Tylko Oriana Fallaci mogła napisać swoją historię

Może nie najlepiej to o mnie świadczy, ale kiedy tylko wziąłem tę książkę do rąk i odkryłem, że na końcu znajduje się indeks osób, natychmiast go przejrzałem w poszukiwaniu dwóch nazwisk. Jedno brzmiało „Wałęsa”, a drugie – „Jelcyn”. Jakoś mimowolnie założyłem, że w publikacji zawierającej wybór tekstów nawet niekoniecznie reprezentatywnych – bo wszak trudno za takowe uznać fragmenty listów, osobiste notatki czy konspekty wykładów – lecz mimo wszystko składających się na coś w rodzaju nigdy nienapisanej autobiografii Oriany Fallaci, powinny się znaleźć. Nie było ich tam, co jednak szczególnie mnie nie zdziwiło.

Była wzmianka o Henrym Kissingerze. Dowiadujemy się z niej, że wywiad z nim, który dziś uchodzi za żelazną klasykę politycznego dziennikarstwa w XX wieku, sama Fallaci uważała za najgorszy i najmniej interesujący w jej dorobku. Było o Chomeinim, przy którym, łamiąc wszelkie reguły etykiety, zdjęła czador i wykrzyknęła „Do diabła z panem”. Ba, były nawet mocno niepoprawne z punktu widzenia współczesnej politpoprawności wtręty o islamie, na czele z określeniem burki mianem prześcieradła, za co dzisiaj groziłby zapewne medialny lincz, jednak o tych dwóch znakomitych architektach pozimnowojennego ładu w środkowej Europie ani słowa.

A przecież pijak, który został carem, oraz nadęty ignorant podniesiony do rangi symbolu wolności nie ustępowali w niczym chociażby takiemu Kissingerowi. I to jeszcze w epoce, która na dobrą sprawę zrodziła tylko dwóch autentycznych liderów – Karola Wojtyłę i Bin Ladena. Naprawdę ciekawe, czy gdyby Fallaci mogła mieć wpływ na kształt tej antologii, włączyłaby do niej swój niepochlebny pogląd o Wałęsie. Nieśmiało podejrzewam, że tak. Ale ponieważ wybór powstał dekadę po jej śmierci, ten, kto o nim decydował, być może po prostu kierował się podobną zasadą co ona, gdy – jak sama mówiła – jedyny raz w życiu nie napisała wszystkiego: nie chciał zaszkodzić.

Nieuwzględnienie Wałęsy nie jest w sumie aż tak bardzo istotne dla odbioru. A z pewnością nie na tyle, ile uwagi ja mu poświęcam. Wydaje się jednak w pewien sposób emblematyczne dla sytuacji, w jakiej Fallaci znalazła się po radykalnych wystąpieniach przeciwko islamowi i dezercji zachodniej cywilizacji wobec niego. O ile „Wściekłości i dumy” czy „Siły rozumu” nie da się ocenzurować ani wygumkować – przynajmniej na razie, choć ostatnie eksperymenty z wycinaniem aktorów z gotowych już filmów czy wycofywanie z niektórych bibliotek w USA rasistowskich „Przygód Hucka Finna” daje i w tym względzie nadzieję na postęp – o tyle już przemilczenie gorszych stron prześladowanej w kaczystowskim reżimie legendy ujdzie.

Ba, może nawet paradoksalnie pomoże samej Fallaci. No bo kto wie – może akurat trafił się jej gorszy dzień? Może zalążki raka już zaburzały jej właściwą ocenę zjawisk i ludzi? Po co dawać tej strasznej populistycznej prawicy kolejny pretekst do brania sobie jej na sztandary. Z tym ostatnim zresztą nie żartuję. Kiedy prześledzi się wypowiedzi Fallaci po 11 września – na przykład te dotyczące chrześcijaństwa – wyraźnie widać, że chociaż z wyroku dziejów została przyporządkowana do prawicy, nie odnalazłaby się w jej szeregach. I tak właściwie jest z całą jej biografią.

Cokolwiek chciałoby się o niej powiedzieć, w jakiekolwiek ramy ująć, zdefiniować, okaże się krzywdzące i redukujące w stosunku do tego, jak sama Fallaci pragnęła siebie postrzegać. A przede wszystkim – i to przebija już od pierwszych stron „Tylko ja mogę napisać swoją historię” gromadzących rozproszone wspomnienia z dzieciństwa i wczesnej młodości – od zawsze marzyła o pisarstwie. Takim prawdziwym, które w przeciwieństwie do publikacji w gazetach nie dezaktualizuje się po tygodniu.

