„Ostatni dom po lewej” (Wesowi Cravenowi in memoriam)

Zmarł Wes Craven. Przeglądam na Wikipedii jego filmografię i wychodzi mi, że z pomieszczonych tam pozycji widziałem chyba mniej niż pół. A mam na myśli tylko te, które sam wyreżyserował. Z tych, w których maczał palce jako Executive Producer, najgłośniej w mojej pamięci rozpycha się „Dracula 2000” – głównie ze względu na ciekawą, umotywowaną teologicznie origin story czołowego krwiopijcy. Pamiętam też, z jakim dreszczem wyczekiwałem na telewizyjny seans „Koszmaru z ulicy Wiązów”, i jak autentyczne przerażenie (prawda, że z odcinka na odcinek coraz słabsze) interferowało mi z mimowiedną żenuą, jaką odstawiał pajacujący i wrzucający czerstwe grypsiki Freddy.

Nie zaliczam się do ortodoksyjnych czcicieli horroru przez duże H, niemniej melanżowanie z nim elementów komediowych zawsze jakoś wzbudza we mnie dystans, a Wes Crawen, mimo iż jego sztuka może się poszczycić szeroką gamą poetyk, dziwnie mi się z tym ujęciem grozy zrósł. Najbardziej prawdopodobne wyjaśnienie – komizmu W. C., a nie mojej w stosunku doń ambiwalencji – tkwi chyba w postmodernistycznym korzeniu jego dojrzałej twórczości, czego najpełniejszy wyraz znajdziemy w „Krzyku”. Tu balans satyry i strachu zadziałał idealnie. I to nie tylko dlatego, że „Krzyk” dobiera się na poziomie meta do szwów gatunku czy popkultury w ogóle, lecz – co dla polskich odbiorców może być nie do końca czytelne – dlatego, że łapie za jaja ducha postreganowskiej epoki przesytu i nudy, w której się rozgrywa.

Dobry horror poza walorami rozrywkowymi ma to do siebie, że oddycha w rytm swego czasu i odbija go w sobie jak w krzywym lustrze. Jeśli usunie się ten komponent, pozostanie jedynie pusta skorupa formy i garść oklepanych chwytów. Prawidłowość tę dobitnie wyłożył Stephen King w „Danse Macabre”, a poważniejsi egzegeci popkultury konsekwentnie tym tropem idą, wskazując na silne korelacje kolejnych cykli witalności horroru w Stanach Zjednoczonych ze społecznymi niepokojami i kryzysami. Tak było po 11 września, kiedy przymierający gatunek rozbłysnął na nowo, i tak było również w latach 70, które wielu do dzisiaj uważa za jego złotą erę.

I między innymi z tego powodu na epitafium dla Cravena wybrałem „Ostatni dom po lewej” zrealizowany w 1972 roku. Od razu się przyznam – przed wzięciem się do niniejszego tekstu nie odświeżyłem sobie filmu. Nie mogłem, nie byłem w stanie się przemóc. Obejrzałem go raz i nie wiem, czy kiedykolwiek odważę się do niego powrócić. Zjadłem na horrorach zęby; szprycowałem się tą importowaną zza Wielkiej Wody papką przez całe lata 90 i naprawdę – naprawdę! – mało co mnie rusza, lecz emocjonalny dół, jaki zaliczyłem w trakcie „Ostatniego domu”, był czymś, co wykraczało daleko poza najbardziej obrzydliwe, najniższe, chore płody wyobraźni speców od straszenia. Być może przesadzam, może to po prostu magia pierwszego zetknięcia i kolejne skutecznie by ją rozwiało, ale niespieszno mi się przekonywać.

Młody reżyser oparł fabułę na nakręconym paręnaście lat wcześniej przez Ingmara Bergmana „Źródle”, które z kolei było ekranizacją średniowiecznej szwedzkiej ballady, opowiadającej o zabójstwie trzech dziewcząt i zemście dokonanej na rozbójnikach przez ich porywczego ojca. Bergman – jak to Bergman – stworzył naładowany religijnym napięciem moralitet o grzechu i odkupieniu. Cravenowi historia posłużyła do wystawienia rodakom rachunku za kolorowe sny epoki dzieci kwiatów, czym wpisał się w szerszą tendencję, która wówczas silnie ujawniła się w amerykańskim kinie.

