Pierwszy taki dzień

Mniej więcej w połowie szóstej długości uzmysławiam sobie, że upłynął już miesiąc, odkąd tak dyrdam w każdy wtorek i czwartek. A w ślad za tym olśnieniem nadchodzi kolejne: gdy w końcówce lipca poszedłem na basen pierwszy raz od czasów liceum, by spędzić katorżniczą godzinę na krztuszeniu się i bezładnym wymachiwaniu wszystkim, co wyrasta mi z korpusu, udało mi się nie myśleć. Był to bodaj pierwszy taki dzień od pogrzebu – pierwszy, gdy przez dłużej niż kilka minut matka nie gościła w mojej pamięci. Autentycznie wyzwalające.

Tej sztuki nie udało mi się dokonać nawet za pomocą czystej i pięknej niczym nadreński pejzaż prozy W. G. Sebalda. A wystarczyło trochę szarpaniny o utrzymanie się na powierzchni. To konieczność pierwotna jak głód. Co by się nie działo – zawsze przyj do góry. Nurt cie znosi – młóć rękami. Wpadasz w korkociąg – nogi zaczynają ciąć jak nożyce. Podpalają twój kraj – rzucasz się na czołg. Umiera ci ktoś bliski – wychodzisz z psem; burza nie burza, kloca postawić musi.

Wspomnienia bolą. Zawsze sądziłem, że to taki pretensjonalny, zgrany literacki chwyt. Tylko że one rzeczywiście potrafią zadawać ból. I to ten najzupełniej fizyczny, kiedy uciskają gardło i wwiercają się w pierś. Atakują znienacka, jak raptowny skurcz mięśni. Potem częstotliwość spada, rwanie przechodzi w zadawnione ćmienie, lecz mimo to cię nie opuszcza. Przed moim pływackim debiutem ucieczką od nich była jedynie noc. Od pogrzebu matka nie przyśniła mi się ani razu. Aż do dziś.

Jakby nigdy nic, jakbyśmy ostatni raz widzieli się najdalej przedwczoraj, wparowała do mieszkania, dziwiąc się mojemu zaskoczeniu. Miała wręcz pretensje, że się podejrzliwie wobec niej zachowuję. Nie żyła od blisko dwóch miesięcy, przedtem tyle samo leżała nieprzytomna, a teraz tak trudno jej zrozumieć, że jej pojawienie się mogło wywołać szok? Paradne – w jej stylu, gdy się nad tym głębiej zastanowić. Przemknęło mi przez myśl, że może nie wie, że umarła, że nie zauważyła, nie zorientowała się. Coś jak w tych historyjkach o błąkających się duszach, co zagapiły się w chwili śmierci, a teraz uparcie powracają do miejsc bliskich im za życia i nie pojmują, czemu nikt nie zwraca na nie uwagi.

Próbowałem ją delikatnie wybadać. Zapytałem, gdzie była tak długo i czy już jej lepiej. Przecież to taka poważna choroba, tyle czasu w szpitalu w krytycznym stanie. Ona na to, że tak, owszem, że było kiepsko, lecz już się poprawiło i pojechała do sanatorium. Zakłopotany, nie miałem pojęcia, co z tym fantem począć. Przypomniał mi się ten horror z Nicole Kidman, w którym grana przez nią dzielna Grace tak mocno wyparła ze świadomości fakt swej śmierci, że aż stworzyła cały alternatywny świat, by swe dalsze istnienie jakoś przed samą sobą uzasadnić. Niezbadana jest siła umysłu. Może więc i tu zachodzi coś podobnego?

Albo – ach, czy to możliwe, że ona jednak żyje? Może lekarze omyłkowo wydali zakładowi inne ciało kogoś łudząco podobnego? Tyle się nieraz słyszy o podmienianiu niemowląt, które dopiero jako ludzie dorośli odnajdują biologicznych rodziców. Czemuż analogiczny proceder nie miałby dotyczyć zwłok? Lecz wtedy się zbudziłem, a rzeczywistość brutalnie przywróciła mnie do pionu. Nie ma jej. Po prostu nie ma i już. Roma locuta, causa finita.

