O co chodzi z tą jednolitą ceną książki?

Od razu się przyznam, że ten tekst dyktuje mi wkurzenie. Po prostu nie lubię, kiedy nagle muszę zmieniać plan, a już zwłaszcza, gdy jest na to wyjątkowo mało czasu. Jak być może niektórzy z Szanownych Czytelników wiedzą, od kilku tygodni współpracuję z Polskim Radiem 24, gdzie robię codzienne przeglądy internetu. Otwierającym tematem wczorajszego (dziś jest środa, co zastrzegam, bo nie wiem, czy uda mi się skończyć za jednym posiadem) miała być tzw. ustawa o jednolitej cenie książki, którą zainteresowana sprawą część sieci żyje od paru dni. Pojawiło się kilka głosów, chciałem więc je zaprezentować.

Niestety w ostatniej chwili musiałem cały wątek, kolokwialnie mówiąc, wywalić w kosmos. Dlaczego? Bo tuż przed tym, jak miałem iść do studia, na jednym z portali pojawił się materiał, który całe (również moje) wkurzenie na rząd za to, że ulega lobby dużych graczy i wprowadza księgarski socjalizm, nie tyle nawet unieważnił, co po prostu wziął w nawias. Mogłem udać, że go nie zauważyłem, i po prostu wykonać robotę w pierwotnym kształcie, ale z drugiej strony… Dobra, pomińmy napuszone slogany o uczciwości i etyce. Tak czy siak musiałem szyć, w związku z czym przegląd wyszedł gorzej, niż mógł. Ale obiecałem sobie do tematu wrócić.

Zreferujmy więc od początku. Najbardziej prawdopodobnym źródłem całej burzy był artykuł Piotra Mazurkiewicza „Ruszają prace nad jednolitą ceną książki”, który ukazał się 5 marca na portalu „Rzepy”. Informował, że resort kultury „daje dwa tygodnie na przekazanie uwag do projektu ustawy, która ma zmienić układ sił na rynku książki i powstrzymać spadek liczby księgarń”. Projekt ów – jak dalej czytamy – przygotowała Polska Izba Książki, a ministerstwo prof. Glińskiego „oficjalnie go poparło”. Jego głównym celem ma być zamrożenie na rok od rynkowego debiutu cen książek, aby umożliwić małym księgarniom konkurowanie o klientów z dużymi sieciami czy sklepami internetowymi. Czyli w sumie bardzo zacnie, prawda?

A przynajmniej w teorii, gdyż w praktyce – jak wykazuje Mazurkiewicz – niekoniecznie. Wejście takiego prawa spowoduje wzrost i tak już wysokich cen, a w dalszej perspektywie – kurczenie się rynku, które i bez tego cały czas trwa. Mazurkiewicz przytacza dane, z których wynika, iż w ciągu pięciu lat od roku 2010 zmalał o blisko miliard złotych. Efekt jest łatwy do przewidzenia: spadają obroty, a wraz z nimi – dystrybucja. „W rok z rynku zniknęło ponad 500 księgarń” – konkluduje autor.

No i potoczyła się lawina. Newsa powieliło kilka portali. Rozszedł się również po mediach społecznościowych. Do zmasowanej krytyki ruszyli ci sami co zawsze, ale ich pomijam, bo stężenie antypisowskiej paranoi w płynach mózgowych już dawno zaciemniło im racjonalną ocenę czegokolwiek związanego z Kaczyńskim i jego ludźmi. Pojawiło się jednak też kilka głosów naprawdę w mojej ocenie merytorycznych, jak choćby tekst Piotra Sommera na Wolność 24, w którym rozpatruje on kwestię z punktu widzenia wydawcy i pokazuje, o ile rzeczywiście mogłyby wzrosnąć ceny książek. Prawdę mówiąc, to on bezpośrednio mnie zainspirował do zajęcia się tym tematem w przeglądzie.

Sommer w pewnym sensie powtarza tam to, co pisał Mazurkiewicz, a co w kontekście takich posunięć jak proponowane przez PIK wydaje się logiczne – istotnie mogłyby one oznaczać triumf monopolistów kosztem małych podmiotów. Jak to mówią: duży się wyżywi. Nawet na skarlałym rynku. Nawet w kraju z tak dramatycznymi statystykami czytelnictwa znajdzie się ktoś, kto książkę zechce kupić, a wobec braku alternatywy uderzy do wiadomych miejsc.