Tym, co wyróżnia jego obraz na tle takich ikon jak „Teksańska masakra piłą łańcuchową” czy oryginalne „Halloween”, jest unikatowy styl. I to on, a nie faktycznie duża dawka brutalności, tak zrył mi czerep. Craven całą grozę zbudował na kontrastach. Gdy obserwujemy, jak Krug i jego banda zwyrodnialców mordują nad jeziorem Mari i Phylis, a następnie zmywają z rąk ich krew, przerażenie wywołuje nie tyle sama scena – choć należy do niewątpliwie mocniejszych, jakie widziałem – co bez mała poetycki podkład muzyczny. Gdy do akcji wkraczają wezwani przez zaniepokojonych rodziców Mari policjanci, prawdziwy dramat nie wynika z wiedzy, że już za późno, ale z faktu, że to slapstickowi nieudacznicy, którzy nie znaleźliby nawet muchy, gdyby usiadła im na nosie. A to wszystko podane z ziarniście brudną surowością, wymuszoną przez skromny budżet produkcji.

W horrorach z domieszką komedii tzw. „comic reliefs” na ogół służą przełamaniu nastroju, u Cravena ścierają cie w proch. Owszem, śmiejemy się: śmiejemy się, kiedy stateczna mamuśka odgryza jednemu ze zbirów stojącego penisa. Rozśmiesza nas szpakowaty tatulo, który nawet wymachując piłą spalinową, wygląda bardziej jak mieszkaniec Tromaville, niż jak posągowy Charles Bronson na szlaku swej śmiertelnej krucjaty przeciw nowojorskim oprychom. Tyle że tu cały ładunek wali w nas jednym, maksymalnie skondensowanym impulsem, którego potęga dosłownie niszczy. Ja w każdym razie czułem się jak śmieć.

Craven absolutnie niczego nie pozostawia przypadkowi. Ciapowaci stróże prawa to symbol kapitulacji władzy wobec zła. Wisiorek z pacyfą, który Mari dostaje od matki przed udaniem się na koncert, każe się pochylić nad naiwnymi marzeniami poprzedniej dekady, a gangsterzy Kruga mają nam uświadomić, w co się ostatecznie wyrodziła, i na co była skazana od samego początku, negując konserwatywne mieszczańskie wartości. Ubrudzone krwią i sokiem z trawy dłonie zbrodniarzy to dłonie aniołków Mansona szlachtujących ciężarną Sharon Tate w imię świętej anarchii. W ten świat nie wcwałuje ze swoim magnum żaden brudny Harry i nie zrobi porządku.

Ratunku nie przyniesie też religia. Tu jej po prostu nie ma. Została przekreślona. U Bergmana na miejscu kaźni niewinnych dziewcząt wytryskują dziewicze strumienie, a ich ojciec wierzy, że kupi sobie u Boga przebłaganie, stawiając kościół. Craven nie oferuje nawet tak kłamliwej,  bigoteryjnej alternatywy. U niego sytuacja jest jasna – na końcu zostaje rzeźnia i potrzaskane życie. To zresztą w ogóle wyraźnie odróżnia horror tamtych czasów od kina sensacyjnego. Bo o ile w nim ład, jednak, zawsze zostaje przywrócony przez samotnego rycerza, o tyle Craven, Hooper czy Carpenter epatowali jednoznacznym sceptycyzmem co do możliwości pokonania zła i zepsucia.

Szukam jakiegoś celnego podsumowania i nie znajduję. A co więcej, ogarniają mnie ogromne wątpliwości, czy redukując grozę do funkcji komentarza społecznego, aby nie wyrządzam jej krzywdy. Chociaż z drugiej strony jako gatunek często uważany za pośledni, niepoważny, ma ona tę przewagę nad wieloma innymi, również z tzw. wysokiej półki, że o pewnych sprawach może mówić bez owijania w bawełnę. Oczywiście pod warunkiem, że będzie chcieć, zamiast bawić się w próżne makabreski.

Polecam również

  • sadownik

    E tej komediowości jak pamiętam nie było tam aż tak strasznie dużo. Fakt gliniarze byli pokazani jako pierdoły ale to tyle chyba. Ale fakt daje po garach i na długo zapada w pamięć.

    • Marcin Królik

      No może rzeczywiście nadmiernie uwypukliłem tę komediowość, której w sumie nie było tam aż tak dużo, ale – tak jak napisałem – nie odważyłem się sięgnąć po film jeszcze raz, żeby zweryfikować pierwotne wrażenia. Obejrzałem tylko klip z ostatnimi scenami przed wklejeniem go do tekstu i od razu dopadły mnie wątpliwości, czy tatulo naprawdę jest taki karykaturalny, jak go zapamiętałem. A co do skali brutalności – Craven podobno pod wpływem kinowej cenzury tyle razy przemontowywał oryginalny materiał, że już nikt nie wie, jak wyglądał. Są na DVD tzw. edycje reżyserskie, ale z tego, co czytałem, i one nie zawierają całości.

  • Pablo

    O, filmik zniknął. 🙁

    • Marcin Królik

      Wiem. Zauważyłem już kilka dni temu. Te znikające filmy z YT to jakieś utrapienie. Już drugi raz mi się to zdarza. Zamienię na coś. Może na trailer. Może on nie zniknie 🙂