No dobrze, załatwmy wreszcie sprawę tego patriotyzmu

Obok mnie leżą w tej chwili dwie książki. Obie wydane praktycznie na dniach. Obie ponadto otrzymałem od Lubej w charakterze prezentów na imieniny. Na imieniny, które – tak się składa, szczęśliwie lub nie – przypadają akurat w Dniu Niepodległości. Pierwsza to zebrane zapiski Oriany Fallaci z różnych lat i miejsc – fragmenty listów, felietony, szkice wykładów itp. – składające się na coś w rodzaju jej nigdy nienapisanej autobiografii. Druga to solidne, oparte na wnikliwych badaniach źródłowych tomiszcze autorstwa Natalii Budzyńskiej o św. Albercie Chmielowskim.

Przeglądając je, natknąłem się na bardzo ciekawe cytaty, które niesamowicie korespondują. Fallaci przytacza odtworzone z pamięci streszczenie swojego wypracowania maturalnego o pojęciu ojczyzny. Poddaje w nim owo pojęcie druzgocącej krytyce, pytając między innymi, czy za ojczyznę należy uznawać to, co rozumieli przez nią faszyści, czy antyfaszyści. A może ateńczycy lub spartanie, którzy mimo iż mówili tym samym językiem, wzajemnie się mordowali? Na końcu dochodzi do wniosku,że jej ojczyzną jest po prostu świat, i nie utożsamia się ze sztucznie wykreowanymi granicami, które zmieniają się zależnie od tego, kto akurat w danej chwili wygrywa.

Z kolei Chmielowski, udzielając w 1899 roku wywiadu dziennikarzowi petersburskiej gazety „Kraj”, stwierdził, że szczęśliwym można być wszędzie, ponieważ wszędzie można zostać zbawionym. Natomiast to, jak się społeczeństwo rządzi oraz jaki posiada ustrój, jest sprawą drugorzędną w stosunku do ducha, który je ożywia. Bo tylko duch jest wieczny, a wszelkie inne korzyści – w tym ekonomiczne – przemijają.

Te wypowiedzi dzieli pół wieku. Odmienne – choć być może nie aż tak bardzo, biorąc pod uwagę to, co Fallaci głosiła pod koniec życia – są też losy ich autorów. A jednak łączy je nie aż tak przecież znów oczywiste w świecie coraz twardszych tożsamości, który na naszych oczach zdaje się przeżywać renesans, przekonanie, że to, co w człowieku najważniejsze, co decyduje o jego – że tak to nieco górnolotnie ujmiemy – ontologicznym statusie, sytuuje się poza, czy raczej ponad arbitralnie zdefiniowanymi konwencjami, kodami kulturowymi i językiem.

Warto też zwrócić uwagę na punkt w życiu, w którym oboje w chwili artykułowania owych opinii się znajdowali: Fallaci, pełna młodzieńczej dezynwoltury, stała u progu naiwnego lewicowego internacjonalizmu; 54-letni Chmielowski był długo po powstańczym zrywie, w którym stracił nogę, i po goryczy powrotu do carskiej i bynajmniej sobie z tego powodu nie krzywdującej Warszawy, która podobnych jemu traktowała jak niebezpiecznych wyrzutków. Nie wspominając już o tym, że rozmawiając z mediami należącymi do okupanta, dopuścił się czegoś w rodzaju zdrady. Tak przynajmniej mogliby uznać dzisiejsi narodowi ortodoksi.

Kiedy mnie ktoś pyta o patriotyzm i o to, jak rozumiem pojęcie ojczyzny, zawsze lekko się peszę. Przede wszystkim dlatego, że nie przepadam za zbyt patetycznymi określeniami. Wywołują we mnie… może nie strach, ale z całą pewnością poczucie jakiejś rezerwy bądź podejrzliwości. I to mimo iż – jakby nie patrzeć – światopoglądowo zdecydowanie bliżej mi do hołubiącej takie wartości prawicy, niż do reagującej na nie w najlepszym razie ironicznie lewicy. Być może to kwestia indywidualnego charakteru, świadomości pułapek, jakie kryje w sobie język, a może po prostu specyfika czasów, w jakich się urodziłem. Lata 90., w których dorastałem, były okresem powszechnej alergii na wielkie słowa.

Tak czy inaczej te wszystkie gorące dyskusje – tak teraz modne i wybuchające zwłaszcza w dniach tuż przed i tuż po 11 listopada – w które niesiony polemicznym zapałem też niekiedy daję się wkręcać, mają dla mnie posmak jakiejś przesady. Z obu stron – zarówno żarliwych patriotów, jak i tych, którzy w każdym przejawie przywiązania do symboli narodowych widzą nacjonalizm, wstęp do faszyzmu czy populizm. Słuchając ich lub czytając, zawsze doznaję wrażenia, że kluczą w labiryncie nie dających się rozwikłać skrajności, że porywa ich jakby śmiertelny wir, któremu sami dają paliwo własnym zacietrzewieniem.

Nie oznacza to, że mój stosunek do tych spraw nie ewoluował. Powiedzmy, że teraz jestem nieco bliżej uznania ojczyzny za wartość, z którą gotów byłbym się utożsamić, niż dziesięć lat temu. Lata 90. wpoiły mi podszyte głębokimi kompleksami przekonanie, że ojczyzna to balast, który należy odrzucić. Zwłaszcza ta konkretna ojczyzna z jej pogmatwaną historią, kultem męczeństwa i przegranych militarnie, ale za to wygranych moralnie powstań. Potem zacząłem wyjeżdżać zagranicę i z niejakim zdziwieniem odkryłem, że tam ludzie wcale nie są lepsi ani mądrzejsi niż tu, że też bywa brudno, a nawet zdarza się beznadziejna pogoda.

