O niefikcji

W trakcie dokonywania opisanej w poprzedniej notce rewolucji odkryłem coś smutnego. Kiedy sprawdzałem linki do moich książek, okazało się, że strona wydawnictwa AMEA przestała istnieć. Domena jest wystawiona na sprzedaż. A skoro nie ma strony, to i firma zapewne padła. Nie zdziwiło mnie to, bo jej właścicielka już od dawna pisała w sieci, że najprawdopodobniej wycofa się z interesu. Ale mimo wszystko… przykre. To dzięki AMEI po raz pierwszy poczułem się jak Pan Pisarz. To Beata Rudzińska we mnie uwierzyła, gdy ja sam traciłem już wiarę.

A było to tak. Gdzieś pod koniec lata 2010 roku wysłałem do AMEI zbiór moich opowiadań, bo w tak zwanej branży chodziły słuchy, że jako jedno z nielicznych wydawnictw przyjmuje krótkie formy od debiutantów. Beata bardzo szybko mi odpowiedziała – co samo w sobie stanowi ewenement – do tego własnymi słowami – co jest jeszcze bardziej niespotykane. Napisała, że niestety nie może wydać całej książki, ale chciałaby kupić – tak, kupić, ze trzy razy do tej linijki wracałem, żeby się upewnić – jeden z tekstów do antologii, którą właśnie przygotowuje. Antologia miała być poświęcona zagadnieniu starości, a utwór, który Beatę zainteresował, nosił tytuł „Wanna i mrok”.

Doskonale pamiętam okoliczności, w jakich powstał. Jego pierwszą wersję wystukałem za jednym przysiadem w pewne dżdżyste październikowe popołudnie dwutysięcznego roku. Była to opowieść o chłopcu, który panicznie boi się potwora zamieszkującego pod wanną. O swym prześladowcy może opowiedzieć jedynie dziadkowi. W finałowej scenie następuje konfrontacja, gdy dziadek bierze wyrywającego się berbecia na ręce, zanosi go do łazienki i pokazuje mu, że żadnych potworów nie ma.

Oczywiście to moja własna, przetworzona literacko i przefiltrowana przez moje ówczesne fascynacje Brunonem Schulzem historia. Kiedy byłem mały, naprawdę uroiłem sobie, że w naszej łazience gnieździ się utkany z mroku demon, a dziadek, którego bardzo kochałem, naprawdę pomógł mi ten lęk zwalczyć. Nie jestem do końca pewny tego brania na ręce, bo już wtedy byłem dość, powiedzmy, rozrośnięty jak na swój wiek, jednak rzeczywiście tak to zapamiętałem. Poza tym chciałem w tym opowiadaniu przekazać klimat otoczenia, w jakim żyłem. Plus jeszcze kilka refleksji o przemijaniu, pamięci i temu podobnych.

Kiedy odebrałem na poczcie egzemplarze autorskie, nie posiadałem się ze szczęścia. Nie mogło go nawet zakłócić moje imię błędnie wydrukowane na okładce. A i przelew na konto też, jak to się mawia, zrobił mi dzień. Choć przede wszystkim liczyło się, że przekroczyłem magiczny próg oddzielający autora aspirującego od wydanego. Publikacje w gazetach – a wtedy miałem już za sobą krótką acz burzliwą karierę dziennikarza w lokalnej prasie – nie były w stanie tego zastąpić. Nie była to jeszcze w pełni własna książka, jednak już krok ku niej.

Przypominając sobie to minionej jesieni, zdałem sobie sprawę, że fakt, iż zadebiutowałem akurat takim utworem, jest niezwykle znamienny. To właśnie jesienią ostatecznie podjąłem decyzję, że literacko chcę się skupić głównie na szeroko rozumianym nonfiction. Długo do tego wyboru dojrzewałem, zaliczając po drodze wiele skuch. A jednak rzeczywistość cały czas dawała mi dyskretne znaki. Nonfiction jakoś za mną chodziło. Nie tylko przez pracę w dziennikarstwie, ale i w pomysłach na teksty beletrystyczne, które zawsze, w taki czy inny sposób, miały u swych źródeł prawdziwe wydarzenia lub osoby. Różny był jedynie stopień ich przetworzenia.

Nigdy nie potrafiłem przekonująco zmyślać. Nie umiałem kreować bohaterów, którzy nie posiadali cech moich albo poznanych przeze mnie ludzi. Kiedyś uważałem to za poważny mankament i symptom niedostatku talentu. Później stopniowo zacząłem się z tym godzić. Oczywiście każdy twórca opiera się w jakiejś mierze na tym, co zna, ale niektórzy potrafią to ukrywać pod zobiektywizowaną narracją. Inni nie są w stanie wyłączyć subiektywizmu. Celnie wyraziła to Oriana Fallaci, wyznając, że wierzy jedynie w to, co widzi, czuje i czego doświadcza. Czy musi się to równać egoizmowi? Po jej przykładzie widać, że wcale nie.

