O strefie komfortu

Ci, którzy śledzili poprzednią wersję moich zapisków, zapewne zorientują się, że ten temat już raz się w nich pojawił. Poświęcony mu tekst zilustrowałem zresztą dokładnie tą samą graficzką. Tamten elaborat był mi potrzebny do uzasadnienia – przed czytelnikami, ale też i przed samym sobą – kolejnej tematycznej przewrotki, w wyniku której od tzw. „nadobnej paplaniny” gwałtownie przeskoczyłem do mocnej, zaangażowanej politycznie i społecznie publicystyki. Miotanie się między tymi skrajnościami w końcu doprowadziło do zarżnięcia, a następnie resetu bloga.

Dlaczego więc teraz do tych kwestii powracam? Co tym razem chcę uzasadnić? No cóż, najprostsza odpowiedź brzmi: wracam, bo te sprawy są dla mnie na tyle żywotne, że nie dają mi spokoju. Wracam, bo znów czuję stare, dobrze znane wibracje, które – jak to już po wielokroć bywało – zapewne spustoszą mój tak pieczołowicie wznoszony i umacniany azyl, a mnie – pragnącego się w nim skryć i nie wadzić nikomu – wygnają na głód, chłód i poniewierkę. Wracam, ponieważ ideał pisania, jaki sobie niegdyś wymarzyłem, polega na ćwiczeniu się w szczerości. Co, jak już się nieraz przekonałem, wcale nie jest takie łatwe.

A natchnienie do tego tekstu spłynęło na mnie podczas ostatniej niedzielnej mszy. Zwykle chodzimy na wieczorną. Odprawia ją ksiądz, którego nazywamy Szybki. Chyba nie muszę tłumaczyć dlaczego. I w sumie zabawna rzecz z tym księdzem. Bardzo często zdarza się, że jego kazania, choć tłuczone na jedno kopyto i w powierzchownym odbiorze niechlujne – mimo niezaprzeczalnej żarliwości głosiciela – utrafiają w samo sedno różnych bolączek, z jakimi się niejednokrotnie borykam.

Niby o to nietrudno, skoro rzadko miewam styczność z innymi księżmi. To, że prędzej czy później jego wygarniane z prędkością karabinu maszynowego słowa zestroją się z czymś dla mnie osobiście ważnym, wynika więc poniekąd z czystej statystyki. A jednak stanowi to nader intrygujący fenomen. W ostatnią niedzielę odniosłem wręcz przemożne wrażenie, że jakaś nadnaturalna łyżka grzebie mi w mózgu i bezceremonialnie wyciąga z niego to, co i tak wiem, lecz również to, co odważam się nazywać jedynie naskórkowo. A czyni to z ową niezwykłą prostotą, z jaką odkrywa się rzeczy oczywiste.

Homilia traktowała o sielance i głosie Boga, który nas z niej wyrywa. Była oparta na lekcji z „Dziejów apostolskich” o Szawle przybywającym do Jerozolimy. W uzupełniającym drugim czytaniu z listu św. Jana mowa zaś była o miłowaniu czynem i prawdą. Szaweł, ujrzawszy Chrystusa, nie mógł zatrzymać tego objawienia dla siebie, więc ruszył w drogę, ryzykując odrzucenie zarówno u chrześcijan, jak i u hellenistów, co też zresztą się stało. Z kolei Jan uczy nas, że za słowami powinno iść działanie. „Po tym poznamy, że jesteśmy z prawdy, i uspokoimy przed Nim nasze serca.” Wszystko natomiast sprowadza się do jednej prostej i bezdyskusyjnej konkluzji: nie wolno być biernym, zaniechanie to grzech.

Sielanka, o której mówił Szybki, to nic innego jak strefa komfortu, gdzie chronimy się przed rzeczywistością i jej wyzwaniami. Każdy miewa tego rodzaju pokusę. Rzeczywistość boli, a przecież nikt nie lubi cierpieć. Lepiej nie widzieć, nie słyszeć, nie narażać się. Można tę strefę interpretować różnie. Przy czym nie chce tutaj wchodzić w wymiar ściśle religijny, bo to wątek na inne rozważania. Pozostańmy przy twórczości.

