Ostatnie powidoki Andrzeja Wajdy

Czy postanowiłem zobaczyć „Powidoki” tylko ze względu na śmierć reżysera? Prędzej czy później i tak bym je pewnie zobaczył. Sala kinowa przecież nie jest mi do tego niezbędna. Choć fakt – ostatnio jakoś zagustowałem w kinie. Może bez przesady, bo nie gnam na każdy film, ale częstotliwość, z jaką w minionym roku zasiadałem w składanym fotelu, i tak jest dla mnie zaskakująca. Tym bardziej że były to – co do jednego – polskie produkcje. Co zaś tyczy się Wajdy, to mój stosunek doń ewoluował od typowo inteligenckiej czołobitności ku lubieniu go za kilka rzeczy, a za kilka innych niekoniecznie. To, jak sądzę, dość zdrowe.

Gdy dłużej się nad tym zastanawiam, dochodzę do konkluzji, że pośpiech jednak chyba trochę był dyktowany śmiercią. A może raczej potrzebą zaspokojenia takiej jakby ciut perwersyjnej ciekawości, jakiż to był ów ostatni artystyczny dech głośnego twórcy. Wszak mężczyznę się poznaje po tym, jak kończy. Zwłaszcza jeśli do finiszu docierał tak długo i po tak wyboistej ścieżce. Poza tym znamienne wydało mi się, że u jej kresu Wajda, być może już czując, że to kropka nad i, postanowił oddać hołd innemu artyście, do tego malarzowi, a jakby i tego było mało – przeczołganemu i de facto zabitemu przez stalinizm. Przez to „Powidoki” nabierają szczególnie testamentowego wydźwięku.

No a poza wszystkim innym jest to właśnie film o artyście, o tym, jak układał sobie stosunki z rzeczywistością. A może poniekąd o tajemnicy sztuki? Mam przecież słabość do takich dzieł. Z tą myślą wybrałem się w zaśnieżoną niedzielę do mojego mikroklimatycznego kina, mając już w głowie sporo nieprzychylnych opinii, na czele z głośną wypowiedzią samego Lindy o słabym scenariuszu i konieczności świecenia ryjem. Intrygujący był dla mnie też wyrażany tu i ówdzie pogląd, że poprzez postać Władysława Strzemińskiego Wajda pragnął odpokutować własne kompromisy z władzą ludową zawierane w czasie, gdy prawdziwy Strzemiński konał z głodu, a jego spuściznę usiłowano wymazać z historii.

Już na miejscu nieco zaskoczyła mnie frekwencja. Podświadomie spodziewałem się, że sala będzie pękać w szwach (tak jak na „Wołyniu”), tymczasem… no nie, może nie było całkiem pusto, ale też bez szału. Przed filmem wyświetlano trailer „La La Land”, co, muszę przyznać, wprawiło mnie w lekki surrealizm. Kolorowy, pulsujący świat jazzu, a zaraz potem ponurość realnego socjalizmu i obserwowanie, jak duch dziejów niszczy jednostkę. Jeśli nawet nie był to celowy zabieg, to i tak wywołany nim estetyczny kontrast podziałał na mnie bardzo mocno.

No dobrze, załatwmy to szybko. Z formalnego punktu widzenia „Powidoki” rzeczywiście nie powalają. Na pewno muszę się zgodzić z ich krytykami, że podczas oglądania często odnosi się wrażenie, jakby aktorzy wygłaszali wyimki z encyklopedii, a nie żywe dialogi. Jest tam jakiś chłód, jakaś taka akademicka sztywność. Obraz wydaje się szary, co jeszcze dodatkowo podkreśla pogoda. Ma to oczywiście ilustrować koloryt epoki, jej smutną beznadzieję. I o ile to można uznać za uzasadnione, o tyle właśnie ta kostyczna podręcznikowość mimo wszystko jednak przeszkadza w odbiorze. Wygląda to tak, jakby Wajda z Andrzejem Mularczykiem – autorem scenariusza – za wszelką cenę chcieli zbudować Strzemińskiemu spiżowy pomnik. Apogeum te wysiłki osiągają w ostatniej scenie w szpitalu.

Dylemat mam natomiast ze schematyzmem zarówno pokazanych w filmie komunistów, jak i z ich poczynaniami. Bo niby z jednej strony rzeczywiście są sztampowi, niby recytują drętwe elukubracje o budowaniu socjalizmu, o dziejowym przymusie przyłączenia się i niestaniu na rozstajach, niby mają tępe prymitywne gęby, ale z drugiej… może po prostu tacy oni byli? W ogóle może taki był ten podły czas koszmaru spełnionej utopii. A przynajmniej tak chce go po latach widzieć Wajda.

Fabuła skupia się na ostatnim okresie życia Strzemińskiego. Jest już po rozstaniu z Katarzyną Kobro. Wciąż ma oddanych studentów, wykłada na uczelni i dopracowuje swoją artystyczną koncepcję, ale coraz bardziej popada w konflikt z nową rzeczywistością. Symbolicznie już na otwarciu pokazuje to sekwencja, w której na okno jego pracowni opada ogromny czerwony szyld z portretem Stalina, a Strzemiński wycina w nim dziurę, by móc dalej malować. Jednak punktem przełomowym okazuje się wizyta na uczelni ministra kultury i publiczny sprzeciw Strzemińskiego wobec zadekretowanej jako dogmat doktryny socrealizmu.