I tu dochodzimy do sedna sprawy. Do tego, czym właściwie jest nonfiction. Do tego, jak to pojęcie należy pojmować i jak rozumiem je ja na mój własny użytek. Rzecz na pozór zdaje się prosta. Podstawowa definicja, na przykład ta zamieszczona w Wikipedii, mówi, że jest to taki rodzaj treści, w której zakłada się zbieżność przedstawionych zdarzeń z faktami – w przeciwieństwie do fikcji, gdzie taka współzależność nie musi zachodzić. A jeśli występuje, nie jest kluczowa dla odbioru. Kolejna kwestia to wchodzące w obręb nonfiction gatunki. W pierwszej kolejności będą to, rzecz jasna, wszelkie formy dziennikarskie: reportaż, wywiad, felieton etc. Ale nie tylko.

Do tej szufladki zalicza się przecież także m.in. prace naukowe i całe spektrum gatunków traktowanych jako tzw. literatura piękna: dzienniki, wspomnienia, autobiografie itp. Ale też na przykład coś, co powszechnie określa się jako „powieść dokumentalną”, która w sensie formalnym nie musi się różnić od beletrystyki. Klasyczny, wymieniany przez wielu badaczy jako prekursorski, przykład takiej powieści to „Z zimną krwią” Trumana Capote. Inne zaś to równie dobrze znane dzieła takich autorów jak Hunter Thompson czy Norman Mailer.

Lecz tu natrafiamy na zasadniczy problem. A mianowicie, czy etykietka „oparte na faktach” jest równoznaczna z „prawdziwe”. I bynajmniej nie mam na myśli sytuacji, kiedy, dajmy na to, historyk ogłasza książkę w przekonaniu, że wyczerpał temat, i nagle w jakiejś zatęchłej piwnicy ktoś odkopuje dowody wywracające całą dotychczasową wiedzę do góry nogami. Chodzi mi po prostu o kreację, która jest nieodzowna, gdy się pisze. Wiadomo, że Capote, tworząc „Z zimną krwią”, w co najmniej kilku miejscach, najdelikatniej ujmując, rozminął się z prawdą. Albo weźmy aferę z przedłużaniem traw przez Kapuścińskiego.

Albo bardziej współczesny przykład: Karl Ove Knausgard i jego święcący niedawno triumfy na listach bestsellerów autobiograficzny cykl „Moja walka”. Z jednej strony Norweg napytał sobie sporo biedy, bo niektórzy obsmarowani przez niego członkowie rodziny wytoczyli mu procesy, z drugiej jego iście proustowska dokładność w opisach pogody, tego, co jadł, czy muzyki, jakiej słuchał, gdy był nastolatkiem, każe powątpiewać, czy rzeczywiście wszystko tak precyzyjnie zapamiętał. Musiał sfabrykować choćby dialogi. I cóż mamy z takim fantem począć? Nonfiction czy jednak nie?

A ten stary mitoman Bukowski, co to przechwalał się, że w swych gawędach o przygodach abnegata Chinasky’ego wymyślił zaledwie trzy procent? Na moje oko jeszcze bardziej jest podejrzany niż Knausgard. Uwielbiam jego prozę, ale jakoś nie za bardzo mu w niektórych momentach wierzę. Choć jak najbardziej dopuszczam, że kręgosłup historii Chinasky’ego składa się z własnych przeżyć Bukowskiego, tyle że solidnie podkręconych dla uzyskania efektu. Zresztą podobnych przykładów jest o wiele więcej i nawet jeśli w przypadku prozy artystycznej ta kwestia nie odgrywa aż tak znaczącej roli, jak, powiedzmy, w reportażu, to istota problemu pozostaje.

Jeśli chcielibyśmy być konsekwentni i przykładać kryterium zgodności z faktami do każdej pracy szermującej w takim bądź innym zakresie etykietą „bez fikcji”, to doprawdy niewiele ich się ostoi. Na czele z tuzami reportażu takimi jak wspomniany powyżej Kapuściński. Nie mówiąc o przypadkach najzwyczajniej w świecie haniebnych jak laureat Pulitzera Walter Duranty, który jako moskiewski korespondent „New York Timesa” z pozycji „naocznego świadka” przekonywał zachodnią opinię publiczną, że Wielki Głód na Ukrainie jest niczym więcej jak wymysłem antysowieckiej propagandy.

I tak oto dochodzimy do mojej definicji nonfiction, która znawcom tematu zapewne się nie spodoba. Otóż dla mnie jest to po prostu literatura – głównie, bo inne media także można pod to podłączyć – której paliwem i pierwotnym impulsem jest rzeczywistość, a nie to, co autor sam sobie wyobraził. Kwestia konkretnych realizacji pozostaje drugorzędna, choć, ma się rozumieć, ów imperatyw poniekąd je narzuca. Taką twórczość chciałbym uprawiać.

Polecam również

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.