PILNE! Ustosunkować się wobec zła

O zamachu w Londynie dowiedziałem się w trakcie pisania notki o „Ostatnim seansie”. Po prostu otworzyłem przeglądarkę, żeby mieć pod ręką kilka podstawowych informacji, lecz zamiast skupić się wyłącznie na nich, zupełnie niepotrzebnie wszedłem na fb. Zły nawyk, z którym staram się mniej lub bardziej skutecznie walczyć. Akurat w sobotę niestety uległem. No i oczywiście od razu walnęła mnie po oczach czerwień nagminnie nadużywana przez pewien portal, którego nazwy nie chcę tu wymieniać, żeby nie robić mu reklamy, i który już dawno, właśnie ze względu na takie numery, powinienem odlajkować.

Z początku, jak pamiętamy, wiadomo było tylko tyle, że samochód na moście rozjeżdżał ludzi. Co bynajmniej nie przeszkodziło ani komentującym pod okraszonym szkarłatem wpisem, ani mnie w wysnuciu najbardziej narzucającego się wniosku. Pomyślałem, że to straszne. Straszne, że w ciągu ledwie paru lat wyrobiliśmy w sobie świadomość i odruchy charakterystyczne dla czasu wojny. Że czytając o aucie taranującym tłum, instynktownie myślimy „terrorysta”. Że słysząc wybuch na masowej imprezie, nie bierzemy pod uwagę, iż ktoś mógł odpalić zwykłą petardę, a nie pas szahida.

Bo równolegle spływały doniesienia z Turynu. Tu zresztą wzmiankowany portal też wykazał się literacką inwencją, obficie sypiąc określeniami typu „koszmar” i „makabra” – oczywiście zapisanymi wersalikami. Nawiasem mówiąc, coraz bardziej wkurza mnie nadużywanie w sieci wielkich liter. Ostatnio nawet bardziej niż przesadzanie z emotikonami. Świadczy to o jakimś zaiste maglarskim prymitywizmie. Tak, wiem, że chodzi o zwrócenie uwagi odbiorcy, ale mimo wszystko… No nic, zostawmy to.

Zaskoczyła mnie moja własna reakcja. A konkretnie jej złożoność. Pierwszym najzupełniej bezwarunkowym (a może warunkowym? zawsze mam lekki problem z ich rozróżnieniem) impulsem była próba wypchnięcia tego, zbagatelizowania. No bo przecież to tylko kolejny zamach. Potworne, nie powinno do tego dojść, współczuję ofiarom, niemniej wobec faktu, iż nie zanosi się na poprawę, trzeba nauczyć się jakoś z tym żyć. „Don’t let it get to you” – jak mawiają Anglicy. Ale jednocześnie nie mogłem się powstrzymać przed kompulsywnym śledzeniem dalszych newsów, przez co praca nad tekstem się przeciągała.

A potem przemknęło mi, że właściwie w ogóle nie powinienem go pisać, a tym bardziej – publikować. Bo to jest w jakiś sposób nieprzyzwoite i urąga powadze sytuacji. Mniejsza o to, że stanowiącej już w zasadzie rutynę. Bo absorbowanie kogokolwiek kolejną wziętą z przysłowiowej dupy rzeczą, która tak naprawdę nikogo nie interesuje, dowodziłoby mojego braku wrażliwości. A nie jestem z kamienia. Nie jestem jakimś zimnym skurwielem, który cyzeluje zdania i zachwyca się grą światła w kroplach rosy, podczas gdy wokół niego latają pociski.

A potem poczułem, że wzbiera we mnie wściekłość. Taka dzika, gwałtowna, taka która przywodzi do rzucania talerzami i tłuczenia szklanek. Wściekłość na bezsilność wobec dziejącego się zła – zła, które być może niedługo dotknie bezpośrednio i mojego kraju, a może nawet mnie samego, skoro codziennie podróżuję metrem i bywam w publicznych miejscach. Wściekłość na tych brodatych bydlaków za to, że znów to zrobili. Wściekłość, że osiągnęli swój cel w tym najbardziej fundamentalnym sensie, zasiewając się w naszych głowach. Czyż to nie stanowi istoty terroryzmu bez względu na jego ideologiczne tło?

Pomyślałem, jak czasem przyłapuję się na tym, że idę na przykład ulicą, słyszę rozmowy o najróżniejszych błahostkach, a mimo to gdzieś na obrzeżach podświadomości tli mi się poczucie, że to dzieje się niejako w zastępstwie, by przykryć strach, zagadać wpełzającą nam pod skórę grozę. Że już nie czytamy książek ani nie oglądamy filmów dla samej tej czynności, lecz po to, by odwrócić uwagę od tego, co naprawdę nas nurtuje. Czy tak czuli się mieszkańcy okupowanej Warszawy usiłujący udawać, że wciąż można normalnie żyć? Czy ta niewypowiedziana dwoistość dręczyła śmigających na karuzeli bohaterów wiersza Miłosza?