Stefan Kisielewski, którego nie waham się nazwać swoim intelektualnym mistrzem, kiedyś wyjaśnił, na czym polega podstawowa różnica między muzyką i literaturą i czemu on sam skłaniał się jednak raczej ku tej drugiej. Otóż muzyka, w przeciwieństwie do pisarstwa, nie posiada warstwy semantycznej, więc może z powodzeniem funkcjonować jako najczystszy estetyzm. Język natomiast odsyła do znaczeń, więc jego redukowanie do próżnej zabawy formą zubaża go, jest przeciw jego naturze. W moim przypadku ten dylemat rozgrywa się w obrębie samego języka.

Kiedy dawno temu podjąłem decyzję, że chcę się parać literaturą, wcale nie zależało mi na eksplorowaniu rzeczywistości ani mierzeniu się z jej problemami. Marzyłem jedynie o tym, aby snuć zajmujące, pozbawione jakiejkolwiek głębi historyjki. Wychowałem się w kulturze kiczu. Moje pierwotne uposażenie stanowiły kiepskie amerykańskie filmy i takież czytadła. I nawet gdy już na studiach łyknąłem nieco elitarności – znajdując w niej zresztą niemałe upodobanie – wciąż to forma całkowicie dominowała nad treścią.

Świadomość, że może być inaczej, rosła we mnie powoli. Do tego w dużej mierze przyszła z zewnątrz. W 2003 roku poznałem niezwykłego człowieka, który – że tak ciut niezgrabnie to określę – sprzedał mi swoją historię. Trudną, momentami bolesną, z silnym podtekstem religijnym. Finałowym efektem tego dealu była książka – a właściwie, jeżeli zważyć na jej objętość, miniaturka – „Podążaj za snem”. Pisałem ją bite dziesięć lat. Przy czym większa część tego czasu upłynęła mi na wykręcaniu się od owej irytującej powinności.

Traktowałem ją jak pasożyta, który zaciążył nad moim życiem. Siadałem do produkowania kolejnych bzdur, ale z tyłu głowy podzwaniało, że przecież Aleksander czeka i jakoś tak nie za bardzo wypada taplać się w nijakości. Rzucałem więc bzdury i wracałem do niego. Lecz to oznaczało otwarcie się na rzeczy, w które niekoniecznie chciałem brnąć, więc wracałem do bzdur, myśląc, że jakoś to będzie, jakoś kiedyś się załatwi. I tak ani bzdury, ani Alek nie posuwali się do przodu.

A jednak niepostrzeżenie, przez całe lata dojrzewając w ukryciu, rozwinęła się we mnie jak gdyby odrębna jaźń. To ona stopniowo wyciągała mnie za uszy ze świata czczej gadaniny, każąc się interesować polityką, historią, filozofią, po prostu ogólnie ważkimi zagadnieniami cywilizacyjnymi, które kiedyś wydawały mi się nudne. Ona też sprawiła, że przy obcowaniu z wytworami kultury – również popularnej, a może zwłaszcza niej – mój punkt odniesienia przesunął się z warstwy estetycznej na pytanie o ich najgłębiej pojęty sens. Niby nic w tym nadzwyczajnego – ot, normalny proces rodzenia się bytu zwanego szumnie intelektualistą – ale dla mnie było to jednak mocno zaskakujące.

Mój styl zarówno pisania, jak myślenia kształtuje się gdzieś na przecięciu tych płaszczyzn. Sporo czasu zajęło mi ich zintegrowanie i na ogół pozostają w mniej lub bardziej stabilnej symbiozie, wciąż jednak nie pozbyłem się poczucia, że nie są do końca komplementarne. Czasem zamiast się dopełniać i wspierać, prowadzą zaciekłą wojnę o to, kto przejmie ster. I wtedy następuje coś, co nazywam korkociągiem. Jedna część usilnie pragnie pozostać w bezpiecznej strefie, druga za wszelką cenę chce wgryźć się w tkankę rzeczywistości i brać się z nią za bary. Trafniej chyba nie umiem tego ująć.