***

I oto zostaje nam przedstawiony autoportret chuderlawej, nieco nieforemnej dziewczynki, która chłonie książki pomimo, a może na przekór grozie narastającego w przedwojennych Włoszech faszystowskiego totalitaryzmu. Po wojnie zdaje maturę i idzie na medycynę, bo – jak powtarzają jej w domu – pisarz musi mieć prawdziwy i pewny zawód. A zresztą o czym miałby pisać ktoś, kto niczego ważnego jeszcze w życiu nie doświadczył? Aż nagle błysk: dziennikarstwo, w przeciwieństwie do Prawdziwej Literatury, da się uprawiać nawet gdy się jest młodym i biednym. Szesnastoletnia adeptka krojenia zwłok udaje się więc bez żadnych rekomendacji do szefa działu reportażu florenckiej „Mattino dell’Italia Centrale” i niebawem – z żalem, ale nie aż tak wielkim – porzuca studia.

A jednak, choć wybór ten okaże się brzemienny dla reszty jej życia, choć zaprowadzi ją na wojnę, do królewskich pałaców i gabinetów najrozmaitszych durniów projektujących historię XX wieku, choć dzięki niemu będzie mogła na własne oczy oglądać start pierwszego załogowego lotu na księżyc, konsekwentnie będzie powtarzać, iż jest pisarką ukradzioną dla dziennikarstwa. Że po prostu z czasem nauczyła się je kochać. I nawet jeśli praca nad powieścią to dla niej istna tortura, a dziennikarstwo nad beletrystyką ma choćby tę przewagę, że otwiera na ludzi zamiast od nich izolować, ta granicząca z kompleksem tęsknota czai się między wierszami.

Mało tego, rzutuje na warsztat Fallaci. W książce jest kilka odnoszących się do tej kwestii fragmentów. Jak między innymi ten, w którym wyznaje zupełnie wprost, że jej wywiady są takie, jakie są, ponieważ nie jest to dzieło reportera, lecz właśnie pisarza, przeprowadzone dzięki wrażliwości pisarza, ukształtowane jego znajomością i rozumieniem życia. Albo ten, gdzie demitologizuje świętego Graala wielu dziennikarzy, czyli obiektywizm, deklarując – słusznie – iż wierzy jedynie w to, co widzi, co czuje i czego doświadcza. Co z kolei stanowi inny filar jej twórczości: umiejętność pisania jedynie o sobie samym.

To swoiste stanie okrakiem na barykadzie pozwoliło jej stworzyć unikatowy, nacechowany wybitnie jej indywidualnością styl. Literacki background pozwolił jej również przetrwać dwa najcięższe, a zarazem kluczowe momenty: umieranie matki, gdy dzieliła czas na pracę nad zrębami „Kapelusza całego w czereśniach” a czuwaniem przy jej łóżku, oraz ataki na Nowy Jork, gdy stukanie, czy może raczej wściekłe walenie w maszynę uchroniło ją przed utratą zmysłów.

Gdzieś w tak zwanym międzyczasie przyszła – przydarzyła się? – międzynarodowa sława i rozpoznawalność. Jakby mimochodem, niezauważona. Kiedy Fallaci wyznaje, że nigdy nie goniła za sukcesem, że to sukces ją dogonił, napadł arogancko i gwałtownie, w pierwszej chwili zapala się czerwona lampka ostrzegawcza. Aż taka skromna? Nie zorientowała się? Przecież – jak sama pisze – jej książki już się sprzedawały, a jej artykuły czytało wiele osób. Tyle że zaraz się mitygujemy: to przecież było jeszcze przed epoką social mediów, lajków i kokieteryjnych wynurzeń celebrytów, jak to setki tysięcy fanów nie mają dla nich znaczenia.

Ale oczywiście sukces ma do siebie to, że zawsze kiedyś przychodzi za niego zapłacić. W przypadku Fallaci ową ceną była miłość. Choć cała książka ma bardzo osobisty ton, część poświęcona związkowi z Aleksandrosem Panagulisem szczególnie dźwięczy emocjami. A nawet – jeśli spojrzeć z czysto literackiej perspektywy – dość tanim romantyzmem. Pomimo iż Fallaci zastrzega, że nie jest w stanie oceniać relacji z nim w romantycznych kategoriach. To było – jak chyba większość rzeczy w jej życiu – także spotkanie polityczne, intelektualne, czy wręcz wybór moralny.

