Przeszłość jest jak wyrwany ząb

To mógłby być tekst o tym, jak, mając najlepszą wolę i naprawdę pozytywne nastawienie, zmarnować dwie godziny życia. I właściwie o tym będzie. Będzie o mirażach, jakie sobie wdrukowujemy, i o bólu dupy, gdy okazuje się, że w konfrontacji z rzeczywistością na jaw wychodzi całe stojące u ich podstawy kłamstwo. A raczej nasze własne, bo przecież nie jest winą wspomnień, że tak a nie inaczej je ukształtowaliśmy i że karmimy się nimi jak ćpun białym proszkiem. Czyli w gruncie rzeczy będzie o tym, co w tych zapiskach powraca raz na jakiś czas. Ale najpierw mała anegdotka. Prawdziwa!

Ktoś, kogo znam, borykał się z chorobą zęba. Sprawa zaczęła wyglądać na tyle poważnie, że dentystka podjęła decyzję o usunięciu. No więc ten ktoś przyszedł na umówiony zabieg, rozciągnął się na fotelu, dostał końską dawkę znieczulenia i zaczęła się zabawa. Ząb, choć nadwyrężony i zmaltretowany wcześniejszym nieudanym leczeniem, siedział w dziąśle wyjątkowo mocno. Z opisu niefortunnego pacjenta wynika, że pani doktor prawie się na nim położyła, podczas gdy jej asystentka z trudem usiłowała unieruchomić głowę. Jako weteran stomatologicznych tortur jestem w stanie uwierzyć w taki przebieg operacji.

Nagle dentystka odskoczyła przerażona. Blada jak ściana poinformowała półprzytomnego pacjenta, że cążki (czy jak tam się to ustrojstwo nazywa) się jej obsunęły i wyrwała sąsiedni zdrowy ząb. Ale zaraz potem dodała, że spróbuje go z powrotem osadzić. Wcisnęła go więc do świeżej rany, czymś tam obkleiła, zaaplikowała jakiś lek i obiecała, że powinien wrosnąć. Nie wiem, czy coś takiego jest możliwe. Historię znam z drugiej ręki, zatem niewykluczone, że ząb nie został całkowicie wyrwany, a jedynie naruszony. Z drugiej strony podobno da się przyszyć ucięty palec, a nawet całą dłoń, jeśli zadziała się odpowiednio szybko.

Osobną kwestią jest to, czy taki organ odzyska pełnię sprawności. Nie znam się na tym, ani nie dysponuje żadnym przykładem na poparcie moich słów, ale obstawiałbym w ciemno, że jednak nie. Dłoń, nawet jeśli wróci do niej czucie, już zawsze będzie jakaś inna, obca, a ząb – o ile oczywiście człowiek, od którego tę historię usłyszałem, nie poprzekręcał faktów – nie posłuży zbyt długo. Tak to sobie w każdym razie – na zasadzie analogii do rozbitego kubka, który usiłujemy skleić – wyobrażam. Poprawcie mnie, jeśli się mylę.

Tak czy inaczej chodzi po prostu o to, że zostaje przerwana pewna sytuacja, zniweczeniu ulega pewne status quo. Nie jesteśmy w stanie już go odrestaurować. Można stworzyć coś łudząco podobnego, zaaranżować okoliczności tak, ażeby maksymalnie odzwierciedlały stan, który chce się wskrzesić, ale tak naprawdę inicjujemy nowe, zupełnie inne zdarzenie. Bo nie ma powrotu do tego, co było. Bo czas to jest autostrada jednokierunkowa, po której możemy jechać tylko do przodu. A jakby i tego nie było dość, nasz wehikuł, którym na bank nie będzie podrasowany przez Doca Browna DeLorean, nie posiada na wyposażeniu biegu wstecznego.

A zresztą gdyby nawet go posiadał, to i tak punkt, do którego się cofniemy, będzie naszą teraźniejszością. Całkiem możliwe, że zobaczymy tam ślady minionego, że odnajdziemy przedmioty, a może i skrawki dawnych emocji, jednak my sami będziemy już gdzie indziej. Nasz tak zwany mindset uległ w międzyczasie ewolucji i próba wykonania cofki jest z góry skazana na niepowodzenie.

Takie oto wielce odkrywcze refleksje naszły mnie niedawno po kolejnym napływie filmowej nostalgii. Znów zapragnąłem zanurzyć się w cudownych odmętach tak bliskiej memu sercu epoki VHS, wytarzać się w tej błogiej taniości, wytaplać w beklasowej rozrywce, spaść do samego jądra mojego kulturowego dziedzictwa. Jak za dawnych dobrych lat, gdy czekało się na sobotę jak na uchylenie się bram raju. Wszystko doskonale zaplanowałem. Kupiłem stosowne przekąski, a w lodówce chłodziło się coś, co wprost idealnie nadawało się do ich popicia.

