„Przepustka” – spóźniony prezent pod choinkę

Poświąteczne rozstrojenie skutecznie blokuje siły twórcze, choć bardzo zależy mi, żeby przed końcem roku na blogu ukazał się przynajmniej jeszcze jeden materiał. Dlatego też zamiast któregoś z planowanych postanowiłem wrzucić tu moją najświeższą youtubową produkcję, jednocześnie żywiąc nadzieję, że cholesterol czym prędzej udrożni arterie odpowiedzialne za flow. Od poprzedniego nagrania minęło już stanowczo zbyt dużo czasu.

„Przepustka” pierwotnie ukazała się pięć lat temu w antologii „Swoją drogą”. Wybrałem ją do rewitalizacji nie tylko ze względu na wpisującą się w bożonarodzeniowy okres tematykę. Co zabawne, pracowałem nad nią głównie w środku lata i na jesieni 2010 roku. W jakimś sensie jest to opowiadanie dla mnie osobiście szczególne. Przede wszystkim uważam je za jedno z najbardziej udanych z tych, jakie dotychczas ogłosiłem tu i tam. Poza tym jest utrzymane w konwencji, w której dziś już nie potrafię tworzyć, a w każdym razie nie zanosi się, bym miał do niej wrócić. Wtedy jeszcze wierzyłem w tak zwany twardy, obiektywny realizm.

W opisie pod klipem na YT napisałem, że historia została oparta na faktach. Zrobiłem to na przynętę, choć  rzeczywiście jej bazą był jeden z moich reportaży z lokalnego tygodnika, w którym wtedy wystukiwałem wierszówkę. Mimo to zarówno postacie, jak i cały muzyczny wątek, który stanowi tam główną oś, są całkowicie moim wymysłem oraz emanacją tego, co wtedy przeżywałem.

Uważny czytelnik na pewno dostrzeże związki „Przepustki” z „Drzewem różanym”. Przede wszystkim chodzi o miasteczko Cisów, które jest miejscem akcji „Drzewa”, lecz też o kilka innych pomniejszych tropów. To najzupełniej świadomy zabieg. Miałem w tamtych czasach taką iście faulknerowską ideę stworzenia fikcyjnego, choć opartego na prawdziwych ludziach i miejscach uniwersum, którego „Przepustka” miała stanowić element. Niestety, o czym już wielokrotnie wspominałem, ten pomysł załamał się w trakcie pracy nad „Drzewem”. Szkoda, bo mogło z tego wyjść coś naprawdę ciekawego.

W razie gdyby miał to być ostatni wpis w 2016 roku, życzę wszystkim czytelnikom świetnej zabawy i wiele, wiele szczęścia. A jeśli nie… cóż, też życzę.

Zapraszam do odsłuchu.

Polecam również

  • To co o Tobie napisała Marta Mizuro brzmi jak słowa starej, porzuconej i zapijaczonej kurwy.

    • Ciekawe skojarzenia. Nie myślałem o tym w ten sposób. A coś Ty na Martę taki cięty?