Ostatni seans w Anarene

„Ostatni seans filmowy” to jedno z tych szczególnych dzieł, które zapamiętuje się raczej ze względu na klimat i odczucia, jakie w nas wywołały, niż na samą treść. Przynajmniej tak było ze mną. Potrafię przywołać piątkowy wieczór sprzed bodaj jedenastu lat, kiedy ten film emitowała TVP Kultura. Siedziałem w domu sam. Luba pojechała na jakieś weekendowe szkolenie, zostawiwszy mnie jedynie z garem bigosu. A jako że miasto, w którym wtedy mieszkaliśmy, nie należało do najprzyjemniejszych, zasłonięcie okna, wetknięcie do uszu słuchawek i oddanie się magii kina – tu dodatkowo podkreślonej tytułem – wydawało mi się nader sensownym pomysłem.

Film spodobał mi się, i to nawet bardzo, jednak po zaledwie kilku tygodniach pozostało we mnie jedynie mgliste poczucie, że obcowałem z czymś przejmująco melancholijnym, do czego kiedyś na pewno zechcę wrócić. Niebagatelne znaczenie miała tu również forma – czarno białe zdjęcia i sposób prowadzenia narracji charakterystyczny raczej dla sztuki europejskiej niż amerykańskiej. „Ostatni seans” powstał w roku 1971, gdy nikt już właściwie nie kręcił na monochromatycznej taśmie. Petera Bogdanovicha podobno namówił do tego kroku Orson Welles, którego z Bogdanovichem łączyła wówczas zażyła przyjaźń. Co zaś tyczy się stylistyki, Bogdanovich zawsze upierał się, że nie było to intencjonalne i wynikało raczej z tego, że Teksas, w którym rozgrywa się akcja, reprezentował dla niego nieznany ląd, obserwowany przez okulary obcego.

Tak czy inaczej, zamierzenie lub nie, Bogdanovicha należałoby w tym wypadku uznać za pioniera nurtu retro. W epoce, gdy kręcono filmy wtedy na tak zwanym czasie, które dziś zachwycają takich niepoprawnych retromaniaków jak ja. W tym kontekście doświadczenie z „Ostatnim seansem” jawiłoby się jak coś w rodzaju retro dubeltowego. Jednak przy tym Bogdanovich okazał się nadzwyczaj przewrotny. Bo choć film faktycznie został postarzony, tak jakby nawet estetyką pragnął nas cofnąć do lat pięćdziesiątych, jednocześnie nie ma w sobie nic z ówczesnego kina. Wyprzedza je, oddycha rytmem swojego czasu.

No ale trochę się zagalopowałem. O tym wszystkim oczywiście przeczytałem dużo później. Długo też – bo aż do zeszłego tygodnia – zwlekałem z powtórką. Może poniekąd bałem się zniweczenia tamtych dawnych wrażeń? Obawy te częściowo okazały się uzasadnione. Nie było już takiego efektu „wow” jak za pierwszym razem, choć nie mogę powiedzieć, że echa wzruszeń ponownie się nie zatliły. Mimo wszystko jednak było już inaczej, bardziej chłodno, analitycznie. Poza tym postanowiłem sięgnąć po literacki pierwowzór – powieść Larry’ego McMurtry’ego. Dopiero w zestawieniu z nią widać, jak dużą powściągliwością wykazał się Bogdanovich.

Tu na marginesie warto dodać, że o mały włos a książka przeszłaby mu koło nosa. Ponoć pewnego dnia zauważył ją na wystawie z broszurowymi wydaniami, czekając w kolejce do kasy. Wziął, bo jako maniakowi kina, stawiającemu pierwsze (niestety niezbyt udane) kroki w reżyserskim fachu pod skrzydłami Rogera Cormana, spodobał mu się tytuł. Gdy jednak przeczytał na odwrocie okładki, że historia mówi o dzieciakach dorastających w Teksasie, stwierdził, że go to nie interesuje. Kilka tygodni później książkę nieoczekiwanie podsunął mu Sal Mineo ze słowami, że chciałby zagrać w jej adaptacji. Następnie przeczytała ją żona Bogdanovicha Polly Platt i dalej sprawy potoczyły się mniej więcej gładko. Jak na ironię, Mineo ostatecznie nie znalazł się w obsadzie.

