O co więc chodzi z tym zawłaszczaniem?

Jakub Majmurek, odnosząc się w swoim tekście na portalu „Krytyki Politycznej” do zajść na pogrzebie „Inki” i „Zagończyka”, ma rację w jednym: nie był to wypadek ani przypadek, lecz logiczna konsekwencja pewnego procesu. Pomijam fakt, iż co do samej przepychanki między działaczami KOD i narodowcami istnieje sporo niejasności. Zarówno większość świadków zdarzenia, jak i tych, którzy analizują dostępne w sieci materiały, mówi, że jeżeli KOD-owcy rzeczywiście zostali poturbowani, nie odbyło się to w bazylice mariackiej. A i to, że Radomir Szumełda ponoć już wcześniej miał na ręku opatrunek, też nie przysparza im wiarygodności.

Co do KOD-u raczej nie należy mieć złudzeń. Mogę uwierzyć w wiele rzeczy, ale nie w to, że Szumełda i Kijowski przyszli tam uczcić pamięć bohaterów antykomunistycznego podziemia. A jakkolwiek moja wyobraźnia wzbrania się przed scenariuszem, że pojawili się specjalnie po to, by wywołać burdę i następnie móc odgrywać męczenników faszystowskiego zamordyzmu, prowokacyjny charakter ich obecności jest dla mnie ewidentny. Inna sprawa, że dla młodych ONR-owców, którzy jakoby ich pobili, uczestnictwo w tej liturgii także było doświadczeniem bardziej tożsamościowym, formacyjnym, niż czysto funeralnym. Trudno czuć autentyczny żal po kimś, kto zginął siedemdziesiąt lat temu.

Bo też – nie oszukujmy się – taką rolę ten pogrzeb spełniał. Podobnie jak spełnia ją cały tzw. „kult wyklętych” i ogólnie patriotyczny sztafaż, który od kilkunastu lat rozwijał się oddolnie, a po październikowych wyborach zyskał dodatkowo legitymizację od państwa. Czy uważam to za coś złego? Bynajmniej. Podoba nam się to lub nie, każda wspólnota potrzebuje nie tylko cementujących ją opowieści, ale i – że tak to ujmę – oficjalnej mitologii. Tworzył ją „obóz III RP”, tworzy ją i dzisiejsza władza. A choć, jak już wiele razy podkreślałem, nie jestem fanem pompatycznych uroczystości, wolę mimo wszystko żyć w kraju, w którym duchowy azymut wyznacza Danuta Siedzikówna i Feliks Selmanowicz, niż w takim, gdzie z honorami chowa się Wojciecha Jaruzelskiego. To jest jakoś… hm… czystsze.

Ale wróćmy do kwestii zawłaszczania. Przyznam, że gdy słyszę to słowo, odczuwam taki sam dyskomfort jak przy wszystkich innych wałkowanych do znudzenia chwytach z repozytorium lewicy i jej sympatyków. Mam już na nie alergię. Zawsze kiedy ktoś „od nich” formułuje tego rodzaju zarzut – a teraz powtarza się on właśnie w kontekście patriotyzmu, tradycji, pamięci itp. – rodzi się we mnie mimowolna refleksja, że jest on podszyty sporą dawką dwulicowości. Bo tak naprawdę sami by chętnie co nieco zawłaszczyli, tyle że niezbyt im się udaje.

Sęk jednak w tym, że „prawica” – w cudzysłowach, ponieważ owo pojęcie służy dziś ludziom skupionym pod sztandarami KOD, GW, LGBT, TVN etc. bardziej jako obelga w stosunku do tych, których nie lubią, niż jako opis realnego bytu – niczego nie zawłaszczyła. Powiedzieć, iż wzięła to, co i tak leżało odłogiem, też chyba nie do końca oddaje rzeczywistość. Ona dyskurs ten – idąc za Majmurkiem, czy może raczej za cytowanym przez niego Ericem Hobsbawmem – wynalazła, skonstruowała, wymyśliła właściwie od podszewki. Sedno wszelako nie tkwi w tym „sfabrykowaniu” – przecież każda tradycja musi być jakoś tam uszyta, zrobiona, zebrana z okruchów i ujęta w język – lecz w tym, że akurat ta wyjątkowo dobrze się zakorzeniła. I to, jak przypuszczam, najbardziej spędza sen z powiek liberalnym i lewicowym intelektualistom.

Często powtarzany przez nich argument, że jest to uleganie populistom lub szukanie prostych odpowiedzi na skomplikowane pytania, wydaje mi się mocno nietrafiony. Głównie dlatego, iż oni też w gruncie rzeczy nie oferują nic poza zgrabnie upakowanymi pakietami uśrednionych i demagogicznych rozwiązań, pretendujących do miana uniwersalnych recept. Podejrzewam, że zarówno w zachodniej Europie, gdzie nikt już nie kwestionuje coraz silniejszego zwrotu w prawo, jak też u nas, gdzie tradycjonalizm zawsze stanowił immanentny składnik tożsamości, właśnie spektakularny krach tych recept doprowadził do kulturowego odbicia w przeciwnym kierunku.