I pomyślałem też o mediach. Między innymi takich jak ten popierdolony portal, który ucieka się do najprymitywniejszych sztuczek, by, żerując na tragedii, zwiększać sobie klikalność. I o mieniących się bezkompromisowymi komentatorami rzeczywistości youtuberach, którzy tak naprawdę sieją jedynie panikę. I o tym, że terroryści pewnie doskonale te mechanizmy znają i perfekcyjnie wykorzystują jako swoje pudła rezonansowe. Ale też o tych wszystkich kozaczących prawicowych publicystach, którzy już jutro po raz milion pięćset sto dziewiąty walną tyradę o kastratach z Brukseli i że trzeba się krwawo rozprawić z wrogami łacińskiej cywilizacji. Tylko który z nich byłby gotów zamienić klawiaturę na broń?

Pomyślałem, jak to wszystko się nawarstwia, wzajemnie napędza, urzeczywistnia niczym samospełniająca się przepowiednia. Jak my wszyscy mimowolnie bierzemy w tym udział, multiplikując paranoję. I jak bardzo terroryści tego chcą. I jeszcze o Baumanie pomyślałem. O tym jego wywiadzie, w którym tak zbulwersował prawych i niepokornych stwierdzeniem, że terroryzm powinno się ignorować czy jakoś tak. Nie pamiętam dokładnie, a nie chce mi się teraz szukać.

I pomyślałem wreszcie, że może właśnie ze względu na to wszystko tym bardziej ten tekst o „Ostatnim seansie” powinienem napisać. I opublikować. Właśnie teraz, kiedy wszyscy będą przetrawiać kolejny występ zarośniętych Macheta Boys. Pomyślałem, że jeśli mi się to uda, będzie to moje małe, niewiele znaczące i mało kogo obchodzące zwycięstwo. Czy to oznacza, że już zbliżam się mentalnie do tych, co bazgrzą kredkami po chodnikach? Mam nadzieję,że nie.

Po prostu chodzi mi o to, że największa perfidia zła wcale nie polega na destrukcji czy fizycznej przemocy, lecz na tym, że chce ci zabrać twój wewnętrzny świat, nadpisać się na niego. Zło jest jak komputerowy wirus, który szyfruje dane. Wiem, banalne porównanie, ale nic lepszego nie przychodzi mi do głowy. Po raz pierwszy tak silnie tknęło mnie to po Manchesterze. Wydało mi się symboliczne, że tego samego dnia umarł Zbigniew Wodecki – człowiek, który miał tak piękny, bogaty wewnętrzny świat. Tu on, a tam ludzie nie mający niczego poza swoim islamem i ślepą nienawiścią, którą chcą zarazić wszystko i wszystkich wokół.

Więc usiadłem i pisałem, mitygując się, by co rusz nie zerkać na newsy. Pisałem wściekły, tłumacząc sobie, że złość nie jest dobrym paliwem. Z każdą kolejną wystukaną literą coraz głębiej zanurzałem się w czarno biały świat Anarene, obawiając się, czy nie grozi mi druga choroba towarzysząca złu: eskapizm, chęć skrajnego znieczulenia. Jednocześnie chciałem znów uwierzyć, że każdy najdrobniejszy gest pojedynczego człowieka ma wpływ na kształt świata. Naiwność? Nie wiem. Nie wiem.

W ogóle mało co wiem. Chce tylko, żeby świat znów był nudny i przewidywalny. Mam już dosyć kolejnych zgranych jak stare płyty filipik o politycznej poprawności i że trzeba się obudzić. Nie ma żadnego cudownego remedium. Chyba można jedynie próbować robić swoje tak długo, jak się da. Może nie istnieje żadna inna skuteczna metoda walki ze złem dla tych, którzy nie potrafią się modlić. Zresztą ponoć żadnego diabła ani piekła też nie ma. Skoro tak twierdzi sam generał jezuitów…

A wczoraj Paryż. Jutro lub pojutrze znowu coś. Kolejne płomienne przemówienie Beaty Szydło, kolejny kopiuj-wklej tweet Tuska. Kolejne czerwone plansze… I tak dalej, i tak dalej, i tak dalej. Aż do wyrzygania. Ach… noli me tangere!

Fot GoodManPL/Pixabay

Polecam również