło. Bo problemem nie jest tu ani forma, ani tym bardziej niemożność wzbudzenia empatii wobec bohaterów. Problemem jest forsowana przez Iggy’ego i Michela koncepcja artysty, oparta na tak szalenie typowym dla zachodniej kultury egzaltowaniu się własnym „ja” i stawianiu go w centrum wszechrzeczy. No bo kim tak naprawdę jest Iggy Pop? Cóż tak doniosłego przeżył, że jego zniszczoną facjatę i udręczony grymas mamy traktować jak objawienie? Że był w psychiatryku? Że ćpał? Sam to na siebie sprowadził.

Przypomniało mi się, jak Miłosz opowiadał o fundamentalnej różnicy między amerykańską i polską poezją. Źródłem tej pierwszej jest grzebanie paluchem we własnych bebechach i wynajdywanie sobie na siłę różnych zmór. Jednak przede wszystkim dojmująco śmiertelna nuda wynikająca z funkcjonowania w bezpieczeństwie i dobrobycie. Naszym poetom strofy dyktowały demony historii, sprawiając, że indywidualne doznania schodziły na dalszy plan. A choć ów heroiczny okres minął – oby bezpowrotnie – to opisany przez Miłosza zachodni egocentryzm chyba wciąż ma się znakomicie.

Czy mimo to znalazłem u Iggy’ego i Michela coś dla siebie? Czy sprzedali mi jakąś złotą radę? Owszem, ale pozwólcie, że pozostanie to moją tajemnicą. Mogę tylko zdradzić, że okazała się na tyle inspirująca, iż reszta filmu dała się znieść. Co nie zmienia faktu, że w ogólnym rozrachunku uważam go za zdrowo przekombinowany, a miejscami banalny i – ośmielę się dodać – zwodniczy dla tego, kto chciałby wziąć zawarte w nim mądrości zbyt serio. Jedno wszelako nie ulega wątpliwości: martwy poeta nie pisze. I tego trzeba się trzymać.

Był i znikł, a potem się odnalazł

Polecam również

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.