Philip Marlowe i tajemnica jeziora

Moje wielkie zaprzyjaźnianie się z kryminałem, które ogłosiłem wczesną jesienią w tekście o „Zabójstwie Rogera Ackroyda”, jak na razie przebiega dosyć opornie. Bynajmniej nie przez brak chęci lub wolnego czasu. Paradoksalnie, im mniej go posiadam, tym lepiej wychodzi na tym czytelnictwo. Zwłaszcza gdy – tak jak teraz – codziennie jeżdżę do Warszawy na robótkę. Okazuje się, że dwie godziny w pociągu lepiej robią obcowaniu z literaturą niż długie, leniwe wieczory. Raczej winien jest tu słomiany zapał, tudzież multum spraw, które usiłuję uchwycić za ogon jednocześnie, mimo iż ciągle sobie powtarzam, że to nic dobrego.

„Tajemnicę jeziora” znaną także pod tytułem „Topielica” przeczytałem praktycznie za jednym zamachem zaraz po odłożeniu Christie. I choćby z tego względu pisanie o tej książce teraz, po tak długim okresie od ukończenia lektury, nieco mija się z celem. Obrazy i wrażenia zblakły, a refleksje – wtedy żywe – zatarły się. Na dobrą sprawę powinienem sięgnąć po nią jeszcze raz. I nawet to rozważałem, bo było to wcale przyjemne czysto rozrywkowe doświadczenie, z całą pewnością warte powtórki. Tyle że gdy zacząłem o tym myśleć, odkryłem, że w sumie nie jest z tymi odczuciami aż tak źle. Chyba w jakiejś mierze odpowiada za to kontrast z poprzednią pozycją.

No bo wszak, co by tu nie mówić, raczej ciężko sobie wyobrazić bardziej odległe od siebie, a zarazem bardziej generyczne dla kryminalnego laika takiego jak ja ikony niż właśnie Christie i Chandler. Większość ludzi nieobznajomionych w kryminale to ich wymieniłaby obudzona w środku nocy. Niektórzy może jeszcze Conana Doyle’a. Nie przypadkiem więc akurat po tych dwoje sięgnąłem na otwarcie, ich dzieła poddając komparatystycznemu oglądowi, choć przy tym rozumiejąc, że dla tego drugiego takie porównywanie będzie krzywdzące, redukujące. No ale cóż poradzić, skoro siłą rzeczy się narzuca.

Czego w obu przypadkach oczekiwałem poza zwykłą dobrą zabawą? Chyba zaskoczenia. Nie w sensie rozwiązania intrygi, lecz złamania stereotypów, jakie ktoś taki jak ja mógłby mieć w temacie tzw. klasycznego kryminału. Z radością donoszę, że w obu takie zaskoczenie było mi dane. U Christie Poirot nie okazał się aż tak bardzo papierowy – w przeciwieństwie do innych postaci, co też poniekąd mogło zagrać na jego korzyść – a Marlowe u Chandlera… hm, jak to określić? Nie aż tak chandlerowski? Tak, właśnie tak. I to mnie nawet bardziej zaskoczyło niż krwistość Poirota. Co dowodzi, jak silnie pewne archetypy zostały skonwencjonalizowane, by nie powiedzieć strywializowane, przez kulturę masową. No ale przejdźmy wreszcie do rzeczy.

Powieść – jak bodaj wszystkie przygody najsłynniejszego chandlerowskiego łapsa spisana w pierwszej osobie – rozpoczyna się od zaginięcia pięknej i zepsutej żony przemysłowca z LA, niejakiego Derace’a Kingsleya. Wynajmuje on Marlowe’a, by ją odnalazł. Oczywiście szybko tracimy złudzenia, że bogaczem kieruje miłość. Nie, nic z tych rzeczy! Po prostu zjawiskowa Crystal prawdopodobnie wplątała się w skandal, który mógłby położyć się cieniem na jego reputacji. Chociaż z drugiej strony im dalej brnąłem w treść, tym silniej odnosiłem wrażenie, że jakiś rodzaj uczucia jednak wchodził tam w grę. Może patologicznego, noże i nie do końca uświadomionego, ale jednak. I to pomimo iż facet ewidentnie duży się w swojej sekretarce, a rogi, które Crystal mu przyprawiała, dawno przebiły dach jego biurowca.

Jedyne nikłe punkty zaczepienia, jakimi u zarania śledztwa dysponuje Marlowe, to kochanek Crystal, nadany przez nią samą telegram, w którym oświadcza Kingsleyowi, że chce się z nim rozwieźć, i letni domek Kingsleya nad górskim jeziorem ponad sto kilometrów od LA, gdzie była widziana ostatni raz. Szkopuł niestety w tym, że przystojny żigolo twierdzi, jakoby jej od dawna nie widział, a co więcej zaprzecza, że kiedykolwiek zamierzał brać z nią ślub. W takiej sytuacji pozostaje sprawdzenie okolicy jeziora.

