Moje państwo jest niepoważne

Wierzcie lub nie, ale opublikowanie tego tekstu nie przyjdzie mi łatwo. Zdaję sobie sprawę z minimalnego zasięgu moich słów, mimo to mam świadomość, że w takiej sytuacji jak nasza, gdy właściwie bez przerwy ktoś Polskę dezawuuje – czy to zagranicą, czy też na użytek wewnętrzny – każda dodatkowa krytyka jest ciosem. Tylko czy to powinno zamykać usta? Czy wycofanie się naprawdę posłuży naszej – jakkolwiek szumnie to brzmi – racji stanu? Stało się coś złego. Coś, co może mieć bardzo poważne konsekwencje. Coś, co pokazuje, że całą retorykę „wstawania z kolan” wypadałoby o kant przysłowiowej dupy potłuc.

W lutym, w wywiadzie dla wPolityce, wielki patriota Adam Andruszkiewicz mówił tak: „Jeśli się ugniemy [w sprawie nowelizacji do ustawy o IPN], zostaniemy wycieraczką dla innych państw.” „Ani kroku wstecz!” – napinał muskuły Dominik Tarczyński. Z kolei Beata Mazurek w nie mniej konfrontacyjnym tonie pisała: „Nie będziemy zmieniać żadnych przepisów w ustawie o IPN. Mamy dość oskarżania Polski i Polaków o niemieckie zbrodnie.” U części obsługujących „dobrą zmianę” publicystów też ciekawie. Samuel Pereira przekonywał, że burza, jaka wybuchła po nowelizacji, pokazuje, jak bardzo jest to prawo dzisiaj potrzebne. I tak dalej, i tak dalej.

Dziś ta wersja już nie obowiązuje. Dziś – jak stwierdził ten sam Pereira – zmiana ustawy to naturalny ruch wobec faktu, że jej skutki okazały się odwrotne od założeń. Ten sam Adam Andruszkiewicz dowodzi, że dzięki usunięciu zapisów karnych – za czym zresztą głosował – osiągnęliśmy sukces, który jeszcze niedawno wydawał się niemożliwy. No bo przecież uzyskaliśmy jasną deklarację Izraela, że to nie Polacy odpowiadają za… nie, tego słowa nie użyję. Już mi się przejadło. Powiedzmy, że za masowe ludobójstwo żydów. A Piotr Lisiewicz cieszy się na Niezależnej, że wygrała prawda historyczna i agentura Moskwy będzie wyć.

Co takiego się stało? Nic, po prostu kolejna polityczna przewrotka. Po prostu sprawdziła się znów stara zasada, że polityka to sztuka uzyskiwania możliwego, a silniejszy i tak zrobi ze słabszym, co mu się zechce. Pozostało jedynie jakoś to przedstawić elektoratowi. Wczoraj TVP INFO dwoiła się i troiła, żeby skwaszone miny polityków PiS i nieskładne wyjaśnienia premiera Morawieckiego odmalować jako triumf pragmatyzmu. Usłyszeliśmy sporo o racji stanu i konieczności konstruktywnego kompromisu. Nawet pan premier Izraela ładnie się uczesał.

Dziś „agentura Moskwy”, której wycie jest taką słodką muzyką dla lisiewiczowych uszu, to zapewne między innymi ja. To znaczy byłbym, gdyby mój blog czytało przynajmniej tysiąc osób, bo tak to tylko śmiech. Agenturą jest też Marek Jakubiak, który wczoraj powiedział, że czuje się zdradzony, Robert Winnicki, który awanturował się na sejmowej mównicy, no i ten stary, wymięty defetysta Gadowski, który coś tam bełkotał, że wycofanie się przez rząd z nowelizacji pokazuje, iż można nas kopać i opluwać bez konsekwencji. Ładne towarzystwo, co? Nie pojmuje subtelności i meandrów dyplomatycznej gry.

No dobrze, a teraz poważnie. Byłem przeciwnikiem tej idiotycznej ustawy. Sytuacja, w której można trafić do więzienia tylko za to, że coś się powiedziało lub napisało, jest chora. Ale w tym kierunku niestety zmierza nasz najwspanialszy z możliwych światów, co mnie osobiście bardzo niepokoi. Kłamstwa powinny być demaskowane, głupota obnażana, oszczerców powinna spotykać infamia, ale – na litość boską! – nie więzienie. To po prostu kapitulacja zdrowego rozsądku i etyki. Zresztą jak niby miano by te regulacje w praktyce egzekwować? Wysłaliby oddział specjalny na drugi koniec planety po jakiegoś Cześka, który napisał coś o polskich obozach?