Przyznam, że pomimo wszystkich wyłuszczonych powyżej wad śledzenie jego rozłożonej w czasie cywilnej, a potem zwyczajnie biologicznej śmierci naprawdę boli. Ponoć artystę można wykończyć w dwojaki sposób: wynosząc go na piedestał lub całkowicie przemilczając. Ale tu mamy do czynienia z czymś więcej niż to drugie. Po wyrzuceniu z uczelni, zniszczeniu dzieł i  odcięciu dróg do podjęcia jakiejkolwiek pracy, choćby najbardziej uwłaczającej, zabrano mu nawet tak podstawową rzecz jak możliwość kupienia farb.

Dla nas to absolutnie niepojęte. Nam, którzy narzekamy, że wydawnictwa nie chcą naszych książek, a czytelnicy omijają nasze wybitne blogi szerokim łukiem, bo wolą tabloidy, nikt nie zabiera komputerów, nie odłącza netu, a jak nie jesteśmy w stanie zarobić na sztuce, zawsze możemy iść smażyć fryty do McDonalda. Wiem, zaraz odezwą się głosy, że każda epoka ma swoich męczenników, że w III RP też wykańczali i może robią to nadal, ale mimo wszystko tego nie da się porównać. Podobnie jak dziś trudno sobie wyobrazić, że można tak po prostu umrzeć z głodu.

Tylko że cała gorzka ironia filmu Wajdy – jak zresztą stanowiącej jego inspirację biografii – polega na tym, iż Władysław Strzemiński był figurą tragiczną również dlatego, że padł ofiarą potwora, któremu sam pomógł się narodzić. Nie wiem, czy posunąłbym się aż do porównań z baronem Frankensteinem, nie sposób jednak pominąć udziału głoszącej postęp przedwojennej awangardy, do której Strzemiński w latach trzydziestych należał, w krystalizowaniu się w II RP ruchu komunistycznego. Czy marząc wówczas o wielkiej społecznej rewolucji, zakładali, że może ona pożreć własnych proroków? Czy naprawdę doświadczenia sowieckie nic ich nie nauczyły?

Ale nie chodzi o jakieś rozliczanie lub triumfowanie, że zło zawsze wraca. Człowieka, który wylizuje z talerza resztki zupy jak pies, naprawdę nie powinno się stawiać przed sądem ani pytać o poglądy sprzed dwudziestu lat. On już odpokutował, i to z nawiązką. Strasznie musi być patrzeć – i boleśnie doświadczać na własnej skórze – jak szczytne idee, w które niegdyś być może szczerze uwierzyliśmy, wyrodnieją z chwilą urzeczywistnienia. To lekcja dla nas wszystkich, którą warto odrobić.

Ale nie wolno nam też zapominać, że „Powidoki” to film o sztuce. Dla mnie jest on przede wszystkim wielką przestrogą przed konsekwencjami mieszania sztuki z polityką, w ogóle przed nakładaniem na artystę społecznych obowiązków, kiedy on sam tego nie chce ani nie akceptuje. Choć gwoli ścisłości warto by tu odnotować pewien ciekawy paradoks. Bo niby Strzemiński apoteozuje indywidualizm, przekonuje swoich wychowanków, że powinni iść za własnym głosem, ale jednocześnie, jak gdyby nie wyzbył się całkowicie dawnych przekonań, twardo stoi na stanowisku, że w sztuce liczy się jedynie to, co popycha ją do przodu. Jakoś mi się to jednak wzajemnie gryzie, nie do końca stroi.

Natomiast sama koncepcja sztuki jako powidoku, czyli odbicia, które pozostaje po tym, jak przestajemy patrzeć na dany przedmiot, bardzo do mnie przemawia. Kiedy Strzemiński uczy, że obraz ma być tym, co wchłoniemy w siebie, ja równie dobrze mógłbym odnieść to samo do słów. Bo pisanie, przynajmniej dla mnie, tym właśnie jest – próbą przetworzenia i utrwalenia rzeczywistości, którą zaobserwowaliśmy. Być może to jest w ogóle najcenniejsza rzecz, jaką twórca ma do zaoferowania światu. Może tak naprawdę jedyna.

I na koniec jeszcze jedna kwestia. Z gatunku tych bardziej drażliwych. Ponieważ to Wajda i ponieważ ogólnie znane było jego zaangażowanie po konkretnej stronie politycznego sporu dzielącego Polskę, istnieje pokusa – zresztą chyba nawet takie próby były – interpretowania „Powidoków” według doraźnego publicystycznego klucza. A nazywając sprawy po imieniu: dopatrywania się w pokazanym przez Wajdę Peerelu alegorii Polski rządzonej przez PiS. Jeśli o mnie idzie, jest to wierutna bzdura. I to bynajmniej nie tylko ze względu na fakt, iż pierwsze klapsy na planie padły mimo wszystko przed wyborami z 2015 roku.

Każdy, kto choć w minimalnym stopniu orientuje się w sympatiach większości dzisiejszych tzw. topowych artystów, musi z miejsca takie odczytanie odrzucić. To raz. A dwa – tak jak już pisałem wcześniej, to jest film, który bardzo ostro upomina się o autonomię sztuki, o jej całkowitą suwerenność wobec polityki i wszelkich obowiązków, jakimi ewentualnie chciano by ją obarczyć. I w tym sensie, niezależnie od intencji samego Andrzeja Wajdy, jest to bardzo uniwersalne przesłanie.


Drogi odbiorco – nie chcę się napraszać, ale jeśli materiał Ci się spodobał, byłoby mi niezmiernie miło, gdybyś polecił go swoim znajomym. Ciebie nic to nie kosztuje, a mnie pomaga dotrzeć do nowych odbiorców – takich jak Ty. Z góry wielkie dzięki.

Polecam również