Na miejscu Marlowe spotyka dozorcę posiadłości, Billa: pijanego i zrozpaczonego po nagłym odejściu żony, Muriel. Co ciekawe, okazuje się, że nastąpiło ono mniej więcej w tym samym czasie co zniknięcie Crystal. A jeszcze dziwniej i bardziej zagadkowo robi się, kiedy w trakcie spaceru wzdłuż jeziora Marlowe i Bill zauważają unoszące się tuż pod lustrem wody zwłoki tytułowej topielicy, w których, mimo zaawansowanego rozkładu, przerażony Bill rozpoznaje Muriel. Sprawa początkowo wygląda na nieszczęśliwy wypadek niepowiązany ze śledztwem, ale Marlowe’owi nie dają spokoju liczne nader zaskakujące zbieżności.

Bez wnikania w dalsze niuanse fabuły oraz jej rozwiązania zdradzę tylko, że kilka osób okaże się nie tym, za kogo się podawały, a kilka innych – jak choćby główny antagonista Marlowe’a w tej historii, gliniarz Degarmo – kieruje się o wiele bardziej skomplikowanymi motywacjami niż można by z początku podejrzewać. A wszystko okraszone pięknym, acz surowym słońcem Kalifornii, jak też dyskretnymi, choć odgrywającymi kluczową rolę w finale nawiązaniami do niedawnego (powieść pochodzi z 1943 roku) ataku na Pearl Harbor i zaangażowania się USA w działania wojenne.

Tyle tytułem streszczenia. Przejdźmy do warstwy konstrukcyjnej. Pierwszą rzeczą, jaka mi się tu od razu nasunęła, jest styl. Niezwykle bogaty w szczegóły, plastyczny, filmowy – można by rzec. Zupełnie odmienny od minimalistycznego, czysto sprawozdawczego stylu Christie. Gdy w pierwszym rozdziale udajemy się wraz z Marlowe’em na rozmowę do biura Kingsleya, od razu zostajemy wessani w świat powieści nie tylko na poziomie samej akcji, lecz również na poziomie wizualnym. Marlowe to wzrokowiec, co zresztą zostało niebanalnie odwzorowane w kinowej adaptacji „Topielicy” z 1947 roku, w której wydarzenia śledzimy jak gdyby jego oczyma, jego samego widząc jedynie w momencie, gdy odbija się w lustrze.

Druga kwestia to sama rzeczywistość i dynamika wydarzeń. U Christie mamy do czynienia z czymś w rodzaju teatru i postaciami poruszającymi się po jego scenie trochę jak animowane kukiełki. Tutaj, pomimo ograniczeń gatunkowej konwencji, bohaterowie wydają się po prostu bardziej ludzcy, wiarygodni psychologicznie, bardziej nieprzewidywalni. U Christie intryga istnieje w formie skończonej jeszcze przed rozpoczęciem opowieści, zaś akcja sprowadza się jedynie do jej odkrywania krok po kroku. U Chandlera występują luźne nitki – pewne rzeczy zdarzają się dopiero w trakcie i ma to znamienny wpływ na ostateczne rozwiązanie.

No i wreszcie sam detektyw Marlowe. Wcale – przynajmniej w tej konkretnej książce – nie aż tak pomnikowy jak jego utrwalony w kulturze wizerunek. Niekiedy wręcz sprawia wrażenie jego antytezy. Często wydaje się nie tyle sprawcą bądź współsprawcą wydarzeń co raczej ich biernym, popychanym inercyjnie przedmiotem. Bywa niezdarny, gapowaty, bezradny. Bywa też oczywiście cyniczny. Zdarza mu się filozofować o życiu i złych, zepsutych kobietach, ale w umiarkowanym natężeniu.

Gdy kończyłem „Topielicę”, przypomniało mi się jedno ze starych opowiadań Olgi Tokarczuk ze zbioru „Gra na wielu bębenkach”. Nosiło tytuł „Otwórz oczy, już nie żyjesz” i traktowało o – ni mniej, ni więcej – zabawie w kryminał, stanowiąc przy okazji dosyć ciekawy przegląd rozpiętości konwencji, w jakich ten gatunek może się realizować. Pomyślałem wówczas – tak jak bohaterka tego opowiadania – że chciałbym każdej z nich przynajmniej liznąć. Wciąż owo pragnienie podtrzymuję.

A ponieważ piszę ten tekst w dniu św. Walentego, mogę solennie zapewnić, że „Topielica” jak najbardziej jest też powieścią o miłości. Tyle że o takiej, która – jak to w kryminałach bywa – prowadzi do zbrodni. Albo, jak w tym wypadku, do zejścia prawego człowieka na złą drogę i uwieńczenia jej morderstwem. Tak, niektóre kobiety są toksyczne, a niektórzy mężczyźni – za słabi, by oprzeć się ich zgubnym wdziękom. Mądrość godna detektywa Philipa Marlowe’a.


Drogi odbiorco – nie chcę się napraszać, ale jeśli materiał Ci się spodobał, byłoby mi niezmiernie miło, gdybyś polecił go swoim znajomym. Ciebie nic to nie kosztuje, a mnie pomaga dotrzeć do nowych odbiorców – takich jak Ty. Z góry wielkie dzięki.

Polecam również