W Polsce należy dodać swoistą pedagogikę, która przez ostatnie ćwierćwiecze nie szczędziła wysiłków, żeby za wszelką cenę ów tradycjonalizm znieść i wprowadzić na jego miejsce inną aksjologię, nie bacząc, czy „ciemny lud” i „katolicki zaścianek” w ogóle tego chce. Nie dość, że przez cały PRL funkcjonowaliśmy w historycznej schizofrenii, rozdarci między „oficjalną” wersją, a przechowywaną potajemnie pamięcią – choćby o Katyniu – to jeszcze gdy podobno odzyskaliśmy niepodległość i w zasadzie można było oczekiwać, że ta pamięć w końcu dozna konsekracji, okazało się, że jest… kontrowersyjna.

Bo Żydów być może i ukrywaliśmy, ale też ich zabijaliśmy, i właściwie bardziej wypadałoby przepraszać, niż puchnąć z dumy. Bo AK niby już okej, ale tak jakby nie do końca. Zaborcy byli źli, ale może w sumie lepiej się pod nimi żyło. Niby nie ma już terroru jedynie słusznej wersji, a jednak nadal jakby trochę jest. Do więzienia już nikt cię nie zamknie, ale może na przykład ośmieszyć, nazwać oszołomem lub antysemitą. A jakby i tego nie dość, wczorajsi śmiertelni wrogowie dziś wspólnie biesiadują w Magdalence. A ty nie możesz skrytykować. To znaczy… możesz, przecież nominalnie panuje wolność wypowiedzi, jednak ryzykujesz, że zostaniesz uznany za niewdzięcznika, który gardzi zdobyczami III RP.

Mija rok, dwa, dziesięć lat. Patrzysz jak dajmy na to Zygmunt Bauman, o którym wiesz, że po wojnie należał do KBW, jest wyświęcany na autorytet. A ty nadal nie możesz nic powiedzieć, zapytać go o to, bo zostałoby to natychmiast potępione. Albo na przykład piszesz magisterkę o agenturalnej przeszłości Wałęsy i zamiast uznania, ściągasz na swoją uczelnię operetkową komisję, a potem i tak lądujesz na posadzie magazyniera. Co robisz? Radykalizujesz się. Tak trudno to pojąć?

Jeśli więc dziś tzw. „salonowe” elity utyskują, że „prawica zawłaszcza historię”, to można na to odpowiedzieć tylko jedno: kto sieje wiatr, ten zbiera burze, a kto hoduje potwora, ten ginie z jego ręki. Można oczywiście przedstawiać historię z różnych punktów widzenia – ba, nawet się powinno – tylko że u nas pod pozorem tej różnorodności spojrzeń przepychano nieomalże kolanem własną wersję. Usiłowano wychować społeczeństwo według pewnego widzimisię. I zgoda, że ta umowna „prawica” robi dziś mniej więcej to samo, ale przy tym robi to bardziej otwarcie, bazując na tradycji, z której przecież sama się wywodzi, a nie ją w czambuł negując.

I tu też poniekąd kryje się odpowiedź na pytanie o genezę „kibolskiego patriotyzmu”. Bo jeśli przez tyle lat był nad nami rozciągany ideologiczny klosz, zaś wszelkie próby dyskusji o tym, co jego strażnicy uważali za niedopuszczalne lub niegodziwe, były tłamszone w zarodku, nie ma się co dziwić, że ten wrzód w końcu pękł. Nie usprawiedliwiam buczenia na Powązkach, gwizdów na wykładzie Baumana, palenia wozów transmisyjnych „wrogich” mediów ani poszturchiwań (o ile w ogóle miały miejsce) ludzi z KOD, lecz nie zamierzam zamykać oczu na mechanizm, który u podłoża tych zachowań stoi. Znamienne, że kiedy raz usiłowałem go wytłumaczyć znanemu dziennikarzowi, kojarzonemu dziś z „obrońcami demokracji”, nie dał mi nawet skończyć zdania.

Tomasz Lis – nie, nie o niego chodziło – ponoć w najnowszym „Newsweeku” roni krokodyle łzy, że III RP dbając o nasze portfele (?), zapomniała o duszy i przez to cały ten radykalizm i PiS u władzy. Nie ma racji. Zabiegi, by duszę tę ukształtować, były – i to wcale intensywne – ale zostały odrzucone. Szkoda więc, że w drużynie, w której Lis gra, nie widać choćby cienia refleksji dlaczego. Czyżby obawa, że chcąc być uczciwymi, musieliby też spojrzeć w lustro? Łatwiej ciskać oskarżenia o zawłaszczanie.

Poprzednie