Przy śniadaniu resztki materii snu podarły się na strzępy jak stare poszwy. Włączyłem telewizor. Inwazja rosyjskich wojsk na Ukrainę stała się faktem. A więc wojna! Trzecia światowa? Może tylko pierwsza europejska? A może tak naprawdę lokalny konflikcik, który nabiera nie wiadomo jakiej rangi przez ustawiczne wałkowanie?

Pies domagał się spaceru. Dokończyłem kanapkę, ubrałem się i wyszliśmy. Na dole sprawdziłem skrzynkę. Rozliczenie za prąd i… awizo. Polecony do matki. Jak kolanem w brzuch. Wydawało mi się, że już wszyscy pozawiadamiani. Trzeba by się pofatygować na pocztę i poprosić, żeby więcej nie przynosili. Jakby cokolwiek przyszło, niech od razu odsyłają z adnotacją o śmierci adresata. Nie wiedziałem, czy tak od ręki w ogóle można. Nakazałem sobie załatwić to jeszcze dziś. Bo wspomnienia bolą. Bo trzeba będzie jakoś wziąć na klatę najbliższą Wigilię – pierwszą z wielu bez niej.

A popołudniu znowu na basen i znowu udało mi się nie myśleć. Mam cały tor dla siebie. W wodzie falują świetliste węgorze. Po turkusowych kafelkach sunie mój zniekształcony cień. Gdy obracam siódmy raz, jestem już całkowicie zgrzany i spocony pod gumowym czepkiem. Sflaczałe, otłuszczone mięśnie wyją z wysiłku. Łydki i uda wypełnia kauczuk. Nauka pływania w wieku prawie trzydziestu pięciu lat to czyste szaleństwo. Ciało ma swoje nawyki, odruchy obronne. Trudno je nagiąć, przeprogramować mózg, urodzić się od zera.

Nagle ogarnia mnie paniczny strach. Stopy zaczynają instynktownie poszukiwać twardego oparcia. Wpadam w niekontrolowaną beczkę. Rozhuśtana woda przewraca mnie na plecy. Głowa opada w dół. Wypuszczam nagromadzone w płucach powietrze z upiornym, stłumionym bulgotem, lecz nic nie pomaga. Zostaję wypchnięty, by natychmiast powtórnie runąć w głębinę. Przewracam się na bok. Palce desperacko muskają dno. Chlorowana woda wdziera się do nosa. Czuję ją też w ustach. Oczy pieką, wzrok się mąci.

Oram na oślep, chcąc natrafić na linę torową i się jej uchwycić. Mam gdzieś, że to wbrew zasadom. Dłonie kilka razy bezskutecznie ocierają się o sznur. I wreszcie udaje mi się go przytrzymać. Miota mną, mimo to uwieszony całym ciężarem, słysząc, jak lina bezradnie trzeszczy, dźwigam się do pozycji poziomej. Pluję i kaszlę. Ciekną mi łzy. Czekam aż rozchybotane fale się uspokoją. Przytrzymując się toru i nie przestając się krztusić, brodzę na miękkich nogach  ku płyciźnie. Stamtąd bezpiecznie gramolę się na brzeg.

Siadam i z ulgą ściągam czepek. Ogolenie włosów do gołej skóry nie zmniejszyło poczucia, że czaszkę trawi żywy płomień. Rozglądam się w obawie, że moje akrobacje mogły zaalarmować któregoś z ratowników. Żaden jednak się nie pokazuje. W ogromnych panoramicznych oknach zapada sierpniowy zmierzch. Oprócz mnie na pływalni jest tylko mężczyzna z dwójką dzieci. Chyba uczy je pływać. Też nie zwrócili uwagi na moją szaloną walkę o życie. Drapie mnie w gardle od chloru. Widzę jak przez mgłę. Z ledwością odczytuję godzinę na zegarku. Przekroczyłem czas – trzeba będzie dopłacić przy oddawaniu klucza. Wstaję, wsuwam stopy w japonki i z niechęcią człapię pod prysznic, nie oglądając się na pluskającą się wesoło trójkę.