No wiem, wiem, przesadzam. Ale chcę w ten sposób wykazać totalny absurd. Nie bardzo też potrafię zrozumieć, pod kogo właściwie ta ustawa była pisana. Pod twardy elektorat PiS? Pod stanowiących naturalne ideowe zaplecze tej partii ludzi w rodzaju Świrskiego? Pod utyskujących na ukraiński banderyzm kukizowców? Na pewno miała jeden kluczowy cel: pokazać, jak już jesteśmy mocni i jak bardzo zbliżyliśmy się do postawy pionowej.

Mogę tylko zgadywać, ale prawdopodobnie najważniejszym czynnikiem ośmielającym był nasz „silny sojusz” ze Stanami Zjednoczonymi. Tylko że politycy najwyraźniej zapomnieli o jednym – jeśli Stany Zjednoczone miałyby stawiać na szali interes nasz i Izraela, wybiorą ten drugi, i to niezależnie od tego, kto zasiada w Białym Domu i jak krzepiącą lekcję historii nam wygłosi, kiedy do nas przyleci z gospodarską wizytą. A najdobitniej świadczyło o tym dziwne informacyjne zamieszanie wokół „sankcji” na wysokim szczeblu, których to rzekomo nie było, a trochę jakby jednak były.

Nawiasem mówiąc, ten swoisty amerykański paradoks chyba nigdy nie przestanie mnie zaskakiwać. I to pomimo wiedzy, jakie okoliczności tu działają. Zobaczcie: kraj, który ma wolność słowa wpisaną do konstytucji i który za niesprzyjanie tej wolności gani nas, stoi twardo na straży interesów kraju, w którym można pójść na pięć lat siedzieć za to, że się miało czelność podważyć ich najświętszy… nie, znów tego słowa nie użyję. To się w głowie nie mieści!

No ale mleko się rozlało. Wydarzyło się to, co się wydarzyło. Przez kilka tygodni byliśmy szlamowani, nazywani mordercami, pani wielmożna ambasadoressa zamiast pakować walizki, opowiadała jakieś bzdury o demonach antysemityzmu, a nasi czołowi spece od kajania się grzmieli na prawo i lewo – zwłaszcza lewo – że antysemityzm był i pozostanie w naszym kraju endemiczny. Odbywały się regularne polowania na czarownice. Wyciągano jakieś tweety i powyrywane z kontekstu fragmenty wypowiedzi, mające jakoby świadczyć, że nastąpiła reaktywacja Marca. Wydarzenia tamtych tygodni powinny stać się materiałem do analizy dla teoretyków wojny informacyjnej.

Czy można było to przewidzieć? Tak, moim zdaniem tak. W tym konkretnym wypadku tak. Rozumiem, że można przelicytować, a nawet, że można się pomylić, a potem przyznać się do błędu, ale tu mówimy o Izraelu – kraju, który z moralnego szantażowania całego świata swoją tragedią uczynił polityczny oręż. Więc tak, to można było przewidzieć. A mimo to my wyciągnęliśmy naprawdę grubą spluwę. Tylko że kiedy się takiego gnata bierze do ręki, nie wolno się wahać. Zabawy z bronią nie są dla pętaków.

Co uzyskaliśmy po tej noweli do noweli? Krótkoterminowo trochę spokoju. W nieco dłuższej perspektywie… no, to się dopiero okaże. Na pewno w świat poszedł jeden przekaz – można z nami zrobić wszystko, trzeba tylko użyć odpowiedniego nacisku. Obecny rząd od koalicji PO-PSL różni się tylko tym, że oni rozkładali nogi od razu, a teraz, dla większej pikanterii, trzeba się ciut podroczyć. Z kolei iście olimpijski tryb, w jakim ustawa została przepchnięta, może nasuwać podejrzenia, iż ktoś – może nawet sam Trump – miał już dość gry wstępnej.

A ja po raz kolejny w ciągu kilku dni muszę powiedzieć, że jest mi bardzo, bardzo przykro. Przykro było wczoraj patrzeć na TVP – zwłaszcza że pracuje tam kilka osób, które znam i lubię. Przykro, że nie tylko nasza kadra okazała się bandą nieodpowiedzialnych szczylów z ligi podwórkowej. Poważne państwa się tak nie zachowują. Tak, wiem, że po przeczytaniu mojego tekstu Władimir Putin pobiegł otworzyć szampana.


Grafika Tumisu/Pixabay

Polecam również

1 thought on “Moje państwo jest niepoważne

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.