Liczne padające z tzw. strony wolnościowej opinie, że to jest gorsze niż socjalizm, że takie kwestie powinien regulować rynek, a nie państwo, nie są, same z siebie, pozbawione racji. Nie jestem ani dogmatycznym socjalistą, ani – tym bardziej – zatwardziałym kapitalistą, ale wystarczająco długo obserwuję już rządy PiS, by nie uznawać za przesadzone obaw o jego – że tak to eufemistycznie ujmę – niezdrowe ciągotki do ręcznego sterowania gospodarką. W końcu pieniądze na 500 + i inne planowane plusy nie biorą się z powietrza. Na ekonomii może się i nie znam, ale gdy o nich czytam, trudno mi pozbyć się uczucia, że stojące u ich podłoża założenia wcale nie są aż tak dalekie od… kreatywnej księgowości. I troszkę się, przyznam, boję.

Roztaczana przez Sommera wizja policji biegającej za księgarzami niczym za babciami z pietruszką zdaje się dość literacka, ale z drugiej strony… Zastrzeżenia dodatkowo budzi fakt, że w kilku krajach, w których podobne regulacje obowiązywały, rysowany przez Sommera i Mazurkiewicza scenariusz niejako się potwierdził. Wymieńmy Izrael, który zrezygnował z nich po zaledwie roku, czy Wielką Brytanię.

I byłoby przecudnie, gdyby nie ta wredna Fundacja Republikańska. Dopuściła się ona rzeczy zaiste karygodnej: sprawdziła u źródła. Śledztwo ujawniło, że wicepremier Gliński faktycznie spotkał się z autorami projektu ustawy i środowiskiem wydawniczo-księgarskim. Potwierdził również potrzebę dalszych pilnych prac nad projektem oraz poprosił o przekazanie uwag. Tyle że „nie ma mowy o przyjęciu rozwiązań z PIK jako własnych”. Ustawa nie jest nawet wymieniona w wykazie prac legislacyjnych resortu na jego stronie internetowej. „Wszystko wskazuje więc na to – podsumowuje fundacja na swoim fb – że afera wokół jednolitej ceny książki oparta jest o manipulację i/lub celową dezinformację.”

I chyba ciężko się nie zgodzić, że ktoś tu nagina rzeczywistość. Zoologiczni antagoniści PiS mogą zawsze powiedzieć, że komunikaty MKiDN zostały sfałszowane dla odwrócenia uwagi od prawdziwych zamierzeń. Mogą uznać, że Fundacja Republikańska jest w cichej zmowie z Kaczyńskim, zaś próby uwiarygodniania się choćby przez jej wcześniejszy protest przeciwko „aptece dla aptekarza” to nic innego jak propagandowa dywersja. Obserwując dynamikę fobii nakręcających się (nakręcanych?) w obozie anty-PiS, wcale bym się nie zdziwił.

I nie byłoby to może aż tak niepokojące, gdyby nie fakt, że ta książkowa afera wpisuje się w szerszy ciąg wrzutek, z jakimi mieliśmy ostatnio do czynienia. Była wiewiórka – rzekoma ofiara pisowskiej brutalności wobec drzew – która zanim okazała się blagą, nakręciła sporą histerię. Były wreszcie słynne nieistniejące słowa Marine Le Pen o współpracy z Kaczyńskim w demontażu UE, które pomimo zdementowania nawet przez Front Narodowy funkcjonują w memach na zasadzie, że dobra, może dokładnie tak powiedzieć to ona nie powiedziała, sorry, pomyliliśmy się, no ale wicie-rozumicie, ten tego, przecież to Kaczyński.

Nie chcę uderzać w tony spiskowe i sugerować, że mamy do czynienia ze skoordynowaną operacją dezinformacyjną. Niemniej zgęszczenie tego rodzaju wydarzeń musi wywoływać wątpliwości.

Fot: Pixabay


Drogi odbiorco – nie chcę się napraszać, ale jeśli materiał Ci się spodobał, byłoby mi niezmiernie miło, gdybyś polecił go swoim znajomym. Ciebie nic to nie kosztuje, a mnie pomaga dotrzeć do nowych odbiorców – takich jak Ty. Z góry wielkie dzięki.

 

Polecam również