Przejażdżka po Market Street

Dowiedziałem się o tym filmie niedawno, zupełnie przypadkowo, przy okazji całkiem innej dyskusji. Zaintrygowało mnie to, co usłyszałem. A mianowicie, że niemy, czarno biały, liczący niewiele ponad dziesięć minut materiał został nakręcony na jednej z głównych arterii komunikacyjnych Sam Francisco w 1906 roku i że użyto do tego celu kamery zamontowanej na tramwaju. Ale najbardziej poruszający był nie sam fakt, że mamy do czynienia z unikalnym dokumentem epoki uchwyconej, by tak rzec, in statu nascendi, lecz to, że zaledwie kilka dni po jego powstaniu miasto zniszczyło trzęsienie ziemi.

Film należy do domeny publicznej, więc da się go bez trudu odszukać na YouTube czy na Archive.org. I to zarówno w wersji surowej, jedynie z odrestaurowanym cyfrowo obrazem, jak i z przeróbkami – z dodanym podkładem muzycznym, a nawet z czymś w rodzaju 3D. Oglądając go, rzeczywiście można sobie uświadomić, jak szybko biegnie czas i jak dynamicznie zmienia się cywilizacja. W 1906 roku urodził się mój pradziadek, który już gdy byłem dzieckiem, wydawał mi się wiekowy. W trakcie jego życia rozegrały się dwie wojny, powstały i upadły wielkie totalitaryzmy XX wieku, zaś diabelski wymysł, jakim wtedy był samochód, stał się czymś tak powszechnym, że wręcz oczywistym. O kinie czy, ogólnie, mediach, jakie znamy dziś, nawet nie wspominając.

Market Street uwieczniona tamtego pamiętnego dnia okiem ręcznej kamery Bell & Howell wydaje się po prostu nierealna jak obrazek w magicznej kuli. Obserwujemy konne powozy i przemieszane z nimi nieliczne automobile, przy okazji naocznie przekonując się, że w tamtych czasach nie istniały zasady ruchu drogowego. Ale nade wszystko możemy przyjrzeć się ludziom. To oni przecież tworzą klimat miasta. Miasta jeszcze bardzo purytańskiego, któremu nawet się nie śni, że kiedyś stanie się mekką hipisów i wszelkiej maści niespokojnych, poszukujących wolności artystycznych dusz. Miasta, w którym nie do pomyślenia jest wyjść na ulicę bez nakrycia głowy czy bez szorującej po trotuarze sukni.

Dziwnie się obcuje z tą kapsułą czasu, kiedy przenika cię świadomość, że przesuwająca się przed obiektywem ulica lada chwila zmieni się w pobojowisko ze sterczącymi skorupami nielicznych ocalałych lub częściowo uszkodzonych budynków. Metafizyczną grozą napawa myśl, że ci ludzie, którzy uwijają się za swoimi sprawami i których przypadkowo unieśmiertelniła błona światłoczuła, mają przed sobą ledwie kilka dni. Dystyngowane panie, gazeciarze, dziecko, które uchyliło plandekę jadącego przed tramwajem powozu i pomachało do operatora… Co się z nimi stało? Kto z nich miał szczęście? A najgorsze jest to, że ty już wiesz, podczas gdy oni niczego nie przeczuwali.

Kiedy zacząłem przeklikiwać się przez informacje o tym filmie, najbardziej zaskoczyło mnie, że choć historycy od dawna zdawali sobie sprawę z jego istnienia, długo nie znano dokładnych okoliczności jego powstania ani nazwisk autorów. Problemy były także z ustaleniem choćby przybliżonej daty jego nakręcenia. Drugie, współczesne życie „A Trip Down Market Street” rozpoczęło się dopiero w 2010 roku, gdy Biblioteka Kongresu podjęła decyzję o skierowaniu oryginalnych 35-milimetrowych taśm do komputerowej renowacji, tym samym uznając film za część amerykańskiego dziedzictwa. Choć – jak zazwyczaj bywa w takich opowieściach – najbardziej do jego spopularyzowania przyczynili się pasjonaci, w tym jeden posiadający jedną z trzech zachowanych do dziś kopii. Natomiast inny – David Kiehn – pomógł rozwiać wątpliwości co do czasu jego powstania.

Specjaliści z Biblioteki Kongresu oszacowali, że materiał musiał zostać nakręcony we wrześniu lub październiku 1905 roku. Wysnuli taki wniosek na podstawie kątów padania cieni. Kiehn zauważył jednak, że na torach, po których toczy się tramwaj, widać kałuże. W archiwalnych gazetach nie znalazł żadnej wzmianki o deszczach w tamtych miesiącach, natomiast były w nich raporty meteorologiczne mówiące o obfitych opadach na przełomie marca i kwietnia. Zadał sobie też trud sprawdzenia tablic kilku widocznych na nagraniu samochodów i odkrył, że zarejestrowano je dopiero w lutym i marcu 1906 roku. Wreszcie natknął się na reklamę w magazynie „New York Clipper”, z której wynikało, że film powstał tydzień przed trzęsieniem ziemi.

