O powstaniu warszawskim na fotelu dentystycznym

Miałem więc jechać na to uliczne czytanie Mirona zorganizowane przez partię Razem. Tak tu sobie familiarnie pozwalam, że Miron, a nie Białoszewski czy po prostu autor „Pamiętnika z powstania warszawskiego, bo – co by nie mówić – ja i on mieliśmy jednak trochę wspólnych znajomych i kilka miejsc, które obaj lubiliśmy. Poza tym szczerze go cenię. Na firmamencie polskiej literatury był niewątpliwie kimś wyjątkowym; kimś, kto nie tyle rozsadzał skostniałe schematy, co – jak mało kto – dawał się prowadzić własnym twórczym instynktom i wyciskał z nich wszystko, co było do wyciśnięcia.

Fakt, że czytanie fragmentów „Pamiętnika” odbywało się akurat dziś – właściwie już wczoraj z perspektywy godziny, o której piszę te słowa – ściśle odnosił się zarówno do samej rocznicy powstania, jak i do stanowiącej szczególny jego epizod rzezi woli. To właśnie w tych dniach między 5 a 7 sierpnia nastąpiła kulminacja masakry, w której na bezpośredni rozkaz Hitlera z rąk oddziałów SS i niemieckiej policji zginęło kilkadziesiąt tysięcy mieszkańców Warszawy. Była to – jak wielokrotnie przez cały dzień przypominano – najprawdopodobniej największa jednorazowa zbrodnia na ludności cywilnej w Europie podczas trwania II wojny światowej. Podobno nawet wielu Niemców nie wytrzymało tego psychicznie.

Pojechać miałem oczywiście za zachętą M. Należy on do Razem od początku jej istnienia i usilnie przekonuje mnie, że lewica to wcale nie tylko debatujący o urokach kazirodztwa prof. Hartman i Robert Biedroń, który zapytany kiedyś przez dziennikarkę o stosunek do Bożego Narodzenia skrzywił się i stwierdził, że wolałby jakieś święto ku czci tolerancji, a choinki i kolęd to już w ogóle ni hu hu. Do Razem jeszcze później wrócę, bo muszę przyznać, że mnie ostatnio pozytywnie zaskoczyli. No ale po kolei.

Miałem więc jechać, lecz nie pojechałem, bo akurat w piątek wypadła mi wizyta u dentysty. Nie powiem, że nie korciło, by ją przełożyć, choćby i zasłaniając się Mironem. Niestety luba postawiła sprawę jasno: albo w końcu coś zrobisz z zębami albo… dobra, zostawmy to. A też i górna ósemka już od co najmniej tygodnia dostarczała argumentów, z którymi raczej ciężko się polemizuje. No więc poszedłem w strachu i wstydzie, że tak otwór gębowy zaniedbałem. Luba pociesza, że bezboleśnie, że ogólnie z troską do pacjenta. Sama tam chodzi, więc wie. No i fakt – poczekalnia to jedna z tych sterylnych, kosmicznie nowoczesnych, cała w bieli z delikatnymi lawendowymi akcentami. Gabinet, który widziałem przez okno, nim otworzyłem drzwi, też nijak na salę tortur czy rzeźnię się nie kwalifikuje. Zero krwi, żadnych krzyków.

Właściwie to chyba jeszcze gorzej – pomyślałem, siadając na białym krzesełku i wypełniając ankietę, którą wręczyła mi recepcjonistka. W samej istocie gabinetu dentystycznego tkwi coś z perwersji, ale dawać się torturować w tak cieplarnianych warunkach, z pełną świadomością, znieczulenie rezerwując na ostateczność, to dopiero chore. Chyba już wolałbym, by posadzka była wylana betonem i żeby brązowiały na niej zaschnięte plamy krwi. Wystrój wnętrza i jego przeznaczenie powinny ze sobą współgrać. Warszawiacy rozjeżdżani żywcem przez czołgi 72 lata temu – mniej niż ma teraz moja babcia – nie mieli takich rozterek.

