Po co nam przepowiednie i teorie spiskowe?

No cóż, nie ma sensu się oszukiwać – to nie będzie dobry rok. Przyniesie wiele zmian, które na zawsze mogą odmienić oblicze Ziemi. I to w niezbyt ciekawym kierunku. Procesy, które do tego doprowadzą – a w każdym razie część z nich – już zostały uruchomione. Istnieje na przykład spore prawdopodobieństwo, że czekające nas niebawem Boże Narodzenie może być ostatnim. Przecież powiedział tak papież Franciszek, podejrzewany o bycie agentem masonerii wprowadzonym na szczyty Kościoła w celu zniszczenia go. W przyszłym roku operacja ta ma wejść w finalną fazę, co masoni zadeklarowali już sto lat temu.

W styczniu, jeszcze przed zaprzysiężeniem Donalda Trumpa – oczywiście zakładając, że tak długo pożyje – mają zostać ujawnione pewne informacje dotyczące UFO. Będzie to nie tyle wstęp do spotkania z przedstawicielami pozaziemskich cywilizacji, co raczej przygotowanie ludzkości na projekt Blue Beam. To niezwykle diaboliczna strategia NWO mająca wytworzyć poczucie fikcyjnego zagrożenia z zewnątrz i doprowadzić do podporządkowania wszystkich ludzi globalnemu rządowi. Czyżby jego trzon stanowiła grupa Bilderberg? Tak czy inaczej, w projekt ma zostać zaprzęgnięta najnowocześniejsza technologia holograficzna, jak również ta pozwalająca kontrolować myśli.

Osobna sprawa to islam. W przyszłym roku będziemy obchodzić setną rocznicę objawień w Fatimie. Wielu muzułmanów wierzy, że trojgu pastuszków tak naprawdę wcale nie ukazała się Matka Chrystusa, lecz córka Mahometa. Fakt ten jest ukrywany przez Kościół, podobnie zresztą jak prawdziwa treść trzeciej tajemnicy fatimskiej, która nie mówi o zamachu na Jana Pawła II, lecz o mającej dopiero nadejść rzezi na niewyobrażalną skalę. Niewykluczone, że rozpocznie się ona już 13 maja. Właśnie na ten dzień spodziewany jest wielki zamach.

To tylko bardzo telegraficzny skrót tego, co można znaleźć w sieci. Jest tego znacznie więcej. Na YouTube filmy dotyczące przepowiedni czy, ogólnie, ukrytych mechanizmów otaczającej nas rzeczywistości notują dziesiątki, a niekiedy nawet i setki tysięcy odsłon. Można to złożyć na karb zwykłego poszukiwania sensacji, chęci doświadczenia dreszczyku. Niektórzy z nas z tego właśnie powodu sięgają po horrory czy thrillery. Nie od rzeczy będzie też stwierdzić, że niezwykła popularność tych zagadnień to po prostu reakcja na niepewność dzisiejszego świata – coś jak gdyby próba zracjonalizowania tego, co wywołuje w nas lęk, tudzież wytłumaczenia zjawisk, których nie rozumiemy. Takie wypełnianie poznawczych luk jest zupełnie naturalne. W ten sposób od zawsze powstawały wszelkiej maści religie i mitologie.

Dlaczego współcześnie miałoby być inaczej? Ludzki umysł na przestrzeni tysięcy lat aż tak bardzo się nie zmienił. Nie nastąpił przepowiadany (sic!) jeszcze ćwierć wieku temu koniec historii, a oświeceniowy racjonalizm zakładający, że w toku nieuniknionego postępu religie i w ogóle jakakolwiek duchowość będą musiały zniknąć, okazał się czczym złudzeniem. Ba, sam był, jak wszystko na to wskazuje, czymś w rodzaju quasi-religijnego zabobonu, którego co bardziej fanatyczni wyznawcy gotowi byli utopić świat we krwi, by udowodnić słuszność swych idei.

Nie chcę zostać opacznie zrozumiany. Jeśli nawet z moich powyższych słów przebijała jakaś pobłażliwość, wyższość tego, który „nie wierzy w takie bajeczki”, nie była zamierzona. A kto wie, może wręcz stanowiła strategię obronną? Mniejsza z tym, czy wierzę, że ojciec Czesław Klimuszko przewidział najazd muzułmańskich uchodźców na Europę i czy faktycznie gesty, jakie Jorge Bergoglio wykonywał na balkonie bazyliki św. Piotra tuż po swoim wyborze, były tajnymi kodami Iluminatów. Bez wątpienia wierzę w jedno: a mianowicie w to, że – jak głosi anglojęzyczne powiedzonko – there is more to the world than meets the eye. Wszelako to, co przed owym okiem ukryte, jest już kwestią do dyskusji, często gęsto wybitnie poszlakowej.

