O pogardzie

W ostatnim kwietniowym „Do Rzeczy” Waldemar Łysiak celebruje swoje siedemdziesiąte czwarte urodziny. Z tej okazji „spowiada się” z uczuć, jakie w ciągu tych dekad nabył wobec świata. Dwa główne to: znudzenie karuzelą ciągłej powtarzalności zdarzeń międzyludzkich (i międzypaństwowych) oraz zgorzknienie odwieczną niereformowalnością ludzkiej natury. Zaraz jednak pociesza siebie i nas, że zgorzknienie owo odczuwało i wciąż odczuwa wielu. Choćby świętej pamięci Umberto Eco, który dowodził, że im człowiek starszy, tym większą pogardę żywi do reszty ludzkości, gdyż odkrywa, że otaczają nas sami łajdacy, zakute łby i psychole.

Dalej nasz antysalonowy lew i pogromca wszelkiego lewactwa wykazuje, że zgorzknienie w głównej mierze wynika z bezskuteczności moralizowania. Głos moralistów ginie bowiem na głuchej pustyni, o której pisał już Mateusz ewangelista i której dojmujące doświadczenie ma za sobą każdy człowiek pióra próbujący walczyć ze Złem. Nie złem w pospolitym ujęciu, ale właśnie Złem pisanym wielką literą – metafizycznym, immanentnie wplecionym w ludzki los. Rada na to wedle Łysiaka jest jedna – stwardnieć, wyhodować sobie pancerz wedle dewizy „co cię nie zabije, to cię wzmocni”. Inaczej jesteś zgubiony. Zeżre cię pesymizm i rozpacz.

Nie zaliczam się do admiratorów Łysiaka – nie dlatego, że go nie lubię, a po prostu z uwagi na zbyt słabą znajomość jego pisarstwa, co od dłuższego czasu obiecuję sobie naprawić – zatem nie orientuję się, od jak dawna te odczucia żywi, czy też może raczej kiedy je w pełni skrystalizował. Wiem natomiast, że czytając ów felieton, mocno się zaniepokoiłem. Jestem od Łysiaka młodszy o ponad trzydzieści pięć lat, dzieli nas całe pokolenie – istna przepaść emocji, przeżyć, o uposażeniu intelektualnym nawet nie wspominając – a mimo to w jego dywagacjach odnalazłem podejrzanie dużo z samego siebie. Albo więc najzwyczajniej się starzeję, albo zbyt intensywnie obcuję z rzeczywistością.

Na mój odbiór tego tekstu zapewne wpłynął także fakt, że czytałem go kilka dni po śmierci Alfiego Evansa. Ta śmierć – tragiczna, niepotrzebna – silnie mną wstrząsnęła. I to chyba o wiele mocniej, niż gotów byłem przyznać. Co więcej, dopiero kiedy się o niej dowiedziałem, zdałem sobie sprawę, jak bardzo trzymałem kciuki za tego biednego chłopca, jak strasznie pragnąłem, żeby mu się po prostu udało. Ze względu na niego samego i jego rodziców, ale i, nie ukrywajmy, na kontekst, w który mimowolnie został wrzucony.

Chciałem – ujmując nieco patetycznie – żeby przynajmniej tym razem Dobro zwyciężyło. By bezduszna, dekadencka logika zachodniej cywilizacji – uosobiona tu w facecie z kretyńską miną i w równie kretyńskiej peruce oraz tych wszystkich mądralach, którzy rozpisywali się w społecznościówkach o niezdolnym do śnienia i nieodróżniającym mamy od taty bezmózgu – udławiła się własną żółcią. Chciałem ożywić w sobie coraz słabszą nadzieję, że nawet na tym łez padole Zło nie ma ostatniego słowa. No cóż, nie wyszło. Jak zwykle.