I znów zdryfowałem myślami ku Mironowi. Ta jego celebracja zwykłości, jego codzienność podniesiona do rangi bez mała mistycznej. To ścisłe przyleganie językiem i wzrokiem do tu. To między innymi dzięki niemu gehenna Warszawy nie zarasta błoną przeszłości, przebija się przez dysputy historyków i doraźne polityczno-publicystyczne nawalanki. To on dał jej wyraz – choć przetworzony artystycznie, jakoś tam zainscenizowany, ufryzowany, to jednak realny w stopniu wcale nie mniejszym niż relacje świadków i uczestników nieobdarzonych ogniem poezji. A kto wie, czy przez to usztukowienie tym bardziej nie wstrząsający. Ukazać esencję zła w jego najbardziej trywialnej postaci – to dopiero talent, a może… przekleństwo?

Tymczasem już moja kolej. Fotel tak wygodny, że aż przeraża. Pani dentystka tak miła, że aż włoski na karku mi się jeżą. No, no, będzie tu sporo do roboty! Ale ósemeczka… to już tylko do ekstrakcji. Teraz, dziś. Decyduje się pan? Czy ja się decyduję? Droga pani doktor, może i pół szczęki mi pani wyrwać – znieczulenie przy tej czynności gwarantowane – byle odsunąć widmo kanałowego. I zaraz ta neurotyczna myśl: im nikt nie podał zastrzyku, konali na ulicy i w płonących domach, wybebeszeni, z obnażonymi nerwami. I nie ma w niej żadnego patosu. To znaczy pojawia się, kiedy zamykam ją w zdaniach, ale w gabinecie była niczym więcej jak ponurą konstatacją, zupełnie mimowolnym wczuciem się.

Tak samo mimowolnie, czekając aż znieczulenie zacznie działać i chcąc uciszyć podpełzający gdzieś od tyłu lęk, zaczynam się zastanawiać, jaki właściwie mam stosunek do powstania. Na przykład po której stronie odwiecznego sporu się plasuję. Było warto czy jednak nie? Próżna ofiara czy romantyczny mit? Czy w ogóle jest sens zadawać sobie takie pytania, skoro nawet sami powstańcy w tej kwestii podzieleni? Czy nie lepiej po prostu oddać się lekturze Mirona i przeżywać?

Tak w ogóle zawsze byłem dosyć odporny na magię wszelkich rocznic. Taka już moja natura. Niezależnie jak bardzo bym uznawał ich ważność lub identyfikował się z wydarzeniami, które upamiętniają. To między innymi dlatego zawsze się obruszam, gdy M usiłuje mnie wcisnąć w kostium prawicowca. Dla mnie podzielać jakąś wizję świata a zgłaszać akces do sygnującej ją stylistyki to jednak subtelna różnica. Ani mi w głowie wytaszczać cztery litery na marsz bądź capstrzyk pod pomnikiem ku czci poległych, kiedy w tym czasie mogę odpalić sobie serial na Netflixie. Czy czyni mnie to Polakiem niższego sortu? Pragnę wierzyć, że nie. Szanuję tych, co wywieszają flagi, a nawet tych, co noszą bluzy Red Is Bad, ale wolę inne piosenki. Tak po prostu, bez antagonizmu.

Zaś co do sporu… kiedyś już się nad tym zastanawiałem. Na pewno byłbym jak najdalszy od łatwego przekreślania powstania. Że było strategiczną pomyłką? Typowo polskim machaniem szabelką? Że cena w ludziach i zniszczeniach zbyt wysoka? No, może. Nie należy tych opinii lekceważyć – zwłaszcza gdy wygłaszają je sami powstańcy – ale z drugiej strony warto by też analizować zdarzenia w kontekście historycznej ciągłości oraz ich wzajemnych oddziaływań. Nie zamykam się na przykład na pogląd, że gdyby nie heroizm w 1944 roku, w roku 1980 nie wybuchłaby Solidarność. Bo niby czemu taką możliwość odrzucić?