A skoro już i tak popadamy w kilometrowe dygresje, to dodajmy jeszcze i tę, że o samym kręceniu „Ostatniego seansu” krąży sporo pieprznych anegdot. Zwłaszcza o romansie ledwo co obdarzonego potomstwem reżysera z debiutującą pod jego niewiele bardziej doświadczonym okiem młodziutką Cybil Shepherd. A gwoli dopełnienia kronikarskiego obowiązku dodajmy jeszcze, że rolę filmowego Anarene odegrało rodzinne miasteczko McMurtry’ego Archer City, któremu zresztą swoją powieść zadedykował. W powieści nosiło nazwę Thalia, jednak Bogdanovich zmienił ją, by móc nawiązać do klasycznego westernu Howarda Hawksa „Red River” z 1948 roku. Właśnie ten film podczas tytułowego ostatniego seansu wyświetla pani Mosey, nim nieodwołalnie zamknie kino.

A skoro o tym mowa, przejdźmy wreszcie do fabuły. Zarówno w powieści, jak i w adaptacji przedstawia ona obyczajową panoramę prowincjonalnej mieściny z lat 50., z jej fasadową moralnością skrywającą drugie, ciemne i występne życie. Znajdziemy tu wiele typowych, czy wręcz archetypicznych postaci. Jest miejscowy głupek Billy, który cały czas tylko by zamiatał. Jest jędzowata Lois, która wyszła za mąż dla pieniędzy, a gorycz topi w alkoholu i przelotnych miłostkach. Jest szara myszka Ruth – żona gburowatego trenera szkolnej drużyny – która dopiero w ramionach nastoletniego kochanka odkrywa, że wciąż żyje. A nade wszystko jest Sam zwany Lwem – opiekuńczy duch miasteczka.

Koncentrujemy się jednak przede wszystkim na dwóch przyjaciołach – Sonnym i Duanie. Właśnie kończą liceum i muszą zdecydować, co dalej ze sobą począć. Duane kręci z miejscową pięknością Jaycy, a Sonny, który już na początku zrywa z dziewczyną, chciałby znaleźć się w jego butach. Jaycy, nieodrodna córka cynicznej Lois, woli skakać z kwiatka na kwiatek, chcąc upolować jak najbogatszego kandydata na męża. W międzyczasie Sonny wdaje się w płomienny romans z Ruth, o którym szybko dowiaduje się całe miasto.

W tle oczywiście pobrzmiewa jeszcze kilka mniej lub bardziej wyeksponowanych wątków pobocznych. Na przykład syna pastora, aresztowanego za gwałt, czy perypetii koszykarzy. Towarzyskie serce Anarene bije głównie w barze, gdzie strapieni klienci o nieomal każdej porze mogą liczyć na kilka mądrych słów od kelnerki Genevieve, oraz w sali bilardowej. Wszystkie te przybytki, włącznie z kinem, należą do Sama. I w tym też sensie jego śmierć stanowi jak gdyby symboliczny kres epoki dawnych wartości, uwieńczony zamknięciem kina.

Choć paradoksalnie owo kino nie spełnia aż tak ważnej roli, jak mogłoby się wydawać. Jest tu czymś w rodzaju akordu, nienarzucającego się motywu przewodniego. Bardziej obwodzi klamrą całą fabułę, niż stanowi jej zasadniczy rdzeń. Jest istotne o tyle, o ile było istotne w ogóle w ówczesnej amerykańskiej kulturze jako rozrywka czy przestrzeń budowania relacji społecznych, zanim zaczęła je wypierać telewizja relacje te atomizująca. Wrażenie, że się na nie kładzie jakiś wyjątkowy nacisk, bierze się chyba przede wszystkim z artystowskiej kinocentryczności, jaką przepojony jest sam film, w czym przejawia się zapewne emploi Bogdanovicha jako eseisty i krytyka.

