Publicystyka

O zdradzie klerków

Resentyment, nienawiść, fanatyzm, ta lub inna fobia w zależności od aktualnego zapotrzebowania – mądrze brzmiące słówka, ów niezawodny oręż intelektualistów przeciw obskurantom, zdają się załatwiać wszystko niczym ostateczny nokaut. Kieruje tobą resentyment – bach, leżysz, ani tchnij. Tania sztuczka, którą najróżniejszej maści „salonowcy” i „autorytety” namaszczone przez GW wraz z przyległościami od lat łatwo chcą wykupić swoje skóry. Można by jeszcze dojść do wniosku, że rządzi nimi jakiś… resentyment.

W parze z tym oskarżeniem podąża inne, rzadko wypowiadane wprost, jednak silnie obecne. A jest nim zarzut antyintelektualizmu, który bardziej obrazowo można by nazwać „zdradą klerków”. Intelektualista w tym ujęciu to nie tylko ten, kto stoi na straży pewnych standardów dyskusji, jej poziomu, zdolnej unieść rangę problemów złożoności, ale przede wszystkim ten, kto strzeże ideowego pluralizmu. Takie przekonanie zwykle reprezentują ludzie o liberalnych poglądach, wypominając prawicowym oponentom rzeczonego wielogłosu brak. Nasz świat jest rozgadany, ściera się, debatuje – wasz się zakleszczył w swojej wersji i nijak nie jest w stanie jej przełamać.

Leszek Kołakowski w swych „odwilżowych” esejach na łamach „Po prostu” posługiwał się tym pojęciem – oraz kilkoma analogicznymi jak „reakcja” czy „kołtuństwo” – do krytyki sił przeciwnych lewicowo rozumianemu postępowi. Zarówno w łonie samej Partii, jak również poza nią. Za głównego hamulcowego społecznej rewolucji długo uważał Kościół katolicki, stopniowo rewidując stanowisko najpierw ku niechętnemu uznaniu jego prawa do istnienia, przy jednoczesnym zastrzeżeniu, że ludzie światli powinni robić wszystko, co w ich mocy, by wpływ religii znieść, a następnie coraz bardziej ku zdystansowanemu szacunkowi, co ponoć bulwersowało wielu jego admiratorów na Zachodzie, gdy się tam znalazł. Sprowadzając zaś rzecz do najprostszej postaci: główne napięcie zawsze przebiega na linii konserwatyzm – modernizm, ortodoksja – heterodoksja etc. Bez względu na ideowy kierunek.

Ostatnie zastrzeżenie jest o tyle istotne, że Kołakowski najpierw jednoznacznie utożsamiał światłość z intelektualną lewicą, potem jednak – po części, jak w książce „Wielki zwrot” wywodzi Dariusz Gawin, wskutek zabiegów cenzorskich, a po części w wyniku własnych autentycznych przewartościowań – z jaką kol wiek siłą umysłu przeciwstawiającą się jakkolwiek rozumianej opresji.

I tu wracamy do figury klerka oraz możliwości dokonania przez niego tytułowej zdrady. Choć może poręczniejsza dla moich potrzeb byłaby metafora kapłana i błazna. Do niej wrócimy później. Kim zatem jest klerk? Kimś – powiada Gawin za rewizjonistą Kołakowskim– kto nie ulega wszelkiego rodzaju partykularyzmom – klasowym, grupowym, narodowym, które wchodzą w konflikt z wartościami ogólnoludzkimi. Co do „wartości ogólnoludzkich” mam swoje zastrzeżenia, ale zostawmy to. Zdrada byłaby więc aktem poddania się któremuś z wymienionych partykularyzmów. Czego nie należy bynajmniej mylić z zaangażowaniem. Bo „klerkostwo (rozumiane klasycznie, inaczej niż definiuje je Kołakowski – przyp. mój) jest klęską politycznych wyborów, zakończoną ucieczką przed zaangażowaniem, ucieczką, która mistyfikuje samą siebie, jako obronę wartości ponadhistorycznych”. Wyższą mutacją klerka według Kołakowskiego jest sylwetka błazna – prześmiewcy, heretyka, a tak naprawdę po prostu człowieka permanentnie zbuntowanego przeciw skostniałym dogmatom, których dysponentami jest „kasta kapłanów”.

Odwieczny, powtarzający się w każdej epoce i warunkach antagonizm pomiędzy utrwalaniem absolutu a podważaniem go jest, podobnie jak opozycja dogmatu do herezji, w istocie ponad klasami, grupami, koteriami, salonami czy jak zechcemy je jeszcze ponazywać. Zarówno jednak postawa kapłana, jak i błazna ma swoje niuansowania i niebezpieczeństwa.

„Ilekroć herezja dochodzi do formy zorganizowanej – przestrzega filozof – staje się z kolei ortodoksją i umacnia się w zwalczaniu własnej herezji”. Czyli, ujmując kwestię lapidarnie: trudno kapłanowi przeistoczyć się w błazna – wiąże się to z utratą ciepłej pewności bezpiecznego tkwienia w uświęconej sekcie – lecz proces odwrotny, czyli skapłanienie heretyka, jest zatrważająco łatwy i niekiedy ciężko dostrzegalny. Jak punkt przemiany uchwycić? „Błazen jest kimś – rekonstruuje myśl Kołakowskiego Gawin – kto nie należy do dobrego towarzystwa, lecz w nim się obraca.” Otóż moim zdaniem punkt przejścia następuje tam, gdzie intelektualista w „dobre towarzystwo” jednak się wkupi. Pół biedy, gdy uczciwie pozbywa się szat niezależności sądów, gorzej jeśli pod pozorem tejże replikuje środowiskowe sofizmaty.

Przeraża mnie poziom umysłowego sekciarstwa w naszym kraju. Jest obecne we wszystkich obozach. Nie zamierzam tu bronić prawicy, rysując martyrologiczną mitologię jej wypierania z dyskursu publicznego. Opresja nigdy nie usprawiedliwia postaw konformistycznych. Wręcz przeciwnie – wymaga jeszcze większej czystości.

By zaś rzecz pozostawić w zagadkowym zawieszeniu, a zarazem jakoś jednak domknąć, jeszcze jeden cytat z Gawina: „Wybór w konkretnej sytuacji powinien zależeć od niewielkiej cząstki pewności, jaką mamy tu i teraz.” O ile zaś ten wybór jest tylko mój, nie grozi mi akces do sekty. A oskarżenia o „resentyment” i „antyintelektualizm” jakoś przeżyję. Ja wiem, że nie zdradziłem.

Polecam również