Nowy początek

Nie chciałbym popadać tu w jakieś nadmiernie patetyczne tony, lecz odkrycie śladów materii organicznej na Marsie to prawdopodobnie jedna z ważniejszych informacji tego roku. A może i nie tylko tego. Zdaniem naukowców z NASA to niezbity dowód na możliwość istnienia tam życia – w każdym razie w odległej przeszłości. To, co łazik Curiosity znalazł w marsjańskich skałach, przebija wszystko, czym dotychczas zajmowały się superkomputery zaprojektowane do wykazania, że agent Fox Mulder mógł mieć rację.

Mnie te doniesienia przypomniały o filmie „Nowy początek” sprzed dwóch lat. Nie jestem co prawda zagorzałym fanem ani koneserem kina science fiction, ale zetknąwszy się z opiniami, że to najinteligentniejsze dokonanie tego gatunku od dawna, nie mogłem tego nie sprawdzić. Poza tym intrygujący wydał mi się temat kontaktu z pozaziemską cywilizacją. Mam do niego pewną słabość. I to zarówno w ujęciu metaforycznym – jako pretekst do powiedzenia czegoś ważnego o samych ludziach – jak również najzupełniej dosłownym – jako realna możliwość, która może kiedyś nam się przydarzyć.

Nie, nie chodzi o to, że zajmuję się tropieniem Ufo albo że z błyskiem obłędnej fascynacji w oczach spędzam godziny na forach o teoriach spiskowych dotyczących Roswell i Strefy 51. Po prostu ewentualność zetknięcia się ludzi z innymi rozumnymi istotami, odkrycia, że być może nie jesteśmy jedyni w ogromie wszechświata, wreszcie konsekwencji owego faktu – kulturowych, filozoficznych, religijnych – zdaje mi się niezwykle intelektualnie stymulująca. Zwłaszcza że ostatnio to zagadnienie przeżywa jakiś osobliwy renesans. A poza tym, nawet pomijając kosmitów, kwestia konfrontacji z odmiennością oraz przymusu zajęcia wobec niej stanowiska to immanentny składnik ducha naszej epoki.

Z tego, co wiem, w najbardziej mainstreamowym kinie sf ostatnich kilku dekad mieliśmy, w najlepszym wypadku, obcych zachowujących się i wyglądających jak potwory Ridleya Scotta lub Johna Carpentera, zaś w najbardziej lajtowym, familijnym, spielbergowskie gąsienicowate E.T., które chciało zadzwonić do domu. Ja może bym tu jeszcze dorzucił obcych w konwencji quasi-egipskiej z „Gwiezdnych wrót” i nieudany eksperyment z ekranizacją „Solaris” Lema. Nieudany, bo całkowicie mordujący główne idee tej naprawdę genialnej powieści.

Lema warto tu przywołać z jeszcze innego powodu. W końcu nie kto inny jak on dworował z typowo amerykańskiego przedstawiania kosmitów, którzy albo koniecznie muszą mówić po angielsku albo ten język rozumieć. I to on właśnie w takich dziełach jak „Solaris” czy „Głos Pana” przełamywał ów antropocentryczny schemat, pokazując, że inność może być naprawdę inna do tego stopnia, iż możemy w ogóle nie być w stanie wejść z nią w jakikolwiek dialog. I z tą refleksją pozostał chyba mimo wszystko w zdecydowanej mniejszości.

Bo trzeba jednak powiedzieć, że „Nowy początek” nie jest, przynajmniej pod tym względem, aż tak bardzo przełomowy. W tej historii mimo wszystko do kontaktu dochodzi, następuje porozumienie, a nawet poznajemy zamiary kosmitów. Wyjątkowość zasadza się tu raczej na tym, że w przeciwieństwie do większości tego rodzaju fabuł nie mamy do czynienia ani z próbą inwazji, ani z żadnymi zabiegami przybyszów mającymi na celu nas cywilizować. Choć w tym punkcie chyba bym się zawahał. Tylko że nie jest to taka misja humanitarna jak choćby w „Dniu, w którym zatrzymała się ziemia”. Ani też tym bardziej pseudohumanitarna, kryjąca zamiar podboju, jak w słynnym u nas w latach dziewięćdziesiątych serialu „Ziemia: ostatnie starcie”.

Wydarzenia obserwujemy z perspektywy Louise Banks, językoznawczyni z uniwersytetu w Berkeley. Miała ona już wcześniej epizod współpracy z amerykańskim rządem, więc kiedy w dwunastu miejscach na ziemi nagle pojawiają się dziwne obiekty, wyglądające bardziej jak oszlifowane głazy gigantycznych rozmiarów niż jak klasyczne statki, zostaje poproszona o pomoc w skomunikowaniu się z ich załogami. Dołącza do ekipy w zaimprowizowanej wokół jednego z takich obiektów bazie wojskowej w stanie Montana. Ma rozpracować ich język i dowiedzieć się, po co przylecieli.

Mimo iż żołnierze i naukowcy wchodzili już wcześniej na pokład, próby kontaktu spaliły na panewce. Pokład to zbyt szumnie powiedziane – raczej przypominający jaskinię przedsionek, w którego głębi kryje się osłonięte grubą półprzejrzystą taflą pomieszczenie, natomiast w nim – podobne do ogromnych głowonogów stwory. Obcy nie atakują ludzi, ale też nie wykonują w ich stronę żadnych przyjaznych gestów. Są zupełnie obojętni. Sprawiają wrażenie, jakby na coś czekali. Czyżby na kogoś takiego jak Louise? Tymczasem, co zrozumiałe, ich przybycie (oryginalny tytuł „Arrival”) wywołuje na świecie chaos.

