Paco – nieodrodne dziecię ery VHS

Spowodowana przez Kung Furiego podróż w czasie do epoki VHS tak mnie rozochociła, że postanowiłem jeszcze trochę ten wątek pociągnąć. Może i faktycznie daję dowód fatalnego gustu, zajmując się takimi rzeczami i wkładając je jakby nigdy nic między poważne kwestie, ale… no cóż, to jest jednak moje dziedzictwo. Odczuwam coraz większą potrzebę kontaktu z nim. Unikać go, udawać, że go nie ma, to wypierać jakąś część samego siebie. Na fali moich sobotnich powrotów do lat szczenięcych, lat beztroskich przypomina mi się wiele obrazów, a jeden bardziej kuriozalny od drugiego. Jednak ten chyba przebija je wszystkie.

Gdyby przyszło mi wymienić tytuły, pod jakimi funkcjonował ten film, zajęłoby mi to cały akapit. Dwa najbardziej intrygujące to „Atomowy cyborg” i „Zemsta z przyszłości”, ja jednak wolę pozostać przy tym „oficjalnym”. Niech będzie, że przez sentyment. A mam go sporo, zarówno do tej produkcji, jak i do samej złotej ery VHS, której jest ona nieodrodnym dziecięciem. Era jak era – przyszło, poszło, tak jak moda na hula hop, spodnie dzwony albo muzykę disco – lecz moje nostalgiczne wzruszenie budzi jej specyficznie polska odmiana, o której mógłbym ględzić… no, powiedzmy, że długo. Jeśli oznaką starzenia się jest tęsknota za dawnymi technologiami, to chyba powinienem zacząć się powoli rozglądać za geriatrą.

O ile dobrze pamiętam, pierwszy magnetowid zagościł w naszym domu właśnie mniej więcej wtedy, gdy na pustynnych bezdrożach Arizony Sergio Martino wyduszał przy „Paco” siódme poty. Był to jakiś kupiony z drugiej ręki szmelc „firmy nieznanej ale lubianej”, który wciągał taśmę, a podczas przewijania na podglądzie wprawiał obraz w taki dygot, że nie szło niczego dostrzec. Po kilku godzinach udało się go wreszcie podłączyć do radzieckiego bydlęcia marki Elektron. Na odpaleniu pierwszego filmu zebrała się cała rodzina. I od razu niespodzianka – ekran rozbłysnął uroczą gamą czerni i bieli, pomimo iż film, niesiony z wypożyczalni niczym zdobyczny łup, ponad wszelką wątpliwość był kolorowy.

Jak to u Ruskich! Pociągom trzeba było zmieniać podwozia, żeby pasowały do ich torów, no a telewizorom – wstawiać jakąś tam durną płytkę. Sprawę postawiono na familijnej agendzie, wezwano specjalistów, ale koniec końców naczalstwo uchwaliło kupno nowego telewizora o zachodnich standardach, niniejszym ostatecznie uwalniając nas z sowieckiej orbity wpływów.

paco

No i już zaczyna mnie ponosić. A przecież miało być o „Stalowych pięściach”. Jak większość „arcydzieł” z tamtych lat – katowanych do kompletnego zajeżdżenia na domówkach, sto razy przegrywanych i miesiącami krążących z rąk do rąk – trafiło toto do nas okrężną drogą bodaj z Niemiec, oczywiście tych za murem. W obiegu ponoć były kopie z niemieckim dubbingiem i nałożoną nań ścieżką z polskim lektorem, który brzmiał jak przepuszczony przez ręcznik. O tym, jakie wyżyny kreatywności osiągała ówczesna sztuka przekładu, mogłaby powstać cała odrębna analiza, ale ja się o nią nie pokuszę. Zresztą – bądźmy szczerzy – tłumaczyć zanadto nie było co. Jęki w fikołkach czy „hadzia!” w mordobiciach z Broce’em Lee i jego klonami to język uniwersalny, a tego, co pomiędzy, łatwo się domyślić. Choć akurat „Atomowy cyborg” nieco pod tym względem odbiegał od normy.

Fabuła stanowi kwintesencję sci-fi dekady „Terminatora” i „RoboCopa”. Paco Queruak, były żołnierz, który odniósł śmiertelne obrażenia, zostaje zamieniony przez potężną organizację w cyborga i zaprogramowany na zabicie pewnego naukowca-wizjonera, który tymże facetom w drogich garniturach potężnie bruździ. Bioniczny kiler oczywiście nie wykonuje zadania, gdyż oczywiście budzą się w nim resztki zagrzebanego pod elektroniką człowieczeństwa, więc jego rozwścieczeni mocodawcy oczywiście decydują się go wyeliminować, żeby nie wpadł w ręce władz.