W powieści w ogóle tego nie czuć. Zaskakująco mało jest w niej też nostalgii, której woal ciągnie się za ekranizacją. Czytając ją, można by raczej dojść do wniosku, że autor chciał wyrównać rachunki z własną niezbyt przyjemną małomiasteczkową młodością, niż tworzyć ckliwy portret zmierzchającego świata. Swoich bohaterów może i nie poniża, ale też nie ma dla nich przesadnie wiele litości. Próba przetransponowania tego na kliszę dała więc dość osobliwy efekt. Pomijając konieczne w tym procesie skróty i uproszczenia, wygląda to tak, jakby Bogdanovich gdzieś w połowie drogi wdusił hamulec.

Co też, nawiasem mówiąc, po raz kolejny udowadnia starą prawdę, że literatura znacznie wyprzedza kinematografię pod względem obyczajowym. Powieść McMurtry’ego wyszła w 1966 roku, a późniejszy o pięć lat film, choć znacznie w stosunku do niej złagodzony, był i tak owiany aurą skandalu. I to do tego stopnia, że w niektórych kinach samochodowych zakazywano jego wyświetlania. Między innymi dlatego pisałem o przewrotności reżysera. Bo choć „Ostatni seans” otwarcie flirtuje z retro, jest przefiltrowany przez doświadczenie kontrkultury. Śmiało poczyna sobie z nagością i aspektami seksualnymi. Gdyby powstał w latach 50., a nawet w 60., nie byłoby to możliwe.

A pomimo to i tak wiele kwestii zostało zupełnie przemilczanych. Bogdanovich na przykład pominął obecny w książce – wprawdzie marginalnie, ale jednak – wątek homoseksualizmu. Nie wspominając o zoofilii, której to młodzież z Thalii, nie wyłączając głównych bohaterów, oddaje się z nudów, gdy brak forsy na dziwki, i która prawdopodobnie nie mogłaby pojawić się w kinie nawet dziś. Muszę przyznać, że powieściowa scena dymania ślepej jałówki dość mocno mną wstrząsnęła.

W świetle powyższych uwag trzeba chyba przyznać rację stwierdzeniu Martina Scorsese, że Peter Bogdanovich jest ostatnim amerykańskim reżyserem rozumiejącym klasyczne Hollywood. Trudno też nie zadać sobie w związku z tym pytania, czy „Ostatni seans” jest bardziej peanem ku czci dawnej, białej i konserwatywnej Ameryki – oczywiście z poprawką na cały jej fałsz, który zarówno on, jak i McMurtry demaskują, choć ja będę obstawał, że Bogdanovich raczej czyni to niejako przy okazji – czy jednak opiewa złotą erę Hollywood, która nieodwracalnie przeminęła. Osobiście skłaniałbym się ku tej drugiej opcji.

O ile bowiem McMurtry rzeczywiście skupia się na stosunkach międzyludzkich, o tyle dla Bogdanovicha kwestią kluczową wydaje się być właśnie warstwa estetyczna – stylizacja, odpowiednia kompozycja kadru, umiejętna gra światłocieniem. Zdaję sobie sprawę, że głosić coś takiego względem filmu, w którym obraz stanowi przecież podstawowe medium, to tak, jakby się obwieściło wszem i wobec, że masło jest maślane, niemniej w niektórych przypadkach ten aspekt szczególnie rzuca się w oczy. Należy do nich według mnie również „Ostatni seans”, który o wiele silniej smakuje się zmysłami, niż intelektem, co stanowi jego swoisty urok.

Dwie dekady później powstał sequel pod tytułem „Texasville” – już w kolorze i, o ile mogę sądzić po trailerze, bo samego filmu póki co nie oglądałem, w bardziej komediowej tonacji i z większym naciskiem na komercję. Widziałem za to kilka innych dzieł Bogdanovicha, na czele z najbardziej chyba znaną „Maską”, i rzeczywiście nie udało mu się już powtórzyć magii „Ostatniego seansu” polegającej na sprawieniu, że ta historia dzieje się jakby poza czasem. Niektóre chwyty mogą zadziałać tylko raz.

Polecam również