Zapewne jest wiele przyczyn takiego stanu. Zmęczenie, zniechęcenie, naturalna potrzeba odmiany. Ale coraz częściej dochodzę do wniosku, że gdzieś ponad nimi czai się lęk. Tak, właśnie lęk. Lęk wielotorowy. Lęk przed tym, że jeśli nazbyt zaangażuję się w publicystykę, stracę literaturę. Znam co najmniej jednego pisarza, któremu się to przydarzyło. Lęk przed narobieniem sobie wrogów, do czego zabieranie głosu w niektórych szczególnie zapalnych kwestiach nieuchronnie musi prowadzić. Analogiczny do niego lęk, że zrażę do siebie ludzi mi życzliwych, którzy być może mają inne poglądy niż ja.

Piszę tutaj o sobie, a do tego w bardzo wąskim kontekście twórczych dylematów, które nie dla każdego muszą być ciekawe. Niemniej chyba każdy na właściwą sobie miarę musi się z podobnym problemem mierzyć. Pomyślmy o Szawle. Nie żebym śmiał się z nim równać. Ale zastanówmy się… Czy możemy być absolutnie pewni, że nigdy go nie korciło, by sobie dać spokój? Czy choćby przez ułamek sekundy nie bał się konfrontacji? Czy nie dręczyła go pokusa, żeby odrzucić nie tyle nawet może sam skarb objawienia, co wiążącą się z nim odpowiedzialność i nowe widzenie świata, jakie ze sobą niósł? Przecież mogło tak być.

Umieszczona w Wikipedii definicja eskapizmu wskazuje, że jego pragnienie może wystąpić jako reakcja na długotrwały i silny stres, zaś najczęstszą formą jego przejawiania się – o ile nie mówimy o rzeczywistej ucieczce od społeczeństwa i jego bolączek na przykład w jakąś odizolowaną głuszę – może się stać bierna aktywność taka jak oglądanie filmów, czytanie książek, używki etc. Eskapizm – jak twierdzi autor hasła – nie figuruje w żadnym wykazie chorób psychicznych, choć doprowadzony do skrajności może przekształcić się w manię. Za to w umiarkowanej dawce bywa formą rekreacji i pomocą w przezwyciężeniu stresu. Z własnych doświadczeń mogę ocenić, że jest to bliskie prawdzie.

Jednak Wikipedia akcentuje jeszcze jeden – dla mnie osobiście dalece ważniejszy – wątek eskapizmu. Przytacza mianowicie pogląd brytyjskiego filozofa i pisarza Olafa Stapledona, który potępiał tego rodzaju postawy, twierdząc, że odwracają one umysł od nieprzyjemnych, lecz ważnych aspektów rzeczywistości, oraz że ukierunkowane na nie twórcze umiejętności są prostytuowane w nienaturalnym celu, którego rezultatem jest udaremnienie twórczości i odwrócenie uwagi od drogi rozwoju. Według niego jest to złe, ponieważ sprawia, że ludzie tracą wrażliwość moralną.

Dobrze czasem zwiać. Ale tylko po to, by nabrać nowych sił, a potem wrócić. Zwłaszcza że rzeczywistość posiada pewną irytującą cechę: otóż nawet jeżeli ty się od niej odcinasz, nie interesujesz się nią i chcesz ją wyciszyć jak niewygodnego znajomego na Facebooku, ona prędzej czy później, tak czy inaczej, zainteresuje się tobą. Po prostu jakoś tak ma. Zawsze znajdzie lukę w systemie. Lepiej być na to przygotowanym.

Polecam również

1 thought on “O strefie komfortu

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.