Ale z przepowiedniami i teoriami spiskowymi mam kilka zasadniczych problemów. Pomijam fakt, że – jak głosi z kolei inne powiedzonko – ujawnione spiski to jedynie te, które się nie powiodły, jak również to, że jakieś formy prekognicji czy też innych tak zwanych zdolności parapsychicznych dopuszczają dziś nawet co odważniejsi naukowcy. Mój główny zgryz, jeśli idzie o te sprawy, polega na tym, że… hm, jakby to tu zgrabnie ująć? No po prostu na tym, że niekiedy trudno w nich rozgraniczyć spekulacje od obiektywnie istniejących faktów, co może niebezpiecznie poszerzać margines niepewności.

Weźmy choćby Trumpa. Kilka dni przed wyborami w USA krążyła po sieci teoria spiskowa, według której w razie jego wygranej Hilary Clinton i reprezentowany przez nią establishment mieli dopuścić się zamachu stanu i zmusić Trumpa do ustąpienia lub też, w ostateczności, go wyeliminować. Pierwszym etapem miało być wywołanie – uwaga, uwaga – spontanicznych protestów społecznych, drugim – próba podważenia legalności wyboru, zaś trzecim – w razie gdyby poprzednie się nie powiodły – eskalacja konfliktu i wyprowadzenie na ulice wojska. Nazwijcie mnie kretynem, ale czy aby dwa pierwsze nie są realizowane na naszych oczach?

Nawet jeśli to czysty przypadek, doskonale pokazuje on, jak łatwo zasiać ziarno wątpliwości, sprawić, by zaczął się szerzyć strach. To jest chyba zresztą mój kluczowy zarzut wobec ludzi, którzy te tematy propagują. Jakoś nie bardzo chce mi się przyjąć, że można kogoś straszyć, by mu dostarczyć rozrywki. A takiego argumentu używa między innymi Krzysztof Woźniak. W tak zwanej grozie dla rozrywki jako warunek sine qua non na ogół występuje element braku prawdopodobieństwa, który teoretycy horroru nazywają wentylem bezpieczeństwa. Jakoś go nie widzę w działaniach Woźniaka, choćby nie wiem jak się asekurował.

Bardzo mnie ci ludzie zastanawiają. Rozumiem zainteresowanie niesamowitością, ba, sam je podzielam. Potrafię też zrozumieć chęć zbicia na niej kapitału, w wypadku części twórców z YouTube’a traktowanego przecież najzupełniej literalnie jako wpływy z reklam i wyświetleń. To, że ktoś chce zarobić czy wypromować się na popularnych trendach, jest jak najbardziej w porządku. Moje zastrzeżenia budzi pewna niefrasobliwość, brak świadomości ewentualnych konsekwencji.

Od kilku lat żyjemy w stanie permanentnego zagrożenia. Poczucie, że za chwilę może stać się coś strasznego, jest bodaj największe od czasów zimnej wojny. A w każdym razie od kryzysu kubańskiego. Nie tak dawno byliśmy straszeni widmem wojny atomowej, która jakoby miała wybuchnąć na przełomie października i listopada. Spiskowo-przepowiedniowa sieć temat ten dość chętnie podchwyciła. Nie twierdzę, że nie powinno się o takich rzeczach rozmawiać czy słuchać, ale utrzymywanie, że ciekawość nimi podsyca się dla przyjemności, wydaje mi się – proszę wybaczyć – nieco hucpiarskie.

I tu dochodzimy do mojej własnej teorii spiskowej. A co, jak wszyscy, to ja też! No bo co na ten przykład, jeśli jakiś odsetek siewców opowieści o Babie Wandze bądź Iluminatach, może nawet znikomy i bez wskazywania na konkretne nazwiska, to nie zwykli hobbyści, lecz tajni agenci wpływu, choćby Rosji lub Chin, którzy mają za zadanie szerzyć dezinformację i lęki? Od czapy? Nie aż tak bardzo, gdy się zgłębi istotę nowoczesnej wojny hybrydowej, w której klawiatura i myszka może stanowić równie ważny oręż jak czołg. A poza tym destabilizacja społeczeństw, które chce się podbić, stanowi jeden z filarów doktryny wojennej Sun Tzu – ponoć niezwykle cenionej w niektórych służbach specjalnych.