„Zemstę z przyszłości” można śmiało nazwać spaghetti-sf. Włosi w drugiej połowie zeszłego stulecia osiągnęli swoiste mistrzostwo w podrabianiu lub parodiowaniu amerykańskiego kina. I mam tu na myśli w równej mierze dokonania Sergio Leone, co silną, choć dzisiaj pamiętaną głównie przez zapaleńców, falę horrorów z akcją często osadzoną w USA. Niech za przykład posłuży tu między innymi Lucio Fulci. Lecz przede wszystkim chodzi o taniość. „Paco” to rozrywka budżetowa pod każdym względem – tak treściowym, jak i wytwórczym.

Nawet Martino – przecież płodny realizator filmów klasy B – średnio wierzył w sukces tego projektu. Po części winę poniosło fatum, które od początku nad nim ciążyło. W trakcie zdjęć miała miejsce katastrofa helikoptera, w której zginął włoski aktor Claudio Cassinelli, przez co musiano w ostatniej chwili dokonać drobnych zmian w pierwotnym scenariuszu. Ukończony już produkt Martino postanowił wypuścić pod pseudonimem Martin Dolman. Zamaskowania prawdziwych nazwisk zażądała zresztą większość członków ekipy. Najlepiej na tym interesie wyszedł portretujący bieda-terminatora Daniel Greene, dla którego była to – tak przynajmniej utrzymuje Wikipedia – rola kluczowa.

Nawiązania do „Elektronicznego mordercy” – pod takim tytułem „Terminator” początkowo u nas chodził na VHS – są u Martino bardzo czytelne. Jest na przykład odwołująca się wprost do filmu Camerona scena naprawiania uszkodzonej ręki. Szkoda, że brak ujęć świata oczami cyborga, choć nie wątpię, że znalazłyby się tam, gdyby producent obficiej sypnął zielonymi. Czy jednak dałoby się „Paco” podciągnąć pod parodię lub pastisz? Tu już bym się poważnie kłócił.

To, o czym wspominałem powyżej, mogłoby zasugerować, że „Maszyna śmierci” kwalifikuje się do tzw. filmów tak złych, że aż dobrych, tych wszystkich „Planów dziewięć z kosmosu” i „Zabójczych ryjówek”. Nie jest tak! Niedomogi realizacyjne istotnie sprawiają, że ociera się o tę strefę, mimo to ogląda się ją wcale nie gorzej niż większość sztandarowych produkcji lat 80 z Dolphem Lundgrenem czy Sylvestrem Stalone. Ma ich lekko kampowego ducha, ocieka ich muskularną prostotą, a przede wszystkim naprawdę oddaje klimat epoki z jej ekologicznymi i technologicznymi niepokojami, jej naiwnym westernowym socjalizmem.

Choć starałem się, jak mogłem, nie wiem, czy udało mi się wymienić wszystkie tytuły. Co zaś do tetryczenia: proces rzeczywiście postępuje – moja lista „must watch again” z „tamtych lat” sukcesywnie się zapełnia. Oglądanie ich w DivX to jest zbrodnia na estetyce. Choć kompresja i tak stosunkowo mało im zabiera. Gdybym jednak mógł je znów poprzegrywać na kasety, nie wahałbym się ani sekundy. Albowiem – jako rzecze Księga – każda jedna rzecz pod Słońcem ma swój czas. I swój, cholera, nośnik. I ten zapach rozgrzanej taśmy… ten zapach…

Polecam również

  • Marcin Królik

    Ten tekst, podobnie jak kilka innych, miał premierę na starym blogu. We wpisie inaugurującym działalność mk.pl mówiłem, że trochę takich najlepszych rzeczy, które chcę mieć w jednym miejscu, zamierzam tu przenieść. Zwykle dokonywałem drobnego liftingu – uaktualnienia do obecnego czasu lub nieznacznych korekt redakcyjnych – ale Paco, nie licząc tytułu, idzie bez zmian. Jest to tekst pod kilkoma względami dla mnie szczególny. I nawet nie przez to, że podczas pracy nad nim wlazł mi w plecy jakiś ćwiek i przez trzy dni prawie nie mogłem się ruszać. Pisałem go na fali rosnącej we mnie melancholii za „starymi, dobrymi czasami”. Planuję więcej takich wypraw w przeszłość. Dzieci ery VHS zdecydowanie są tego warte.

  • Pingback: Dzieci ery VHS: „Łowca” (1986) – MarcinKrólik.pl()

  • Pingback: Zanim doktor Lecter stał się Anthonym Hopkinsem – Marcin Królik()