Pius XIII – papież na miarę czasów

Najpierw była ciekawość. Kadr z papieżem palącym papierosa niczym jakiś Bogart właściwie mógł zwiastować wszystko – zarówno obleczoną w efektowny popkulturowy sztafaż, lecz w swojej zasadniczej istocie tanią antyklerykalną hucpę, jak i ukrywającą się za dokładnie tym samym sztafażem głęboką refleksję. A najpewniej coś pośrodku. Wiem, wiem – przecież to Sorrentino. Zostałem o tym uprzedzony przez tabuny recenzentów, nim serial w ogóle jeszcze ruszył. Po pierwszych dwóch odsłonach dodatkowo mi o tym przypominali, by mi na pewno nie umknęło. Sorrentino nie Sorrentino – zaintrygowany byłem i tak.

Bynajmniej nie samym szlugiem czy mogącą kroczyć za nim ewidentną prowokacją. Jestem po prostu zdania, że papiestwo zasługuje na to, by istnieć w kulturze. To wszak wymarzony temat tak dla filmowców, jak i dla literatów. A kiedy już traktujące o nim utwory się pojawią, zawsze chętnie po nie sięgam. Szkopuł niestety w tym, że rzadko bywają dobre. Nie w sensie, że przychylne, ale zwyczajnie dobre, traktujące rzecz z należytą uwagą, w możliwie szerokim ujęciu. Aż nazbyt dobitnie przekonaliśmy się ostatnimi czasy, że najbardziej ciężkostrawne potrafią być właśnie te pro. Obydwa dzieła o Janie Pawle II czy film o Pawle VI – bo takowy też jest – to idealne przykłady, jak utopić bohatera w powodzi nieznośnego patosu.

Ale i te, które silą się na głębię, na ogół potykają się o własne nogi. Choćby głośny kilka lat temu „Habemus papam”, którym zgodnie zachwycali się ludzie od Kościoła jak najdalsi i tzw. „katolicy otwarci”. Niby była jakaś próba pokazania, że papież też człowiek, że też może się wahać, mieć wątpliwości, lecz w efekcie wyszła żenująca psychodrama podszyta lewicowym dydaktyzmem sprowadzającym się do tego samego co zawsze wniosku, że Kościół musi się dostosować do reguł gry współczesnego świata albo zginąć.

„Młody papież” również cierpi na to „kalectwo”. Wyraża się ono choćby w jego formalnym eklektyzmie, w niekiedy wyjątkowo męczącym szpagacie między komedią i dramatem (tak, wiem, Sorrentino!), przez który ta historia jak gdyby sama już w przedbiegach bierze się w nawias. Moją początkową ciekawość gdzieś tak po trzecim odcinku zastąpiło znużenie oraz zawód, że to jednak idzie w stronę płytkiego epatowania skandalami i konserwacji wizerunku Kościoła jako przeżartej seksem i korupcją mafii, na której czele stoi dwulicowy hipokryta. Czyli norma. Co z tego, że podana nieco finezyjniej. Jednak gdzieś tak na trzy odcinki przed końcem fabuła bierze naprawdę mocny wdech, a to, co zdawało się oczywiste, przestaje takie być. Wiem… Sorrentino.

Słówko streszczenia. Tytułowy młody – prawie pięćdziesięcioletni – papież to niejaki Lenny Belardo, amerykański biskup, który wskutek różnych zakulisowych gierek zostaje wybrany na Stolicę Piotrową jako „bezpieczniak”. Starzy purpuraci liczą, że z racji wieku oraz braku doświadczenia będzie go łatwo kontrolować. Stawką jest tu utrzymanie delikatnej równowagi między konserwatystami i progresistami, a więc – de facto – nienarażanie się współczesnemu światu.

Lecz „szczeniak” dość szybko urywa się z łańcucha. Praktycznie od pierwszych dni zaczyna przemeblowywać watykańską administrację. A co więcej wszystko wskazuje na to, że robi to w, zdawałoby się, pogrzebanym już raz na zawsze duchu przedsoborowym. Szare eminencje tracą stanowiska – jedna z nich ląduje nawet na skutej lodem Alasce – na cenzurowanym są geje, a każda próba spisku – bo i te, ze zrozumiałych względów, zaraz się pojawiają – zostaje utrącona w zarodku. Pius doskonale wie, że w siedlisku żmij nic tak nie pomaga przetrwać jak poinformowane o wszystkich grzeszkach oficjeli gumowe ucho. Wie też, jak je skłonić, żeby pracowało dla niego.