Panagulis – grecki działacz demokratyczny, który w czasach dyktatury tzw. junty czarnych pułkowników spędził pięć lat w ciężkim więzieniu za nieudany zamach na życie Jeorjosa Papadopulosa – był wprost idealnym partnerem dla kogoś takiego jak Oriana Fallaci. Tym bardziej że – jak jej wyznał już podczas pierwszego spotkania, gdy po amnestii przyjechała zrobić z nim wywiad – zakochał się w niej poprzez jej artykuły i książki, które dotrzymywały mu towarzystwa w celi i pozwalały przetrzymać tortury.

Kiedy 1 maja 1976 roku zginął w tajemniczych okolicznościach – co, według Fallaci, miało związek z próbami upublicznienia przez niego dokumentów kompromitujących czołowych greckich polityków, w tym jego dawnych towarzyszy z opozycji – jej świat legł w gruzach. Jeśli dla kogoś była gotowa wszystko rzucić – co w jej wypadku absolutnie nie równało się rezygnacji z niezależności – to tym kimś był właśnie Panagulis, jej nie tyle nawet kochanek, lecz duchowy brat w krucjacie o wolność. Po jego śmierci zostało już tylko pisanie. Jeszcze bardziej radykalne, bezkompromisowe.

Bo też trzeba tu wyraźnie zaznaczyć, że ta książka to przede wszystkim kronika kolejnych rozczarowań i zderzeń ideałów z rzeczywistością, zawsze bolesnych dla tych pierwszych. Nie jest to może wyrażone wprost, Fallaci nie rozdziera szat, jednak wyraźnie wyłania się między wierszami. Jak na przykład we fragmentach poświęconych prawom kobiet, gdzie po równo dostaje się opresyjnemu islamowi i rodzącemu się właśnie ruchowi feministycznemu. Już wtedy było widać, że idealizm Fallaci ma w sobie coś chorobliwego, co wiele lat później nie pozwoli jej dojrzeć do mądrości etapu i skaże ją na ostateczną banicję.

***

I tu, zmierzając już powoli do zakończenia, ja zaczynam mieć pewne skrupuły. Bo także nie chcę zaszkodzić. A jednak czuję, że muszę to napisać. Im głębiej w lekturę, tym bardziej ta rozbuchana emocjonalność Fallaci staje się irytująca. Nie wiem, czy to kwestia takiego a nie innego doboru materiałów, czy zaserwowana nam bez osłon kwintesencja osobowości autorki. Po prostu, czytając, uświadomiłem sobie, że pierwotnym impulsem jej działań, jej wyborów oraz osądów nie była żadna wnikliwa refleksja, lecz właśnie emocje – w gruncie rzeczy płytkie – które talent literacki zmieniał w pioruny.

Fallaci w tych zapiskach jawi mi się niestety dość mocno dziecinnie. By nie rzec infantylnie. Wygląda to trochę tak, jakby jakaś część jej umysłu nigdy nie dorosła. Nastolatka, która na maturze pisze egzaltowane wypracowanie o tym, że jej domem jest cały świat, i kobieta na łożu śmierci, która mówi, że w chrześcijaństwie podoba jej się idea życia wiecznego, jest w gruncie rzeczy tą samą osobą, w jakiś sposób naiwną, kierującą się chwilowymi odruchami. Niby walczy z każdą formą opresji – czy to z prawej, czy z lewej – ale tak naprawdę jedynie tupie nóżką nadąsana, że świat nie zgadza się z jej wyobrażeniami z książek.

Po prostu dostosowała się do okoliczności, które – trochę poza albo ponad nią – uczyniły z niej wielką dziennikarkę, intelektualistkę, a wreszcie posępną prorokinię. Po prostu dołożyła wszelkich starań, by tej roli sprostać. W którymś momencie – jak pisze – zrozumiała, że jest „tą Fallaci”, zwierzęciem publicznym, i przestała należeć do siebie. A gdy dorzuca, że wcale nie sprawiało jej to przyjemności, a nawet napawało swoistym niepokojem, mimo wszystko jesteśmy skłonni jej uwierzyć. Bo po przekroczeniu pewnej granicy nie sposób się już ot tak cofnąć.

Polecam również