Oblicza zła według Wołkowa

Przyjaciel pożyczył mi ostatnio „Montaż” – jedną z bardziej znanych powieści szpiegowskich Władimira Wołkowa, czy też – jak on sam się z zachodnioeuropejska podpisywał – Vladimira Volkoffa. Nazwisko nic mi nie mówiło – choć chyba powinno, lecz o tym później – a po tego rodzaju literaturę praktycznie nie sięgam. Właściwie to, że ta książka koniec końców znalazła się w moich rękach, wynikło z dyskusji o innej powieści, a konkretnie o „Wieży komunistów” Witolda Gadowskiego, którą tenże sam przyjaciel podrzucił był mi do przeczytania wcześniej. Obydwaj zgodziliśmy się, że warsztatowo proza Gadowskiego kuleje. Jest zbyt pospieszna, za bardzo naładowana gatunkowymi kliszami, zbyt dziennikarska w tym złym stylu.

Volkoff – jednak przyjmę tę pisownię – miał stanowić dla niej kontrapunkt. Choć niezupełnie, bowiem jest coś, co łączy je ponad formalnymi różnicami, skądinąd rzeczywiście pracującymi zdecydowanie na korzyść Francuza. Obaj pragnęli w przebraniu atrakcyjnej fabuły przemycić treści, których w inny sposób – choćby ze względów prawnych, a może i obawy o życie – nie mogli przekazać. Gadowski obnażał przegniłe korzenie III RP, ze szczególnym  naciskiem na aferę FOZZ, a Volkoff pisał o sowieckiej agenturze działającej we Francji. U obu wchodzimy w okryty cieniem złowieszczych tajemnic krąg służb specjalnych i ich osobliwych machlojek. Przy czym u Volkoffa jest to agentura nader wyjątkowego sortu, tzw. agentura wpływu, które to pojęcie przeżywa od niedawna renesans.

Volkoff pochodził z rodziny emigrantów, którzy masowo uciekali z Rosji po zwycięstwie tam rewolucji bolszewickiej i osiedlali się we Francji. Co zresztą znajduje odzwierciedlenie także w książce. Zasłynął – i tu oto docieram do istoty mojego zażenowania własną niewiedzą – nie tylko jako znakomity beletrysta, lecz głównie jako teoretyk propagandy i dezinformacji, także w mediach.

Historia „Montażu” okazuje się niemniej intrygująca niż ta przedstawiona na jego stronicach. Jeszcze przed opublikowaniem był celem autentycznych ataków ze strony KGB. Próbowano zdyskredytować autora za ujawnienie części wyrafinowanych technik sowieckiego wywiadu. Jedną z nich miała być głęboka penetracja środowisk antyradzieckiej opozycji na Zachodzie poprzez wprowadzanie do nich odpowiednio zalegendowanych „kretów” lub manipulowanie prawdziwymi dysydentami. Zawarta w książce wyraźna sugestia, iż wielu przebywających na wygnaniu przeciwników reżimu to zarejestrowani TW, naraziła Volkoffa na ostracyzm także wśród francuskich elit.

Bronisław Wildstein nazwał dzieło Volkoffa „przypowieścią o współczesnych maskach zła”. I coś rzeczywiście w tym jest, nad intrygą unosi się metafizyczna – by nie rzec demoniczna – aura. Głównym bohaterem jest niejaki Aleksander Psar, urodzony w Paryżu potomek „białej” emigracji, który zostaje zwerbowany przez oficera sowieckiej bezpieki już jako licealista, a z upływem lat przeistacza się w niebezpieczną broń – tym groźniejszą, że oddziałującą na sferę ludzkiego umysłu. Jako szkolony agent wpływu ma za zadanie manipulować opinią publiczną i zaszczepiać w niej odpowiednio spreparowany przekaz, służący interesom Kremla. A robi to za pośrednictwem założonej przez siebie agencji literackiej, w której kreuje, czy raczej hoduje intelektualistów, pisarzy i dziennikarzy spełniających funkcję nieświadomych niczego „pudeł rezonansowych”, czyli – jadąc Leninem – pożytecznych idiotów.