A jeszcze później doszło do tego zrozumienie – wcale nie aż tak łatwe do przyjęcia, jak by się mogło wydawać – że ugruntowywanie w nas owych kompleksów przez różne liberalne autorytety bezkrytycznie zapatrzone w Zachód to nie tyle stan faktyczny i obiektywny, co raczej pewien rodzaj społecznej pedagogiki. Niektórzy konserwatywni publicyści nazywają ją „pedagogiką wstydu”. A co więcej, że te autorytety same są nielicho zakompleksione. Tu kłania się słynne stwierdzenie Donalda Tuska z 1987 roku, że polskość to nienormalność.

Spróbowałem to sobie wytłumaczyć czysto logicznie. Ani nienormalność, ani normalność. Po prostu coś, co jest. Nie dywaguje się nad faktem posiadania nosa. Po prostu się go ma. Widzi się go codziennie w lustrze i jako przedziałek pomiędzy oczami. Urodziliśmy się tutaj a nie gdzie indziej, posługujemy się takim a nie innym językiem oraz zestawem szablonów. Chcemy tego czy nie, jesteśmy zanurzeni w czymś przekraczającym nasz jednostkowy byt. Konstytuuje nas wspólnota losu. Na dłuższą metę nieważne, czy nazwiemy ją tożsamością, narodem, czy kulturą. Ona po prostu istnieje i już. Pogódź się z tym, króliczku.

Negowanie jej czy to na płaszczyźnie politycznej czy kulturowej jest przejawem dokładnie takiego samego sfanatyzowania jak stawianie jej ołtarzy. Zgoda, że to nie ona decyduje o tym, kim jesteśmy, ale jeśli porównać ludzi do astronautów, a Ziemię do planety, na której wylądowali, stanowi ona ich skafander ochronny, bez którego ciężko byłoby się poruszać, a nawet oddychać. Tym bardziej, że ci, którzy dziś głoszą kres narodów, chcą nas wyłuskać z tego skafandra jedynie po to, by nałożyć nam inny, skrojony wedle swojej miary, ale wcale niekoniecznie wygodny.

Zawsze trochę śmieszą mnie ci wszyscy nadęci Europejczycy piętnujący nacjonalizm. Bo niby czym jest ich nieomal religijne czczenie idei Europy, jeśli nie rodzajem nacjonalizmu, tyle że z innym punktem odniesienia? W czym właściwie ich błękitny nacjonalizm miałby być lepszy od tego spod znaku biało-czerwonej flagi? W sensie fundamentalnym przecież jest dokładnie tym samym – sposobem autoidentyfikacji. A do tego bywa tak samo – jeśli nie bardziej – pryncypialny i dogmatyczny.

Oriana Fallaci – że ponownie nawiążę do początku tego tekstu – z biegiem lat coraz głębiej przeżywała rozczarowanie młodzieńczymi ideałami. Znalazło to gorzki finał w ostatecznym wyklęciu jej przez zachodnią lewicę, kiedy poważyła się na krytykę islamu, jednocześnie popadając w swoiście pojęty fundamentalizm stawiający w centrum tradycyjną europejską kulturę. Z kolei Chmielowski – przynajmniej o ile wiem – nigdy nie podważył sensu walki w powstaniu styczniowym, choć swój ówczesny patriotyzm zrewidował, przesuwając go ku refleksji, którą podzielił się z reporterem „Kraju”.

Ja nigdy nie odczuwałem potrzeby wywieszania flag ani uczestnictwa w marszach, choć oczywiście szanuję tych, którzy to robią. Wolność – ta prawdziwa – polega na tym, że kiedy ktoś macha flagą albo zakłada bluzę z orzełkiem, ktoś inny ogląda sobie w telewizji stary peerelowski kryminał czy serial na Netflixie. Problem zaczyna się w momencie, kiedy albo jeden albo drugi zmusza pozostałych do uznania, że tylko jego opcja jest słuszna. I mnie niestety niepokoi, że w naszym kraju ta retoryka znów zaczyna być silnie obecna w tzw. dyskursie publicznym.

Nie mnie oceniać, czy Guy Verhofstadt powinien zostać pociągnięty do odpowiedzialności karnej za nazwanie wszystkich uczestników Marszu Niepodległości jak leci faszystami. Choć jak najbardziej uważam, że jest to przejaw eurokratycznej buty. Ale także rewers tego samego zjawiska, które chciał w ten sposób niby napiętnować. Zjawiska – dodajmy – na Marszu Niepodległości niestety obecnego, co wiem od kilku uczestniczących w nim znajomych, którzy żadnymi faszystami nie są, a których belgijski liberał w ideologicznym zacietrzewieniu zmieszał z błotem.

Toczącą się od kilku dni medialną nawalankę obserwuję z narastającym zniesmaczeniem. Wywrzaskujący nacjonalistyczne slogany Jacek Międlar i polscy eurodeputowani, którzy głosowali w Parlamencie Europejskim za antypolską rezolucją, coraz bardziej się w moich oczach ze sobą zlewają. Im usilniej sytuują się po przeciwnych stronach tej symbolicznej barykady, tym wyraźniej się do siebie upodabniają przez swój fanatyzm. A przecież jest coś więcej, coś ponad.

Polecam również