Nowy Jork, Wielkanoc 1956

Natknąłem się na to zdjęcie przypadkiem, przeglądając w Wielki Piątek wielkanocnego Twittera. Wrzucił je jeden z chyba popularniejszych konserwatywno-patriotycznych profili. Wyróżniało się w gąszczu mniej lub bardziej poprzerabianych kadrów z „Pasji” – tudzież zgranych z niej gifów – kurczaczków, jajeczek oraz jakże charakterystycznego dla naszej skrajnie spolaryzowanej epoki hejtu… zarówno przeciwników Wielkanocy, jak i, niestety, jej zaciekłych zwolenników. Nawiasem mówiąc, straszne, jak wszystko u nas coraz bardziej idzie na ostrze noża.

Było tyleż wymowne – trzy ogromne krzyże z okiennych świateł raczej nie pozostawiały zbyt szerokiego marginesu interpretacji – co wspaniale nieoczywiste, wręcz symboliczne – miasto, drapacze chmur, duchowa pustynia, na której zjawia się Bóg. Nie wspominając już o tym, że po prostu jestem pies na wszystko, co retro. Musiałem zawiesić oko. Tweet, do którego zdjęcie było dołączone, informował, że zrobiono je w Nowym Jorku w Wielkanoc 1956 roku. Gdzieś w podtekście oczywiście sugestia, że dziś takie bezprecedensowe wkroczenie chrześcijaństwa w przestrzeń publiczną nie byłoby możliwe. Bo muzułmanie, bo geje, bo ateiści, bo neutralność światopoglądowa itp.

A ja? No cóż, ja nie byłbym sobą, gdybym nie poniuchał, co się za tym kryje. Żałowałem, że nie natknąłem się na tę fotkę wcześniej – byłaby niezła historyjka na Wielkanoc, taka z tych, co to można jej reklamę na fejsie wykupić – ale ponoć nigdy nie jest za późno, więc odpaliłem wujaszka G i ruszyłem.

Przede wszystkim udało mi się potwierdzić, że zdjęcie jest autentyczne. Nie wiadomo, kiedy dokładnie powstało, ale ponieważ po raz pierwszy drukiem ukazało się 31 marca w „Oxnard Press-Courier”, prawdopodobnie musiał to być któryś z dni Wielkiego Tygodnia. Wielkanoc w ’56 wypadała w takim samym terminie jak teraz. Do tego trzeba uwzględnić ówczesną technologię wydawniczą. Na lewo od zdjęcia umieszczono rozkład wszystkich odbywających się w Oxnard uroczystości religijnych z podaniem godzin i miejsc.

Tytułem przypisu: Oxnard to – jak podaje niezastąpiona Wikipedia – miasto w Kalifornii, położone na zachód od Los Angeles.

A wracając do zdjęcia. Enigmatyczny gazetowy opis mówi, że świetlna ekspozycja, której celem było uczczenie zmartwychwstania Chrystusa, odbyła się w finansowym centrum Manhattanu. Każdy z krzyży miał po sto pięćdziesiąt stóp wysokości, co w przeliczeniu na europejskie miary daje nieco ponad czterdzieści pięć metrów. Budynki, które użyczyły swoich okien, to: City Services Co., City Bank Farmers Trust Co. i Fourty Wall Street Corp. Ujęcie zaś wykonano z dachu jednego z gmachów użyteczności publicznej. W oryginale występuje przymiotnik „municipal”, co oznacza „komunalny” lub „miejski”.

Zdjęcie podobno co jakiś czas powraca – głównie w amerykańskim internecie – jako wiral wielkanocny i zwykle towarzyszą mu nostalgiczne westchnienia, że dziś coś takiego nie byłoby możliwe. Na jednym z portali skupiających fanów Donalda Trumpa znalazłem jakże charakterystyczne stwierdzenie, że stanowi ono metaforę moralnego upadku dzisiejszej Ameryki. „Takie rzeczy robiło się w starych dobrych czasach. Co się stało z naszą kulturą? Czy już na zawsze pochłonął ją ściek?” – ubolewała jedna z internautek.

Tu, tytułem dygresji, dodam, że kiedy po raz pierwszy zobaczyłem to zdjęcie, w sąsiednim oknie przeglądarki miałem akurat otwarty artykuł o tym, że w kanadyjskich urzędach zaleca się rezygnację z nacechowanych wartościująco określeń typu „mama” i „tata” na rzecz bardziej inkluzywnego „rodzica”.

Z tą niemożliwością – jak uświadamia jeden z amerykańskich blogerów – to nie do końca tak. I podaje przykład Oklahomy, gdzie w 2010 roku odbyła się bardzo podobna wystawa. Również Empire State Building podtrzymuje tradycję – a przynajmniej robił to w 2015 roku, bo z wtedy pochodzi notatka – do tego w duchu bardzo daleko posuniętego ekumenizmu. Nie mówiąc o Chicago Daily Plaza, gdzie od 1984 roku wystawiana jest doroczna szopka bożonarodzeniowa.

Nie będę się tutaj wysilał na żadną błyskotliwą puentę. To prawda, że jeden obraz czasem przekazuje więcej, niż tysiąc słów. Ale prawdą jest też, że często mówi nam dokładnie to, co pragniemy usłyszeć. A stare dobre czasy? Nie ma chyba bardziej podstępnej kategorii.

Pod tym względem Polska i USA, jak widać, niczym się od siebie nie różnią.

Polecam również

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.