Nowe lęki, stare Archiwum

Okej, skoro już weszliśmy w temat seriali, pozostańmy jeszcze trochę w tej orbicie. A w tym przypadku słowo „orbita” chyba wyjątkowo pasuje. Nie wspominając już, że powinienem był ten wpis przygotować na przykład na 2 lipca, czyli na 69 rocznicę domniemanej katastrofy pozaziemskiego statku pod Roswell. Byłoby cholernie zabawnie. Zwłaszcza że po latach posuchy w ufologicznym interesie znowu panuje ożywienie – Hilary Clinton zarzeka się, że jeśli zostanie wybrana na prezydenta, to ujawni prawdę o UFO, a przewodniczący Komisji Europejskiej ponoć ubolewa, że losem Europy zaniepokojeni są przywódcy innych planet.

Żarty żartami, ale tak zupełnie serio – ja wierzę w istnienie rozumnych istot w kosmosie. Przemawia za tym rachunek prawdopodobieństwa oraz banalny fakt, że ja te słowa piszę, a wy je czytacie. A jeśli gdzieś w ogonie jednej z przypadkowych galaktyk w przypadkowym zakątku wszechświata powstały warunki umożliwiające rozwinięcie się życiu, nic nie stoi na przeszkodzie, by takie samo zjawisko powtórzyło się gdzie indziej. Być może nawet w wielu miejscach. To, czy przedstawiciele tych gatunków faktycznie nas odwiedzili – a może wciąż to robią – stanowi osobną kwestię. Jestem jak najdalszy od wyśmiewania się z ludzi, którzy te sprawy badają.

„Archiwum X” miało niewątpliwie kolosalne zasługi w rozpropagowaniu tego zagadnienia. W Polsce lat dziewięćdziesiątych trafiło pod tym względem na podatny grunt, bo panował wówczas istny boom na zjawiska nadprzyrodzone. Było sporo poświęconych im programów telewizyjnych – choćby kultowa „Strefa 11” – wychodziło kilka czasopism i trochę książek. Były także seriale – m.in. świetna „Ziemia: ostatnie starcie” – jednak żaden z nich nie zdołał pobić „Archiwum X”.

zfiles1

Nie pamiętam, jak i kiedy zacząłem go oglądać. Pamiętam natomiast, że dość szybko zaczęły mnie nużyć odcinki z potworami tygodnia i czekałem głównie na te mitologiczne, w których Mulder i Scully tropili rządowy spisek z pozaziemskimi cywilizacjami w tle. Nie żebym był jakimś czcicielem tworu Chrisa Cartera – chociaż miałem na studiach koleżankę, która była jego istną fanatyczką – ale sam pomysł, że świat może wyglądać nie do końca tak, jak nam się wydaje, że historię i teraźniejszość mogą napędzać figury ukryte w cieniu, wywoływał u mnie pewien, powiedzmy, niepokojąco ekstatyczny dreszcz. Zresztą pomijając aurę tajemniczości, chyba na tym głównie zasadzał się globalny fenomen tego serialu. Absolutnie wszędzie ludzie nie ufają politykom i wietrzą drugie dna.

O „Archiwum X” powstało w ogóle mnóstwo kulturoznawczych i antropologicznych teorii. Zainteresowanie kwestiami paranormalnymi dosyć powszechnie zwykło się przypisywać postoświeceniowemu kryzysowi tradycyjnych religii. Seanse spirytystyczne, latające spodki czy wróżki byłyby wzmocnionym dodatkowo przez kulturę masową substytutem metafizyki, której głodu człowiek industrialny i poindustrialny się nie wyzbył, pomimo intensywnych wysiłków mających na celu jej wykorzenienie.

Swojej hermeneutyki doczekała się też postać obcego. Trudno mi ad hoc przywołać konkretne nazwiska czy tytuły prac, jednak wielokrotnie zetknąłem się z poglądami, że kosmici to coś w rodzaju aniołów i demonów epoki ponowoczesnej. A niektórzy lekkiego fioła na ich punkcie, jaki mniej więcej od lat sześćdziesiątych, czyli od pierwszych doniesień o uprowadzeniach, zaczął się szerzyć zwłaszcza w USA i na Wyspach Brytyjskich, skłonni są interpretować jako przejaw seksualnych aberracji sfrustrowanych kobiet z klasy średniej. Swoją drogą ciekawe, ile wspólnego może z tym mieć Alfred Kinsey. Demoludy też miały swoje bliskie spotkania różnych stopni. Ale to już temat na osobny tekst.

Tak czy siak, Chris Carter, decydując się na reaktywację swojego flagowego okrętu, na bank kierował się przede wszystkim dwoma motywami: charakteryzującą miliony trzydziestoparo- i czterdziestolatków nostalgią za oryginalną produkcją i polityczną paranoją, która choć może zmieniła oblicze, to jednak bynajmniej nie osłabła, a wręcz jeszcze się wzmogła. Jeśli idzie o pierwszy aspekt, to według mnie – i nie jestem w mojej opinii osamotniony – odniósł jedynie częściowy sukces. Rzeczywiście zarówno największą zaletą, jak i wadą nowego „Archiwum X”, jest to, że jest ono dokładnie takie samo jak dwie dekady temu.

