Otwieracz pamięci

Nigdy nie uważałem się za osobę sentymentalną. Z pewnością sentymentalny nie byłem, gdy w najciemniejszym kącie jednej z szuflad starego kuchennego kredensu znalazłem otwieracz z logo piwa EB – kultowej marki lat dziewięćdziesiątych, która w okresie swej największej świetności była tak popularna, że doczekała się nawet czegoś w rodzaju hymnu. Akurat robiliśmy gruntowne porządki przed remontem i sporo rzeczy, które przez minione dwie dekady zalegały po szafach i regałach, po prostu wrzucaliśmy do worów na śmieci, rzadko zatrzymując na czymś oko. Mimo to przy otwieraczu zawahałem się w ostatniej chwili. A potem długo mu się przyglądałem, obracając go w palcach.

Nie mogłem sobie przypomnieć, skąd się u nas wziął. Pewnie matka go kupiła. Ot, taki sobie zwykły gadżet, ale za to solidnie wykonany. No i – jakby nie patrzeć – pamiątka. Zostawiłem. Zamiast w śmieciach, wylądował w jednym z pudeł, do których pakowaliśmy nasz aktualny dobytek. Z artefaktów przeszłości ocaliłem też kolekcję kaset VHS, pomimo iż nie mam już sprzętu, na którym można by je odtworzyć, ani technicznych możliwości, żeby zdigitalizować ich zawartość. Zresztą chyba nawet bym nie chciał. Każdy z nagranych tam filmów mogę w kilka minut ściągnąć z sieci. Chodziło raczej o same przedmioty, o to, czym były i co sobą reprezentowały. Zresztą z dokładnie tych samych przyczyn zachowałem po jednej dyskietce z każdego rodzaju. I chyba też mniej więcej to kierowało mną przy otwieraczu.

Nie, w żadnym razie nie był to sentyment. Przynajmniej nie na poziomie świadomości. Jeśli już, to raczej przeświadczenie, że nie powinno się zbyt lekką ręką palić za sobą wszystkich mostów. Dokładnie to samo, które każe trzymać albumy z rodzinnymi fotografiami, nawet gdy się wie, że dla pokoleń, które przyjdą po nas, nie będą one już nic znaczyły. Tak jak dla nas nieczytelne są emocje na zdjęciach najbardziej pożółkłych i pełnych obcych nam twarzy. Tak naprawdę najgłębszy sens tego mojego chomikowania odkryłem kilka miesięcy później, po śmierci matki.

Niedługo po pogrzebie wydobyłem ten otwieracz i znów uważnie mu się przyjrzałem. Nie był już taki sam jak poprzednio. W niepojęty sposób zmienił się w wehikuł czasu. Nagle za jego sprawą ożyli tamci nieco już przymgleni ludzie, tamten klimat, tamta muzyka. Było to tak wyraziste doznanie, że nieomal słyszałem wypełniający puste pokoje gwar rozmów i nieomal czułem zapach dymu tanich papierosów. Zupełnie jak Danny w „Lśnieniu”, tyle że moje wizje były o wiele przyjemniejsze. Przede wszystkim dlatego, że była w nich matka – tak młoda i szczęśliwa jak nigdy później. To był jej czas, jej epoka, apogeum jej życia. Na tych parę chwil minione stało się prawdziwsze niż teraźniejszość, a ja znów miałem trzynaście, czternaście, piętnaście lat. Niesamowite, jak intensywne potrafią być kolory wspomnień i ile detali można wskrzesić.

Od tamtej pory przejawiam znacznie większą skłonność do nostalgii. Na przykład częściej niż przedtem sięgam powtórnie po oglądane wtedy filmy i odkurzam programy telewizyjne z tamtych czasów. Pluję sobie również w brodę, że pozbyłem się pierwszego komputera – tego, do którego pasowały jeszcze duże dyskietki. Każda z tych rzeczy kojarzy mi się z konkretnymi sytuacjami. Gdy odpalam jakiś film, od razu przypominają mi się okoliczności, w jakich widziałem go pierwszy raz – włącznie z takimi szczegółami jak kąt padania promieni słonecznych na kineskop telewizora. Szukam tam siebie, tworzę mentalne linki między sobą ówczesnym i obecnym, ale robię to również dlatego, że we wszystkich tych okruchach jest matka. Dzięki nim ona jak gdyby wciąż trochę żyje, a ja mogę nawiązać kontakt z jej częstotliwością. Najzwyczajniej tego potrzebuję.

