Powidoki stołeczne

Wysiadam na Powiślu. Poprawiam torbę na ramieniu i mrużąc oczy przed oślepiającym blaskiem, ruszam w kierunku schodów. Do spotkania, dla którego się tu zjawiłem, została mi jeszcze godzina. Postanawiam udać się na Starówkę pieszo. Temperatura jak w lipcu – grzech tłuc się w autobusie. A poza tym – ach, ta melancholia wspomnień ze studenckich czasów! Zawsze mnie ogarnia, gdy przemierzam Nowy Świat i Krakowskie Przedmieście.

Jednak owa czuła nostalgiczność jest zabarwiona czymś jeszcze, co mógłbym zaklasyfikować jako wszechogarniające uczucie wywłaszczenia. Towarzyszyło mi w wielu miejscach, które na różnych etapach życia były mi bliskie i z którymi musiałem się rozstać. Ale jedynie tu nigdy nie sprawiało bólu, jakby było całkowicie zgodne z duchem przestrzeni. Może sprawiał to fakt, iż przez cały pobyt na warszawskiej polonistyce nie wrosłem w uniwersytecką tkankę i pozostałem wolnym elektronem. A może po prostu w taki sposób oddziałuje aura tego miasta, gdzie nikt nie jest do końca u siebie, i tkwienie w nim jak luźny ząb w dziąśle nie uwiera zbyt dotkliwie.

Swobodny dryf, niczym spacerek ulicą pełną knajp, zapachów, spalin i modnych ciuchów. A ty jesteś nimi wszystkimi i żadnym z nich, konkretny i cudownie przeźroczysty. O tak, to mi odpowiadało. Do czasu. W końcu pojąłem, że wywłaszczenie, którym tyle razy sztachałem się niczym skrętem, to nie żadna wolność, tylko śmiertelna pułapka. Rozhuśtany ząb nie czuje bólu ciała, które go porodziło. Nie ma świadomości gnicia. Znieczulony, pozbawiony gleby, nie wie, że wsącza się w niego jad. Gdy został otwarty i bezbronny, odcięty od życiodajnych soków, można mu wmówić każdy bzdet, a on w niego uwierzy.

Zbliżając się powoli do Zamkowego, z koszulą przesiąkniętą od potu, wyobrażam sobie miasto tuż po sowieckim „wyzwoleniu”. Zrównana z ziemią pustynia. Niemcy spalili nawet gruzy. Teren przygotowany pod zasiew. Kolonizatorzy już ciągną. Ocalałe resztki starych domów i bram też niebawem znikną. Nie ma prawa zostać kamień na kamieniu. Wzniesiemy wszystko od nowa, zaoramy glebę, zaszczepimy ziarno.

Nową wiarę zawsze łatwiej przyjąć, gdy do cna wyskrobie się złogi dawnych prawd, choćby i przechowanych w bryłach architektonicznych. Próbuję przywołać z pamięci, co Maria Janion wyznała Jackowi Trznadlowi o Starówce: że tam znajduje jakiś rodzaj warszawskiej organiczności, ale tylko pod warunkiem, że przymknie oczy na sztuczność tego tworu. Wedle archeologów francuskich nie liczy się substancja, lecz forma. A ta przecież została wiernie odtworzona. Nawet z uwzględnieniem substancji, bo – jak utrzymują niektórzy znawcy dziejów odbudowy stolicy – do rekonstrukcji Starego Miasta został użyty oryginalny gruz i fragmenty cegieł. Skąd więc uczucie zerwania ciągłości? Może stąd, że rozbitych kamieni nigdy nie da się powtórnie scalić. Można je ułożyć w dowolną kompozycję, lecz to, co zostało pierwotnie w nich ujęte, nie wróci.

O ile konstytutywną cechą dyktatur prawicowych jest populistyczne pasożytowanie na tradycji, o tyle w przypadku tych, które na sztandarach obnoszą slogany o postępie i nowoczesności, nieodzownie następuje odcięcie, wygnanie jednostek oraz całych grup z historii. Jednym z podstawowych określeń stalinizmu po rosyjsku było „pieriewospitanje”, czyli wychowanie od nowa. Nieważne, w co wierzyliście wcześniej. Trzeba to wyburzyć i ułożyć klocki jeszcze raz. Nie było żadnego wczoraj, ani nie ma dziś. Trzeba mieć przed oczami świetlane jutro.

A potem swoimi wyzwoleńczymi buldożerami przyjadą następni, i następni, i tak karuzela się obraca. A ty, przypięty pasami do fotelika, nie słyszysz już niczego oprócz gwizdu w uszach. I nie waż się tego pędu kwestionować. Każdy, kto próbuje się stawiać, zostanie zmiażdżony w maszynce do mielenia dziejów. Takie są fakty. Albo je zaakceptujesz i dołączysz do pochodu, albo na pawlacz z rupieciami odprowadzi cię pobłażliwy uśmieszek autorytetów, które wszak lojalnie ostrzegały.

Dalej nie rozumiesz? Zawsze możesz sobie strzelić w łeb w katedrze i liczyć, że inny nieprzystosowany wariat uroni nad tobą łzę. Tak oto dumając, spocony jak mysz, docieram w końcu na Starówkę.

Polecam również