Kilka tygodni temu w programie „Warto rozmawiać” Jerzy Targalski wprost oskarżył pewien portal o uprawianie prorosyjskiej propagandy. Sam portal nie zajmuje się wprawdzie teoriami spiskowymi – przynajmniej nie leży to w głównym zakresie jego zainteresowań – jednak inna strona oraz kanał na YouTube prowadzone przez autora tego portalu już jak najbardziej tak. Targalski oczywiście wytropiłby putinowską agenturę nawet w tyłku mojego psa, gdyby mu go podetknąć pod nos, a też i podstawa, na jakiej swoją tezę o powiązaniu inkryminowanego medium z Łubianką wysnuł, jest, delikatnie mówiąc, sama z siebie cokolwiek słaba, jednak w atmosferze dzisiejszej paranoi nigdy nic nie wiadomo.

Zwłaszcza że – jak już wspomniałem – niektóre wyglądające na pierwszy rzut oka szalenie teorie spiskowe okazały się mimo wszystko prawdą. Najsłynniejsza z nich to ujawniony w latach 70 projekt MK-Ultra, czyli prowadzone przez dwie dekady zakrojone na szeroką skalę badania CIA odnośnie możliwości kontrolowania ludzkiego umysłu. Warto zaznaczyć, że ich obiektami byli również nieświadomi niczego obywatele USA. Niby brzmi jak żywcem wyjęte z „Archiwum X”, ale znalazły się dowody, były prowadzone przesłuchania. W tym świetle to, że jeden czy drugi spiskowo-przepowiedniowy youtuber może czerpać swoje zyski nie tylko z reklam, nie wydaje się już tak kosmiczne.

Nie, absolutnie nikomu nic nie insynuuję. Przynajmniej nie personalnie. Mówię jedynie, że to jest prawdopodobne. Chcę też pokazać, jak niezmiernie łatwo tworzy się teorie spiskowe, jak wystarczy zmiksować kilka przypadkowych składników, by wygenerować mające ręce i nogi podejrzenie. No ale przecież – jak zawsze podkreśla Woźniak – to, co logiczne, niekoniecznie musi być prawdziwe.

***

Tymczasem zegary nieubłaganie odliczają ostatnie godziny starego roku. Atmosfera napięta nieomal jak na przełomie tysiącleci, gdy wielu, naprawdę wielu, więcej niż dziś chciałoby się przyznać, drżało z trwogi przed milenijną pluskwą, od której komputery miały zwariować i odpalić nuklearne fajerwerki. Napięta prawie jak o dwudziestej trzeciej pięćdziesiąt dziewięć dwudziestego grudnia roku pańskiego dwa tysiące dwunastego. Albo jak tysiąc lat temu, gdy z czeluści ziemi miał wypełznąć lewiatan. Czy Barack Obama ujawni tajemnicę Roswell, nim odejdzie? Czy w maju rzeczywiście nastąpi krwawy atak? Co zrobimy, jeśli cokolwiek z tego się zdarzy?

Lecz jest jedno nikłe światełko w tym bezgranicznie mrocznym tunelu. Większość zarówno jasnowidzów, jak i ich youtubowych interpretatorów zgadza się, mimo licznych rozbieżności, że Polska ma przetrwać. Mamy być ledwie draśniętą enklawą spokoju na rozbujanym oceanie dziejów. Szczerze? Marne mi to przynosi pocieszenie. Żadna frajda popijać sobie ambrozję, gdy po sąsiedzku cierpią.


Drogi odbiorco – nie chcę się napraszać, ale jeśli materiał Ci się spodobał, byłoby mi niezmiernie miło, gdybyś polecił go swoim znajomym. Ciebie nic to nie kosztuje, a mnie pomaga dotrzeć do nowych odbiorców – takich jak Ty. Z góry wielkie dzięki.

Polecam również

  • Bardzo dobry temat, zwłaszcza, że wkraczamy w wyczekiwany 2017 rok.

    • Heh, ja tam oczekuje go umiarkowanie. Lubię Boże Narodzenie 😉

  • Już po publikacji doszedłem do wniosku, że tekst wymaga kilku dodatkowych akapitów. Dopisałem je. Poszerzyłem m.in. temat domniemanej agenturalności niektórych portali.