Volkoff dość umiejętnie splata dwa biblijne toposy – kuszenia i powrotu do Ziemi Obiecanej. Biedujący na paryskich brukach ojciec Aleksandra pielęgnuje w marzeniach wyidealizowany obraz Rosji, co skwapliwie wykorzystują urzędnicy z ambasady, przez długie lata mamiąc go obietnicą paszportu i przyznania obywatelstwa. Obsesyjną ideę powrotu wbrew politycznym uwarunkowaniom – komuniści to epizod, Rosja jest wieczna – przejmuje potem jego syn, zaś jego oficer prowadzący sprytnie na tej strunie gra. W połączeniu z nienawiścią młodego Psara do kultury Zachodu daje to wyśmienity wprost materiał na zawodowego zatruwacza dusz.

Trudno oszacować, ilu takich Psarów działało – i wciąż działa – w rzeczywistym świecie. Ich pole manewru jest dziś nieporównanie szersze niż w czasach Żelaznej Kurtyny. Nie dosyć, że metody bezinwazyjnego prania mózgów zostały udoskonalone, to jeszcze z polityki wniknęły do biznesu, o mediach, gdzie do pewnego stopnia były obecne zawsze, już nie wspominając. I aż trudno mi uwierzyć, że zręby owej doktryny opierają się na pomysłach chińskiego stratega z piątego wieku przed Chrystusem.

Jeżeli choćby część z tego, co w osnowie fikcji aplikuje Volkoff, jest prawdą, rodzi się szereg niepokojących implikacji. Czyż bowiem najskuteczniejszy agent wpływu to nie ten, którego o to podejrzewa się najmniej? Wyobrażam sobie, że mógłby nim być ktoś, kto najgłośniej woła, że jesteśmy infiltrowani przez obcą agenturę, i najchętniej wskazuje palcem jej potencjalnych przedstawicieli. Powieściowy Psar wcale nie ma wizerunku typowego francuskiego liberała o utopijnie sowietofilskich skłonnościach. Gdyby kimś takim był, pasowałby raczej na „pudło”. Osobna kwestia to skala stosowania dezinformacji. Można odnieść wrażenie, że współczesna polityka, zarówno ta globalna, jak i w obrębie poszczególnych państw, głównie na niej stoi.

Ale w sumie nie to najbardziej mnie zafrapowało. Istotą odsłanianego w owej powieści zła nie są brudne kulisy imperialnej polityki. Naczelnym diabłem nie jest ani Związek Radziecki, ani tym bardziej zmarły dwa i pół tysiąca lat temu Sun Tzu, z którego porad korzystają towarzysze. To jedynie wcielenia demona, jego – idąc tropem Wildsteina – kolejne maski. Sedno, a zatem imię bestii, stanowi tu całkowite odrzucenie prawdy. W sensie nawet czysto psychologicznym sytuacja Psara i jego mocodawców nie jest do pozazdroszczenia. Rzeczywistości, w której oni funkcjonują, nie sposób nawet nazwać rzeczywistością kłamstwa. To przestrzeń permanentnej mistyfikacji, w której każdy fałszywy trop prowadzi jedynie do kolejnych fałszywych tropów. Nikt – również wysoko postawiony dygnitarz – nie może być niczego pewien. Brak twardego jądra, jakiegoś punktu, o który można się zahaczyć.

Wszystko, włącznie z ideologią, której szeregowym żołnierzem jest zarówno Aleksander, jak i jego zwierzchnicy, okazuje się przejściowe jak kolejne warstwy matrioszki. Nie istnieje nic, co mogłoby na dłuższą metę ją spajać, żaden kręgosłup, na którym by się wsparła. Jeżeli tylko służy to nadrzędnemu celowi, dziś będziemy obrońcami proletariatu, jutro przerzucimy się na ekologię, a pojutrze przywdziejemy strój konserwatystów. Tyle że także sam ów cel zdaje się mętny i na dobrą sprawę chyba nie zna go nawet wierchuszka.

Jedynym imperatywem jest najczystszej postaci władza – pozbawiona finezji, biologiczna. To że jeszcze próbuje się czymś pęd ku niej uzasadnić, że tworzy się jakieś pozory, że się buduje mające pomóc ją zdobywać instytucje i tka pajęczą sieć idei, wynika może z ludzkiej głupoty, a może z resztek przyzwoitości. Tak czy inaczej, na końcu drogi oczekuje bezdenna przepaść nihilizmu. To w niej rezyduje prawdziwa bestia – ów arcymanipulator, arcymonter, który być może też tak naprawdę wcale nie wie po co. Sztuka wojenna Sun Tzu ma zatem co najwyżej walor estetyczny i ekonomiczny. Benzyna do czołgów kosztuje, a zabijanie brzydko wygląda. Dalej mamy… Nic.