Odważniejsi posuwają się do stwierdzenia, że hekatomba Warszawy w dłuższej perspektywie zapobiegła totalnemu zwasalizowaniu Polski jako siedemnastej republiki ZSRR. A nawet że powstrzymała pochód komunizmu na Europę. Bredzenie? Chyba nie tak zupełnie. Mogę sobie wyobrazić, że Stalin, widząc szaleńczą determinację Polaków, ciut przyhamował swe zapędy i skalkulował, czy mu się to rzeczywiście opłaca. To mniej więcej jak z bitą żoną, która nagle pewnego dnia rąbie oprawcę patelnią w łeb albo rozdrapuje mu paznokciami twarz do krwi. Dalej będzie ją upokarzał, jednak dwa razy pomyśli, zanim znów uderzy. To się trzyma kupy.

Po prostu jestem zdania, że żaden wysiłek nie idzie na marne, bo nie da się do końca ocenić, jak ukształtował przyszłość. Kafka zmarł w poczuciu klęski, nie mogąc nawet przypuszczać, jak mocno jego prywatne obsesje uwiecznione na piśmie zakorzenią się w obrazie XX wieku. W przypadku powstania łączy się to też dodatkowo z całkowicie naturalną dla zbiorowości, i to absolutnie każdej, potrzebą mitu. Jak świat światem zawsze karmiliśmy się opowieściami i wokół nich się duchowo organizowaliśmy.

Dziś, gdy narracja o Polsce walczącej zyskuje coraz większą popularność szczególnie wśród młodych, środowiska – nazwijmy je ogólnie – liberalno-lewicowe usiłują ją zdyskredytować. Po części robią to, rzecz jasna, kierowane swoimi standardowymi fobiami na tle nacjonalizmu i faszyzmu, ale nie da się ukryć, że stała się ona również elementem politycznej i kulturowej wojny. Powtarzają się zarzuty o zawłaszczenie jej przez prawicę, ale jakoś nikomu nie wpadło do głowy, że ta zła prawica z Macierewiczem na czele nie tyle sobie ten patriotyczny kawałek ziemi zawłaszczyła, co zwyczajnie zagospodarowała to, co leżało odłogiem.

Śmieszą mnie deklaracje, że skoro w oficjalnych obchodach palce maczała prawica, to ten czy ów na znak protestu nie wywiesi flagi, choć zawsze to robił. Albo wezwania, by tworzyć inne, własne mity i przeciągać nimi ludzi na swoją stronę. Nie przeczę, że prawica wykazała się tu niezwykłą skutecznością, więc tym bardziej szkoda, że żadna z tych mądrych głów nie zadała sobie pytania dlaczego. Ani nie wpadła na prosty wniosek, że te jej mity – bo przecież one już są i wpychano nam je przez ostatnich dwadzieścia parę lat nieomal na siłę – ludziom, w tym i mnie, już po prostu obmierzły. Zgrzytają potwornym fałszem.

I tu wchodzi moja pochwała dla Razem. Niedawno słuchałem wywiadu Adriana Zabdberga z okazji rocznicy śmierci Stefana Okrzei. Oczywiście także mówił o zawłaszczeniu patriotyzmu przez prawicę i konieczności odbicia jej go. Ale mówił bez tej ohydnej konfrontacyjności, nie przeciw komuś, lecz jak gdyby obok. Nie przeciwstawiał Okrzei Łupaszce ani Pileckiemu, ale dodawał kolejny okruch do historycznych puzzli. Jeśli Razem będzie się tego trzymać i nie da się zeżreć pustemu radykalizmowi – takiemu, jaki dziś zżera tych spod sztandarów KOD, GW i Krytyki Politycznej – mają szansę stworzyć nowy język, nie wrogi wobec prawicowego, ale komplementarny.

No i w tym momencie muszę przerwać, bo pani dentystka właśnie wytargała mi ząb z dziąsła. Nie stawiał oporu. Znieczulenie również się sprawiło. Wkłada wacik i każe przyciskać przez pół godziny. Czy mogę potem od razu jeść? Tak, ale radzi uważać z piciem, żeby skrzep się nie wypłukał. Następna wizyta w środę. Szósteczka. Niestety już bez ekstrakcji. Rety, na co ja się dałem namówić! A dziąsło rozorane. Broczy. Ale nie boli. Po zejściu znieczulenia też nie. Tak to się dziś załatwia.

Poprzednie