To wszystko wygląda jednak zaledwie na tło, na którym rozgrywają się wewnętrzne zmagania głównej bohaterki całkowicie, zdawałoby się, niezwiązane z obecną sytuacją. Nawiedzają ją dramatyczne wspomnienia zmarłej córeczki i małżeństwa, które rozpadło się, kiedy to na jaw wyszła jej nieuleczalna choroba. Ma to zresztą bardzo ciekawe formalne konsekwencje dla samego filmu. Narracja sprawia wrażenie chłodnej, zdystansowanej, wyciszonej, jak gdyby odzwierciedlającej psychikę introwertycznej Louise. Kosmici, obserwowane na ekranach zamieszki, a nawet groźba globalnego konfliktu, gdy Chiny i Rosja zrywają łączność z resztą państw i decydują się zniszczyć swoich „gości” – wszystko to jest jakby przesunięte na drugi plan.

Oczywiście głównym tematem filmu jest komunikacja, co rozwinę za chwilę, jednak samo w sobie brzmi to dość abstrakcyjnie. Wyposażenie bohaterów w przeżycia wewnętrzne, w jakieś traumy, uczucia, uczłowiecza tę opowieść. Na końcu okazuje się, że nawet chiński generał ma serce, a głęboko w nim skrywa rany po utracie żony, dzięki czemu, nawiasem mówiąc, udaje się powstrzymać odpalenie rakiet. Początkowo miałem twórcom ciut za złe, że na siłę pakują do historii ten sentymentalny farsz, by uczynić ją bardziej strawną dla przeciętnego widza, ale trzeba im oddać sprawiedliwość, że dobrze z tego wybrnęli.

Bo oto odkrywamy, że wspomnienia Louise to tak naprawdę wizje przyszłości, która dopiero ją czeka. To zaś ma bezpośredni związek z samymi obcymi, którzy, gdy udaje się opracować system porozumiewania, przekazują jej koncepcję nielinearnej percepcji czasu i wyjawiają, że są tu, ponieważ za trzy tysiące lat będą potrzebować pomocy ludzkości. Domyślamy się więc, że prawdziwym celem misji jest niejako prewencyjne podrasowanie naszej cywilizacji, żeby mogła stanąć na wysokości zadania, gdy nadejdzie właściwy czas. Obcy zresztą przekazują stosowną wiedzę techniczną.

Ale, tak jak już napisałem, jest to przede wszystkim film o języku, czy może raczej o tym, że wszelkie zło bierze się z nieporozumień i niewłaściwego definiowania rzeczywistości. Wszak to język, a wraz z nim zaimplementowane w naszej świadomości wzorce postrzegania, każe w obcych widzieć przede wszystkim wrogów. To militarystyczna retoryka sprawia, że świat jest na krawędzi wojny atomowej, a niechęć do jej przezwyciężenia czyni zarówno jednostki, jak i całe kraje wraz z ich przywódcami więźniami stereotypów i uprzedzeń. A skoro nie potrafimy zbudować wspólnej płaszczyzny nawet między sobą, skoro sami dla siebie jesteśmy obcy, to cóż dopiero mówić o otwarciu się na coś tak nam dalekiego jak tajemniczy przybysze.

Jest w filmie pewna nader charakterystyczna scena. Po kolejnej nieudanej próbie nawiązania kontaktu, pisaniu na tabliczkach słów oznaczających „człowieka” oraz imion i wyciąganiu rąk ku barierze ochronnej, Louise nagle zaczyna zdejmować skafander. Przerażonym, chcącym ją powstrzymać wojskowym tłumaczy, że przybysze powinni ją zobaczyć – ją, nie kombinezon, który w ten sposób urasta do rangi metafory języka, który nas odgradza. Louise w ten sposób mówi nam, że niekiedy aby osiągnąć porozumienie, trzeba wyjść poza siebie, zrzucić pancerz konwenansów. Później w dokładnie ten sam sposób ratuje świat.

Naiwny pacyfizm? Trochę tak, trochę nie. Bo aby zbudowanie mostu ponad podziałami było możliwe, potrzebna jest dobra wola wszystkich stron. Gdyby kosmici rzeczywiście przybyli z zamiarem kolonizacji czy wytrzebienia ludzi, to choćby Louise rozebrała się do naga, choćby ptak w klatce, którego za każdym razem przynoszono i stawiano przed rozmównicą, śpiewał najpiękniejsze trele, nie mieliby skrupułów. Gdyby generał Shang okazał się twardogłowym trepem, za jakiego próbował uchodzić, a nie wdowcem wciąż kochającym swoją zmarłą żonę, nacisnąłby guzik bez względu na to, co usłyszałby od Louise.

Może więc nie tyle pacyfizm, co raczej idealizm zakładający, że każdy w gruncie rzeczy jest dobry, tylko trzeba to dobro z niego wyłuskać. Co oczywiście ponownie odsyła nas do kwestii języka. A też każe mieć nadzieję, że gdy oni faktycznie przylecą, będą pokojowo nastawieni. A jeśli nawet nie, to nie okażą się niewolnikami własnych przekonań i znajdzie się ktoś – u nas lub u nich – kto zechce wykonać wysiłek nawiązania komunikacji.

Polecam również

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.