Czynię owe zwierzenia nie dla próżnego ekshibicjonizmu, ani żeby grać na czyichś emocjach, lecz po to, by pokazać, że każdy prędzej czy później, wiedziony takim albo innym impulsem, zaczyna spoglądać wstecz. Zawsze przychodzi taki moment, gdy zaczynamy sobie zadawać pytanie, skąd przyszliśmy i co miało decydujący wpływ na to, że dziś jesteśmy, jacy jesteśmy. Może się to odbywać tak jak u mnie – drastycznie, w wyniku życiowego wstrząsu – ale może też być po prostu wynikiem naturalnych obrachunków z własnym istnieniem, gdy, zwykle po trzydziestce, dokonuje się pierwszych podsumowań.

Z kontemplowaniem przeszłości jest trochę jak z lotem w kosmos i obserwacją oddalającej się Ziemi. Najpierw znajdujesz się jeszcze w jej zasięgu. Ciągle wypełnia cały twój horyzont. Choć stopniowo, w miarę wznoszenia się, zacierają się kontury miast, dróg, linii brzegowych i górskich pasm, nadal czujesz się ich częścią. A potem wchłania cię przestrzeń, opuszczasz orbitę, uwalniasz się spod oddziaływania ziemskiej grawitacji i kiedy się ponownie oglądasz, nagle odkrywasz, że planeta przemieniła się w śliczną błękitną kulkę. W całości ogarniasz ją wzrokiem, lecz jednocześnie nikną wszelkie zanieczyszczenia i niedoskonałości, wygładzają się fałdy.

My, dzisiejsi trzydziesto- i czterdziestolatkowie, doświadczamy właśnie czegoś w tym stylu w stosunku do lat dziewięćdziesiątych. Stały się one naszą arkadyjską krainą. Budujemy wokół nich nasze mity. Z rozrzewnieniem wspominamy wypożyczalnie kaset wideo, zwykłe, pisane ręcznie i wkładane do kopert listy i świat bez Facebooka, w którym Internet był zjawiskiem z pogranicza sf, a później, już pod koniec dekady, nocną przygodą, mierzalną w telefonicznych impulsach.  Potrafimy o tym wszystkim nawijać godzinami. Tworzymy strony, organizujemy imprezy tematyczne. Dalibyśmy się pokroić za jedną z tych ruskich gierek udających Nintendo. Jakoś tam usiłujemy artykułować to nasze wspólne generacyjne doświadczenie.

Oczywiście to nic nowego. Każda epoka ma swoje retro – swoje złote dni, za którymi tęskni. Co prawda ciut inaczej tęskni się za czasami, w których samemu się żyło za młodu, a inaczej za tymi, które zna się jedynie z książek czy filmów. Ale jedno nigdy się nie zmienia: zawsze je idealizujemy. Zawsze są jak ta kula ziemska widziana z kosmosu. A ich obraz, który w sobie pielęgnujemy, zawsze jest mocno wybiórczy, wypreparowany pod kątem pragnień. Ale czy w związku z tym fałszywy? I tak, i nie. Tu funkcjonuje wiele prawd i każda jest równie prawomocna i uzasadniona.

Kwestia w tym, czy pozwolimy się któremuś z tych subiektywnych wycinków zdominować, czy zdobędziemy się na wysiłek układania z nich skomplikowanej mozaiki, która być może nie odsłoni pełnej prawdy, ale przynajmniej da szansę zbliżenia się do niej na tyle, na ile jest to możliwe. I na ile sami będziemy gotowi to uczynić. Prawda, podobnie zresztą jak czas, jest wielowymiarowa. Co zaś tyczy się piwa EB, to ponad rok temu wróciło na sklepowe półki. Matka by się ucieszyła. Lubiła je.

Polecam również