Inny pasjonat tematu, inżynier Richard Greene, potwierdził diagnozę Kiehna na podstawie własnych badań kątów padania światła słonecznego. Są tutaj pewne drobne rozbieżności, w które próżno by się wgłębiać, można jednak przyjąć za pewnik, że „Przejażdżka…” rzeczywiście powstała kilka, najdalej kilkanaście dni przed katastrofą. Co więcej, stare gazety z samego San Francisco, do których dotarł Kiehn, wydobywają z mroków historii postacie twórców.

Byli nimi czterej bracia Miles – Harry, Herbert, Earlie i Joe. Niewiele o nich wiadomo poza tym, że na początku 1906 roku otworzyli studio właśnie na Market Street, a wcześniej kręcili kroniki m.in. w Nowym Jorku. Dzień przed trzęsieniem, czyli 17 kwietnia, Harry i Joe mieli zabrać rolki ze swoimi produkcjami – w tym także z „Przejażdżką” – pociągiem do Nowego Jorku. Gdy dowiedzieli się o kataklizmie, nadali taśmy pocztą, a sami natychmiast wrócili do San Francisco. To dzięki temu „Przejażdżka” ocalała. Niestety w przeciwieństwie do ich firmy. Przetrwał jedynie dom Earliego, w którym odbudowywali interes od zera, równocześnie dokumentując losy miasta po trzęsieniu.

I tu docieramy do drobnego haczyka natury, by tak rzec, formalnej. Bo o ile urobek braci Miles z okresu po trzęsieniu można zapewne bez większych wątpliwości zakwalifikować jako pracę stricte dokumentalistyczną, o tyle z „Przejażdżką” jest pod tym względem problem. Choć film na pierwszy rzut oka sprawia wrażenie kręconego spontanicznie – ot, operator stanął z przodu tramwaju i kręcąc korbką, po prostu uwieczniał to, co widział w wizjerze – głębsza analiza pokazuje, że „Przejażdżka” była w mniejszym lub większym stopniu zainscenizowana. Widać to choćby po automobilach, które kręcą się w kółko, wywołując wrażenie, że jest ich więcej niż w rzeczywistości. Niewykluczone, że również niektórzy przechodnie byli statystami.

Tak czy owak, wczesnym rankiem 18 kwietnia to wszystko przestało mieć znaczenie. Według zapisów sejsmicznych z Berkeley zagłada rozegrała się w ciągu nieco ponad minuty, z czego do obrócenia San Fran w niebyt wystarczyło 40 sekund. Epicentrum znajdowało się około trzech kilometrów od miasta, a pas wstrząsów biegł wzdłuż uskoku San Andreas w kierunku północnym i południowym na długości prawie czterystu osiemdziesięciu kilometrów. Były odczuwalne od Los Angeles po Oregon, a wstrząsy wtórne występowały jeszcze przez półtora roku. Całkowitą siłę oszacowano między 7,8 a 8,3 stopnia w skali Richtera, dzięki czemu kataklizm zostanie zapamiętany jako jedna z najgorszych katastrof naturalnych w dziejach USA.

Podobno ulice falowały jak ocean. Największych zniszczeń dokonały jednak nie same wstrząsy, lecz pożar, który szalał przez kolejne cztery dni, dopóki nie spadł deszcz. Do rozprzestrzeniania się ognia przyczynili się nieopatrznie sami strażacy, którzy wysadzali uszkodzone budynki. „Nie ma już San Francisco. – Napisze później Jack London. – Nie zostało nic poza wspomnieniami i garstką domów na przedmieściach.” I poza filmem braci Miles – moglibyśmy dodać.

O trzęsieniu ziemi z 1906 roku i jego konsekwencjach można by jeszcze długo pisać. Na przykład o tym, jak początkowo zaniżano liczbę ofiar w obawie przed wzrostem cen usług budowlanych. Albo o uchodźcach, którzy całymi falami ruszyli do Oakland i Berkeley i jeszcze przez co najmniej dwa lata gnieździli się w prowizorycznych namiotach. O tym, że z całkowitej liczącej czterysta dziesięć tysięcy dusz populacji dziewiątego co do wielkości miasta USA dach nad głową straciło blisko trzysta tysięcy. Lub o gigantycznym – iście amerykańskim – wysiłku, jaki miasto musiało wykonać, by podnieść się z ruiny i wyciągnąć wnioski na przyszłość.

Tak, można, ale jak wiadomo, czasem o wiele mocniej niż słowa czy liczby przemawia jeden obraz. W tym tkwi dzisiejszy fenomen „Przejażdżki po Market Street”. Bo oto kończymy seans, wyglądamy przez okno i nagle spływa na nas zimne jak lód zrozumienie, że nasz świat też może zniknąć w kilka sekund. Czy to za sprawą natury, czy działań człowieka. I kiedy tak patrzymy, te wszystkie banały o kruchości życia i o tym, że trzeba pielęgnować każdą jego chwilę tak, jakby była ostatnia, nabierają niepokojącej prawdziwości.

Polecam również