Kultura

Odwrócony duch świąt

W słynnej piosence Czerwonych gitar „Dzień jeden w roku” ani razu nie pojawia się Boże Narodzenie. Niby wszyscy rozumieją, o co chodzi, odczytujemy charakterystyczne dla naszej tradycji atrybuty – radość, życzenia, płatki śniegu, zapach igliwia – lecz nazwa dnia nie pada nigdzie wprost. Nie wiem, czy tak jest na całym albumie, bo mimo iż zdecydowaną większość zawartych w nim utworów kojarzę, nie pamiętam dokładnie tekstów. Klimat świąt i zimy aż się z nich leje – wystarczy rzucić okiem na listę tytułów – niemniej nawet bez przeczesywania sieci gotów jestem zaryzykować zakład, że o „jubilacie” nie znajdziemy tam nic.

Zespół nagrał tę płytę w 1976 roku. Reżim komunistyczny pod batutą Edwarda Gierka mocno już co prawda fałszował, ale w obronie swych interesów wciąż potrafił dotkliwie gryźć. Nadal też, pomimo chwilowego ocieplenia stosunków z Kościołem, miał wpisaną w doktrynę walkę z „opium dla ludu”, której językową spuściznę dźwigamy do dziś. Boże Narodzenie dla części z nas nigdy nie przestało być enigmatyczną „Gwiazdką”, a obchodzoną pierwszego listopada radosną uroczystość Wszystkich Świętych nawet większość mediów uparcie myli z ponurym i urzędowo wypatroszonym z religijnej zawartości dniem zmarłych, który skutecznie obrzydzał zwyczaj palenia zniczy i podbierał sens Zaduszkom, co zresztą jak najbardziej miał na celu.

W filmie Stevena Hobana też obowiązuje cenzorska klauzula na dzieciątko Jezus. Nakłada ją dominująca w zachodniej kulturze lewicowa poprawność, która bez przerwy obawia się kogoś obrazić. A wszak ostentacyjne eksponowanie bożonarodzeniowej symboliki może skrzywdzić niewierzących, nie wspominając o przedstawicielach innych religii. Tylko radiowy prezenter – niechluj i abnegat – olewa tabu i publicznie na antenie przypomina, od kogo się to wszystko zaczęło.

Kultura masowa na ogół wypacza i trywializuje znaczenia fundamentalnych pojęć. To, co się stało z Bożym Narodzeniem, jest tego wyjątkowo jaskrawym przykładem. Podczas gdy kraje bloku sowieckiego ideologicznie zwalczały je Gwiazdorem, dziadkiem Mrozem i innymi tego typu zastępczymi koszmarkami, kapitalistyczny wolny świat czynił dokładnie to samo w imię zysku. W miarę narastania antychrześcijańskiej aberracji Zachodu coraz wyraźniej okazywało się, że w tym konkretnym punkcie interesy dawnych wrogów są zbieżne, więc mogą zawrzeć taktyczny sojusz. W efekcie mamy to, co mamy – komercyjny krasnolud Coca-Coli  rozsiewa odpowiedni klimat, a polityczni komisarze z ustami pełnymi frazesów o tolerancji czyszczą nam pamięć. Mamy czuć, że jest jakiś powód do szczęścia, lecz nie powinno nas interesować jego źródło.

Niestety, za majstrowanie przy wartościach zawsze w końcu przyjdzie zapłacić. I właśnie owa cena wydaje się przewodnim motywem „Christmas horror story”. Natknąłem się na opinię, że Hoban krytykuje w nim współczesny konsumpcjonizm. Według mnie to spore interpretacyjne spłycenie. Gdyby pójść tym kluczem, należałoby podciągnąć doń każdą byle komedyjkę czy melodramat z wątkami świątecznymi. Zazwyczaj triumfuje w nich przecież miłość, przyjaźń i rodzinne ciepło. Tylko że nadal jest tam nieobecna metafizyka w sensie ścisłym, ciągle się nie dowiadujemy, po ki czort cała ta zabawa. U Hobana jest inaczej.

I abstrahuję już od tankującego ajerkoniak didżeja. Przygody wszystkich bohaterów w jakiejś mierze ogniskują się wokół tajemnicy Wcielenia. Najpełniejszy, najbardziej „pełnokrwisty” w literalnym znaczeniu wydźwięk temat ów uzyskuje w opowieści o nastolatkach, którzy kręcą dokument w piwnicach akademii św. Józefa, gdzie przed rokiem doszło do makabrycznej zbrodni. Rodzina policjanta, która w bajecznych okolicznościach przyrody wybiera się ukraść cudzą choinkę, również musi się zmierzyć ze zjawiskiem do pewnego stopnia analogicznym. Inni wzorowi Amerykanie – wzorowo pokręceni, można rzec – uciekają przed ścigającym ich demonem do kościoła i swój jedyny ratunek widzą w ekspiacji.

Rzeczywiście, chrześcijańska topika jest w „Christmas horror story” prezentowana w stężeniu na politpoprawne standardy przemysłu rozrywkowego aż niespotykanym. Hoban praktycznie chlusta nam nią w twarz. Jest to jednak religia zdeformowana, spotworniała, pozbawiona swej zbawiennej mocy. Kościół w głębi zaśnieżonego lasu okazuje się zdesakralizowany, a lękliwa spowiedź nie ratuje przed złem, które wchodzi tam jak do siebie. Ochrony nie stanowi także wielki krzyż, który jędzowata ciotka jednego z bohaterów wiesza niby talizman na drzwiach posiadłości. A ostateczną kropkę nad i stawia Krampus – wyposażony w czarcie rogi negatyw ducha świąt. Patrzcie – wydaje się ostrzegać nas reżyser – tak się kończy wypychanie istoty rzeczy! Prędzej czy później wróci jak nieubłagana fala zwrotna i was zniszczy.

Próżnię po wyproszonym Bogu zawsze w końcu zajmuje diabeł. Czy to w postaci ukrytej jako pusta konsumpcja, czy jawnej jako włochaty stwór z łańcuchem, który przybywa odebrać to, co mu się należy, co sami mu w bezgranicznej bezmyślności oddaliśmy. Dostajemy takiego Mikołaja i takie prezenty, na jakie sobie zasłużyliśmy. Nadzwyczaj sugestywnie pokazuje to zresztą finałowy zwrot akcji, w którym – metaforycznie i dosłownie – mamy do czynienia z destrukcją mitu brzuchatego gnoma. Zamykająca fabułę masakra ujmuje samą kwintesencję tego, co zrobiliśmy, raz za razem wyrzucając Dziecię z przestrzeni naszych spraw.

Tuż przed świętami przez ekran mojego smartfona przemknął news o włoskim biskupie, który w imię tolerancji i szacunku dla odmienności zalecał wiernym, aby nie obnosili się publicznie z symbolami Bożego Narodzenia. Do rozsądku musieli mu przemówić dopiero świeccy radni, którzy orzekli, że skoro istnieje rozdział Kościoła od państwa, nie będą podporządkowywać się woli hierarchy i szopkę wystawią, oraz… przywódcy muzułmańskiej gminy wyznaniowej. Rzeczywiście coś niedobrego porobiło się z naszym światem. Potrzeba nam więcej schlanych radiowców i więcej ajerkoniaku. Na odwagę.

Bo jak nie… Słyszycie ten szczęk łańcuchów? Słyszycie? Rok w rok jest coraz bliżej.

Polecam również