Tyle że rewolucja nie dotyczy jedynie kurii czy, szerzej, struktur władzy. Ona rozprzestrzenia się na cały Kościół. Pius radykalnie zrywa z wizerunkiem „kremówkowego” papieża (czyżby stąd aluzja w czołówce do słynnej rzeźby Jana Pawła II przywalonego meteorytem?). Nie pokazuje się publicznie, nie udziela wywiadów, zakazuje kolportowania papieskich gadżetów. Chce być nikim, ma go nie być. Na plan pierwszy ma zostać wysunięty jedynie Bóg. Kościół zaś ma być mniejszy liczebnie – co rychło zaczyna się spełniać – ale za to bardziej oddany.

pius13_1

A dlaczego Lenny ma być postacią na miarę swoich czasów? Co najmniej z kilku powodów. Pierwszy jest banalny – Pius to po prostu typowy bohater dzisiejszych seriali, aż do przesady pogłębiony psychologicznie, poraniony najrozmaitszymi traumami, uwikłany w wewnętrzne i zewnętrzne sprzeczności. Mamy na przykład uwierzyć, że jest, jaki jest, gdyż w dzieciństwie został porzucony przez rodziców i to napędza całe jego działanie jako papieża, jak też stanowi podłoże jego skomplikowanego stosunku do Boga.

Cechuje go zarazem zwątpienie i predylekcja do świętości. Jest czuły, a równocześnie oschły i bezwzględny, z autentycznym żarem oddany służbie Kościołowi i realizujący ją nie zawsze godziwymi metodami. Zoologicznie wręcz nieprzychylny wszelkim modernizacjom, lecz jako osobistego sekretarza mianuje zakonnicę, która matkowała mu w sierocińcu, czyli – jakby nie patrzeć – kobietę. Nie akceptuje homoseksualistów jako księży, a tymczasem jednemu z nich, doskonale znając jego upodobania, powierza niezwykle ważną misję. I tak dalej, i tak dalej. Sam o sobie zresztą mówi, pykając szluga, że jest chodzącą sprzecznością.

Lecz jest też – i to w moim odczuciu stanowi sam rdzeń tej zwariowanej historii z ambicjami do przypowieści – jakby metaforycznym ucieleśnieniem przemian, które obecnie na naszych oczach przetaczają się przez zachodnią cywilizację. Zaryzykuję odważną tezę: jeszcze cztery lata temu – a właśnie wówczas na ekrany wszedł „Habemus papam” – taki serial jak „Młody papież” by nie powstał. Wtedy nienaruszalny był jeszcze liberalny paradygmat, który dziś jest coraz silniej kwestionowany przez zachodnie społeczeństwa. Wraz z kolejnymi zwycięstwami antyestablishmentowych polityków coraz głośniej mówi się, że wahadło dziejów przesuwa się w prawo. Pius XIII doskonale ten klimat odzwierciedla.

Znamienne pod tym względem jest nie tylko przybrane przez niego imię, które nawiązuje do ostatniego przedsoborowego pontyfikatu – ostatniego, gdy według integrystów wszystko było na swoim miejscu. Nie tylko mówi nam o tym papieski strój i styl sprawowania urzędu. Idzie o rodziców Lenny’ego. Z reminiscencji dowiadujemy się, że byli hipisami, dziećmi rewolty lat 60., która później, wraz z przejęciem sterów globalnej polityki i kultury, stała się ortodoksją. Jest w tym coś nieodparcie houellebecqowskiego, choć zarazem stojącego na antypodach jego diagnoz, bo zamiast wyjałowienia pokazującego możliwe wyjście.

Znamienne jest również to, że – jak zauważa jeden z nieprzychylnych Piusowi kardynałów – rodzice nie próbują nawiązać z nim kontaktu, choć został jednym z najpopularniejszych ludzi na Ziemi. Może po prostu nie chcą znać takiego syna? Może dalej są wierni liberalnym ideom, przez które, jak możemy się domyślić, niegdyś go porzucili? Widzimy ich bardzo krótko, w ostatnim odcinku. Stoją w tłumie słuchających papieskiej przemowy, po czym odchodzą – tak jakby ostatecznie kapitulowali… a może pojęli swój błąd?

A tak naprawdę największą sprzecznością Piusa jest chyba to, że choć tak przerysowany, jest w gruncie rzeczy do bólu prawdziwy. Prawdziwy właśnie przez tę swoją niejednoznaczność. W przeciwieństwie do większości dostojników, którzy sprawiają wrażenie, jakby odgrywali jedynie napisane dla nich role konserwatystów i liberałów, tętni namiętnością, szuka, waha się i… cierpi. Myślę, że każdy, kto kiedykolwiek wierzył, czy choćby próbował uwierzyć, będzie w stanie to zrozumieć. I utożsamić się.


Drogi odbiorco – nie chcę się napraszać, ale jeśli materiał Ci się spodobał, byłoby mi niezmiernie miło, gdybyś polecił go swoim znajomym. Ciebie nic to nie kosztuje, a mnie pomaga dotrzeć do nowych odbiorców – takich jak Ty. Z góry wielkie dzięki.

Polecam również