Nie będę się tutaj przesadnie rozwodził o samym Alfiem i jego sprawie. Powiedziano na ten temat już praktycznie wszystko, z czym mógłbym się utożsamić. Kilka osób pisało – zresztą zapewne słusznie – że wraz z jego śmiercią walka się nie kończy, że na zawsze pozostanie symbolem oporu wobec nowożytnego, sterylnego, coraz szerzej akceptowalnego i niestety coraz bardziej legalnego barbarzyństwa, które stanowi miarę duchowego zgonu zachodniej kultury. Tylko dlaczego, do kurwy nędzy, musi być martwym symbolem? Dlaczego znów Zło pokazało nam środkowy palec? Nieomal słyszę jego triumfalny, podły rechot.

Znam kultowy tekst o ludziach dobrej woli, których to rzekomo jest więcej. Wiem, że zło jest krzykliwe i zwycięża tylko o tyle, o ile mu pozwolimy. Ostatnio nawet bardzo spodobało mi się stwierdzenie ks. Grzegorza Strzelczyka w rozmowie opublikowanej na portalu Więzi, że diabeł to bezgłowa kura, która bryka, bo jest świadoma, że ma mało czasu. Tylko dlaczego my jeszcze dolewamy mu paliwa? Przecież właśnie dzięki niemu tak bryka. I tak od wieków, od tysiącleci. Nic się nie zmieniło. No może poza metodami. Kiedyś chromych zrzucało się ze skał, dzisiaj czysty, pachnący markową wodą po goleniu „lekarz” z frazesami o godności na ustach odłącza aparaturę.

Karuzela powtarzalności zdarzeń? Odwieczna niereformowalność ludzkiej natury? Och tak, niewątpliwie. Niewątpliwie coś jest na rzeczy. I tu właśnie zaczyna się pogarda. Jeszcze nie doszedłem do punktu, w którym znajduje się nobliwy Łysiak. Czasem wydaje mi się, że już jestem blisko, że owa skorupa jakby zaczyna się stopniowo tworzyć, gęstnieć, lecz jest póki co zbyt świeża i zbyt łatwo można ją zniszczyć byle ciosem. Naprawdę dobrze wyhodować sobie taką skorupę. Myślę, że to doskonała ochrona nie tylko przed pesymizmem, ale także przed jadem pogardy.

Zastanawiam się, kiedy pierwszy raz ją w sobie poczułem. Zdaje mi się, że wbrew pozorom dość późno. Ja zresztą w ogóle wiele bolączek świata uwewnętrzniłem później niż inni. Nie to, żebym był jakimś przerośniętym, legitymującym się dowodem osobistym pięknoduchem w różowych okularach. Po prostu długo odmawiałem ostatecznego dopuszczenia myśli, że dziejące się na świecie zło to nie tąpnięcia czy odizolowane incydenty, a reguła definiująca skalę uniwersalnego skurwienia naszego gatunku. Kiedy któryś raz z kolei dostajesz w pysk brudną, cuchnącą szmatą, w końcu się połapujesz, że nie jest to działanie przypadkowe.

Dla mnie takim krytycznym momentem była krwawa łaźnia w szkole w Biesłanie. Potem już poszło taśmowo. A do tego na wszystkich frontach. Zupełnie jakby ktoś jednym brutalnym pociągnięciem zdarł mi z oczu zasłonę. Już nie mogłem nie widzieć, że moje niegdysiejsze autorytety to na ogół małostkowi debile, że nagrody, o których marzyłem, to nic innego jak targ próżności – na dodatek często podszytej polityką – i że ludzie generalnie żyją po to, by zasrywać życie innym – tak na poziomie indywidualnym, jak też zbiorowym, ze stosunkami międzynarodowymi na czele.

Poraża mnie totalny bezsens i absolutnie bezinteresowne okrucieństwo tego wszystkiego. Chce mi się rzygać, kiedy jeden kraj rozpętuje nagonkę przeciwko innemu, wykorzystując cynicznie swoją medialną i polityczną przewagę. Tak, mam na myśli Izrael i Polskę. Może już pani, droga pani ambasador, lamentować nad zagnieżdżonym w mojej duszy demonem antysemityzmu. Widziałem go dziś rano. Drapał się po jajach. Obezwładnia mnie bezdenna głupota polityków, którą ostatnio miałem możność nader dogłębnie spenetrować. I nawet w kulturze nie ma ucieczki. Nie ma, bo ją też obsiedli zasrywacze, a kolejni artyści skutecznie odstręczają mnie swą upublicznianą co i rusz durnotą od wszystkiego, co w nich ceniłem.