Zadbałem również, ma się rozumieć, o element najważniejszy, czyli sam film – odpowiednio kiczowaty (dodam tylko, że jego reżyserem był Sam Firstenberg), w odpowiednio kiepskiej rozdzielczości i z odpowiednim lektorem, oczywiście nagranym, jakby na mikrofon nałożono skarpetkę. Nie, nie był nim przeżywający ostatnio renesans Tomasz Knapik, ale powiedzmy, że nazwisko niemal tak samo wywołujące ciary u dzisiejszych trzydziestoparolatków jak on. Film niestety odpaliłem z pliku, ale za to telewizor był w odpowiednim przedziale wiekowym.

Przez pierwsze dziesięć minut bawiłem się nawet nieźle. Wczułem się w charakterystyczny klimacik. Ale potem coś zaczęło się psuć. Cholera, przecież wiedziałem, na co się piszę. To miał być wieczór wspomnień. Miałem znów poczuć się jak w latach dziewięćdziesiątych. A jednak z każdą kolejną sceną coraz bardziej przeszkadzały mi nielogiczności fabuły, durne dialogi, drewniane postacie, beznadziejne efekty, nie mówiąc już o lektorze, który nie dość, że nie zawsze trafiał w kwestie bohaterów, to jeszcze jakość samego przekładu zostawiała wiele do życzenia.

Ledwie dotrwałem do końca. Później miałem najprawdziwszego moralnego kaca. Rzadko aż tak dojmująco przeszywa mnie świadomość zmarnowanego czasu. A przecież jestem mistrzem tej jakże przyjemnej czynności. Pomyślałem, że nie jestem aż takim koneserem słabego kina, jak sądziłem. Ale później nadeszło oświecenie, że to nie w filmie tkwi problem – nie takie crapy się widziało, a mimo to zabawa była przednia – a we mnie. W tym, że tak strasznie chciałem wskrzesić coś, co nieodwołalnie przeminęło, posługując się filmem jako katalizatorem.

Jeszcze później skojarzyło mi się to z dwoma odcinkami z oryginalnej „Strefy mroku” Roda Serlinga. Bohaterką jednego jest przebrzmiała aktorka, która całe dnie spędza na oglądaniu filmów, w których grała w czasach swojej młodości. Epizod nawet nosi tytuł, który można by przetłumaczyć jako „Szesnastomilimetrowa świątynia”. W drugim zapracowany biznesmen około czterdziestki zatrzymuje się na stacji benzynowej i niespodziewanie orientuje się, że znalazł się w okolicy, w której dorastał jako dziecko. Oboje najzupełniej dosłownie – wszak to „Strefa mroku” – cofają się w czasie. Aktorka przenosi się do iluzorycznego świata swoich filmów, a biznesmen powtórnie przeżywa swoje najszczęśliwsze lato.

Choć są to oddzielne epizody, zawsze postrzegałem je jako dwie strony tej samej monety. Zresztą chyba ze sobą sąsiadują, co, znając Serlinga, raczej nie było dziełem przypadku. Bo tak naprawdę opowiadają tę samą historię o duszy dotkniętej przez nostalgię, tylko że pokazują krańcowo odmienne postawy wobec niej. Aktorka odmawia powrotu do tu i teraz i całkowicie zatraca się w miazmatach przeszłości, a biznesmen, mimo iż pragnie znów stać się chłopcem, którym był wiele lat temu, decyduje się ostatecznie wrócić i odnajduje nowe siły do mierzenia się z życiem.

I pewnie właśnie tu kryje się sedno. W tym, aby pamięć o przeszłości dawała nam poczucie zakorzenienia, z którego będziemy czerpać siły witalne do parcia naprzód. Jeśli pozwolimy zwyciężyć tęsknocie i puścimy się w jałową pogoń za lustrzanymi zajączkami, znikniemy. A co do sobotnich seansów – ostatnio znów zafundowałem sobie hiciora z epoki VHS. W roli głównej Dolph Lundgren. A choć lektor był jeszcze gorszy niż poprzednio, przetrwałem. Mało tego – poczułem się wspaniale nasycony.

Nie ma co liczyć, że wyrwany ząb odrośnie. Choć oczywiście mojemu znajomemu życzę jak najlepiej. Nawiasem mówiąc, w ramach rekompensaty za doznane krzywdy, a pewnie też trochę i ze strachu przed ewentualnym odszkodowaniem, pani dentystka podobno ten chory ząb leczy mu za darmo.

Fot geralt/Pixabay

Polecam również