Polecam również

  • Sławomir Kierczyński

    Jedna uwaga. Nazywanie “Montażu” powieścią szpiegowską jest drobnym nieporozumieniem. Błąd ten popełnił również Wildstein. Technicznie rzecz biorąc, Psar i jego siatka nie wykradają żadnych tajemnic. Ich zadanie polega na – kolokwialnie mówiąc – mąceniu ludziom w głowach. Agentura wpływu i agentura klasyczna to zupełnie różne obszary. Psar nawet gdyby chciał, nie mógłby prowadzić działań wywiadowczych, bo nie miał dostępu do strategicznych punktów. Był tylko zwykłym agentem literackim, a nie żadnym dyplomatą, generałem, politykiem czy choćby woźnym w ministerstwie obrony.

    Wnioski natury metafizycznej ciekawe. W trakcie lektury nie zwróciłem na to uwagi, ale rzeczywiście można odnieść wrażenie, że cała sowiecka ideologia – tak jak ją przedstawił Volkoff – zmierzała donikąd, że w gruncie rzeczy próżno szukać tam jakiegoś twardego celu. Mamy za to kolejne kostiumy, kolejne miraże. Nawet te bajki o uszczęśliwianiu ludzkości brzmią cienko i tak naprawdę nikt tam do końca nie wie, w imię czego właściwie “montuje” się kolejne intrygi. Nawet chciałoby się, żeby ktoś znał ostateczne odpowiedzi, ale próżno szukać. Również – jak się zdaje – wśród członków Areopagu. Niby planują, rozgrywają, mnożą stopnie tajemnic, ale również sami są rozgrywani. Klasyczny przypadek ogona kręcącego psem.

    Szkoda mimo to, że nie poświęcił Pan więcej miejsca temu aspektowi – by tak rzec – czysto przyziemnemu. Już abstrahując od powieści, temat wpływów ZSRR w zachodniej Europie jest wart jak najszerszego nagłaśniania. Także w kontekście współczesnym, i to zarówno globalnym, jak i stricte polskim. Wciąż panuje cisza wyborcza, więc nie chcę napytać Panu biedy, ale chyba Pan rozumie, co mam na myśli, prawda?

    Pozdrawiam serdecznie i trzymam kciuki za Pana karierę literacką.

    • Marcin Królik

      Zgoda, to jest pewna nieścisłość. Wildsteinowi też ją na jednym portalu wytknięto. Ja określenia “szpiegowska” użyłem w charakterze skrótu opisującego ogólnie cały ten nurt literacki. A do realnych działań dywersyjnych Rosji na Zachodzie – tych z czasów zimnej wojny i obecnych – nie odnosiłem się szerzej, bo moja wiedza na ten temat jest po prostu zbyt skromna. Trudno tu rozdzielić to, co się faktycznie wie – choćby z lektury Bukowskiego czy Suworowa – od spekulacji, domysłów i podejrzeń, które można wysnuć na podstawie obserwacji. Jedno jest pewne – między ZSRR i teraźniejszą Rosją występuje ciągłość, tak jak między Rosją carską i ZSRR. Rewolucję bolszewicką można na dobrą sprawę nazwać kłótnią w rodzinie. Esencjonalnie ten twór nie zmienił się ani na jotę – nadal jego celem nadrzędnym jest podbój. O tym, jak instrumentalnie traktuje się tam idee, świadczy choćby rzekomy konserwatyzm Putina, ta jego nagła miłość do Cerkwi, mimo iż przedtem jego towarzysze urządzali w świątyniach składnice zboża. Mnie osobiście przeraża, jak bardzo bezkrytycznie na ten lep łapią się niektóre prawicowe środowiska także w Polsce. Wierzą, że Putin postawi tamę zachodnioeuropejskiemu lewactwu, uratuje nas przed zepsuciem i nihilizmem itp. I też jedynie można spekulować, ile z tego wynika z czystej głupoty, a ile to robota agentury wpływu. Co do zachodniej prawicy nie mam większych złudzeń – przy ogólnym skretynieniu, lenistwie intelektualnym i odwiecznym dyletanctwie tzw. “wolnego świata” odnośnie Rosji kwestia jest raczej jasna – ale u nas trudno uwierzyć w aż tak głęboką amnezję.

  • Pingback: Konserwatyzm też może być post – Marcin Królik()