Tak, wiem, stare te jeremiady jak świat. Tylu już je przede mną wznosiło. Ale wciąż musimy je na nowo aktualizować w miarę jak rzeczywistość dostarcza nam świeżych dowodów, że ów świat to absurd. Pogarda bierze się właśnie z odkrycia tego absurdu, z niemocy wobec niego, z narastającej świadomości, iż nie jesteśmy w stanie go pokonać, a wszelkie wysiłki podejmowane w tym celu pozostaną na dłuższą metę daremne. Bo co z tego, że ugasimy jedno ognisko, skoro zaraz wybuchnie dziesięć bardziej zajadłych?

Lecz aż zbyt dobrze pojmuję, że pogarda to też pułapka. Być może kolejna zastawiona na nas przez Zło. W pogardzie kryje się bardzo przemyślnie zakamuflowane poczucie własnej wyższości względem burdelu, do którego chcemy się odwrócić plecami. Z kolei stanowiące produkt uboczny pogardy zgorzknienie to nic innego jak lajtowa wersja rozpaczy. Poza tym przyjmując tę optykę, musimy się liczyć również z możliwością, że być może ktoś pogardza nami, że też ma nas za głupca i siewcę Zła. Pogarda to zaklęty krąg – takie swoiste „locus terribilis”, w którym jesteśmy dręczeni, lecz sami także dręczymy. Siebie oraz pozostałych.

Łysiak oprócz zaopatrzenia się w skorupę zaleca też pokochanie samotności. Który to stan – jak prawił przytaczany przez niego Henryk Sienkiewicz – lubią tylko głupcy bądź mędrcy, no i ewentualnie jeszcze poeci. Choć też, jak wiemy, nie wszyscy. O zgodzie na samotność jako nieuchronny rezultat oporu stawianego uciskowi pisał też Albert Camus i wielu, wielu innych przed nim i po nim. Cóż, może to jest jakieś wyjście? Przynajmniej dla tych, którzy nie potrafią zatonąć w przywracającym rzeczom właściwe proporcje i uświęcającym kulawą materię Bogu.

Polecam również

2 thoughts on “O pogardzie

  1. Drogi Marcinie napisałeś świetny artykuł, z pasją, z “pazurem”. W nawiązaniu do felietonu W. Łysiaka w “Do Rzeczy”. W Łysiaka lubię i cenię od 1974 roku i jego : “Wysp zaczarowanych”. Jest trochę zarozumiały, ale to prawo twórcy, który wie , że pisze z sensem i pisze prawdę. Mam w domu 14 jego książek, a to coś dla mnie znaczy. Myślę,że Ty również piszesz z sensem i prawdę. To komplement. Uważam, że jedyną odpowiedzią na Zło tego świata jest właśnie JEZUS CHRYSTUS I JEGO BIBLIA. Pan Jezus powiedział jasno i wyraźnie : NIE LĘKAJCIE SIĘ JAM ZWYCIĘŻYŁ ŚWIAT. Innej ucieczki nie ma I NIE BĘDZIE.
    JEZUS CHRYSTUS ZWYCIĘŻYŁ I ŚMIERĆ I ZŁO. Ja w to wierzę na “stare lata”. Pozdrawiam L.P.

    1. Ja tez zaczynam w to wierzyć. Po prostu chyba nie ma innej drogi. Czysta logika to podpowiada. A co do Łysiaka – no faktycznie, to prawdziwy ryczący lew intelektu i tytan pracy, z którego można czerpać wzór. Myślę, że w tym roku przeczytam kilka jego książek. Również pozdrawiam.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.