– Zaufaj wodzie. Połóż się na płask. Ona cię uniesie – instruuje swoje pociechy roześmiany tatuś. – O, właśnie tak!

Wracam do domu. Doskonałym balsamem na podrażnione śluzówki okazuje się syrop ogórkowo-miętowy. Z niegazowaną mineralną smakuje cienko i mdło; za to z gazowaną – jak cierpkie, przeleżałe winogrona, które bardzo lubię. Obalam duszkiem dwie wysokie szklanki, żałując, że wcześniej nie wstawiłem butelki z wodą do lodówki.

Bębnię paznokciami o blat kuchennego stołu, tępo gapiąc się na szafki. Rzeczywiście kolorystykę dobraliśmy nieźle. Buk i stare złoto harmonizują z beżem ścian. Poczucie wyalienowania wydaje się nikłe. Gdyby nie to, że połowa okresu remontu upłynęła mi na codziennym kursowaniu do szpitala, a dni bezpośrednio po jego zakończeniu wypełnił pogrzeb i perswadowanie babci, że grób powinien zostać tam, gdzie jest, zapewne odczułbym tę obcość o wiele silniej. Dokładnie tak, jak się spodziewałem, gdy rozwałka była zaledwie abstrakcyjną perspektywą.

Chyba właśnie to było najgorsze. Nie tylko to, że rozłożone na raty umieranie matki nieomal idealnie nałożyło się na remont, jednak przede wszystkim to, że go przysłoniło. Rano ustalasz, jaką farbę kupić do małego pokoju, i dajesz majstrowi stosowną sumę, a godzinę później sterczysz przy łóżku i twój horyzont zdarzeń zawęża się do tajemniczych gór i dolin wędrujących przez płaski ekran monitora. Kompletny obłęd! Gdybym to tak opisał, uznano by, że zdrowo przesadziłem z kreacją.

Chwila, w której uzyskam zdolność transformowania życia w sztukę, będzie zarazem początkiem długiego procesu godzenia się. Tylko czy ostatnia kropka będzie jego końcem?

– Takie rzeczy potrafią czasem wyłazić i po dwudziestu, trzydziestu latach – powiedział mi raz Jakub.

– Tak, boję się tego – przyznałem.

Najbardziej pod tym względem przeraża mnie myśl o sprzątaniu piwnicy. Tam jest jej pełno. Prędzej czy później będzie trzeba zejść i wyrzucić niepotrzebne graty. Nazbierało się tego! Kawał życia, kawał historii zaklętej w przedmiotach, do których ukrytej treści jedynie ja mam teraz hasło dostępu. W październiku zrobiliśmy gruntowne porządki. Zajęły nam bite trzy tygodnie dzień w dzień. Każdego wieczoru wynosiliśmy po kilka worów śmieci. W tym, co zostało, trzeba by też zrobić ostrą selekcję. Póki co trafiło do piwnicy.

No widzisz, tu byś mógł zacząć – myślę teraz, nalewając sobie kolejną porcję orzeźwiającego napoju. Odnoszę wrażenie, że nie całkiem udało mi się wypłukać posmak chloru. Pochrząkuję.

Obmywam szklankę i siadam do laptopa. Dwa lata później wciąż bezowocnie adoruję kursor mrugający w lewym górnym rogu pustej strony.

Aż nagle coś się przeciera. Dziś znów miałem sen. Nie, nie o matce. O basenie, na który i tak w końcu przestałem chodzić. Śniło mi się, że pływam. Naprawdę pływam.

Polecam również