Dosłownie jakbyśmy ledwie przed wakacjami obejrzeli ostatni odcinek poprzedniego sezonu i teraz zacząłby się kolejny. Są gadżety z XXI wieku, jeden z głównych bohaterów prowadzi internetową telewizję, a Mulder i Scully wyglądają na nieco – podkreślam, nieco! – starszych i przeczołganych przez los, ale to wciąż ta sama estetyka, identyczny format. Sporo ludzi się też zastanawiało, jak scenarzyści poradzą sobie z problemem kolonizacji, która w pierwotnej fabule była wyznaczona na 2012 rok. Tyle że choć zastosowany przez nich fortel był mocno krytykowany, to jednak on również przecież idealnie wpisuje się w starą poetykę. Nie takie przewrotki widzieliśmy w „Archiwum”.

Co zaś tyczy się paranoi… no, tu już sprawa się komplikuje. Sezon ma sześć odcinków, ale w pełni mitologiczne są jedynie dwa. Pozostałe to ukłon w stronę tych – wcale licznych – którzy woleli jednak potwory tygodnia. Lecz te dwa, których promieniowanie i tak rzutuje na resztę, wystarczą do wyciągnięcia kilku druzgocących wniosków. Oczywiście ponownie mamy tu do czynienia z podważaniem zaufania do polityków – niezwykle wymowna scena, kiedy Mulder ogląda w sieci słynny talk show, w którym Barack Obama wykręca się rakiem od odpowiedzi na pytanie o obcych.

Ponadto dochodzi niezwykle silnie wyeksponowany lęk przed totalną inwigilacją i cyfrowym zniewoleniem obywateli. A także… kwestia szczepionek, za pomocą których, tak jak dawniej, źli panowie w ciemnych garniturach planują zarazić społeczeństwo pozaziemskim wirusem. Nie wiem, czy sam problem szczepionek jest rzeczywiście aż tak nabrzmiały w USA, czy też jest to jedynie kolejne mrugnięcie Cartera w kierunku starej gwardii, ale na pewno całkowicie realne są obawy odnośnie sytuacji kryzysowych oraz zarządzania nimi przez władzę. W sieci – zwłaszcza w jej cebulowych obszarach – można znaleźć sporo teorii spiskowych tyczących na przykład faktycznie istniejących obozów FEMA.

x_files

Ale najciekawsze jest co innego. Mianowicie – i tu wchodzimy w ostre spojlery – kompletne przebiegunowanie stosunku do obcych. Przewrotka bowiem polega na tym, że konspiracja, z którą przez całe lata walczył Mulder, to był zwykły pic, mający zamaskować zupełnie inną, o stokroć gorszą konspirację. Okazuje się bowiem, że nie ma żadnego tajnego porozumienia z obcymi, a jedynie perfidne wykorzystywanie przejętych od nich technologii przez łaknących władzy absolutnej waszyngtońskich biurokratów.

Świetnie wpasowuje się to w lansowany dziś paradygmat ukazywania inności i odmienności jako niezrozumianej czy wręcz prześladowanej. Serio – jeśli figurę obcego potraktować jako, powiedzmy, metaforę innej rasy czy kultury w sensie całkowicie ziemskim, to wedle obecnej wykładni większość nakręconych w XX wieku seriali i filmów o kontaktach z kosmitami, na czele z dawnym „Archiwum X”, powinno się uznać za… ksenofobiczne. W nowej odsłonie „Archiwum” kosmici są jednoznacznie przedstawieni jako ofiary. Kiedy patrzymy na to, co wojskowi wyczyniali w Roswell w czterdziestym siódmym, właściwie powinniśmy płonąć ze wstydu.

Carterowi i jego drużynie bez wątpienia udało się pokazać jedno: że demokracja to pocieszna fasada, a istota władzy, choćby nie wiem jak szermującej sloganami o wolności, zawsze jest totalitarna. Dało się to wyinterpretować już ze starej serii, ale według mnie dopiero tu zostaje podane tak wprost. Perfekcyjnie trafi to do ludzi żywiących coraz głębsze przeświadczenie, że wpajany nam od dzieciństwa model państwa zbankrutował. A może tak naprawdę zawsze był czczą iluzją?

W starej serii był jeszcze przynajmniej podział na zły Syndykat i tych mimo wszystko trochę lepszych. W „Archiwum X” AD 2016 wszyscy są równo umoczeni, a hasło „nie ufaj nikomu” zyskuje niewyobrażalne dotąd znaczenie. Jeśli skądś wypatrywać ratunku, to chyba jedynie z gwiazd – od tych, którzy, jak kazano nam wierzyć, mieli przynieść nam zgubę. Czym zresztą też Carter i spółka idealnie wkomponowują się w klimat czasu. Chociaż w tym serialu nic nie jest do końca rozstrzygnięte.

Polecam również