Zapiski czytelnika

Notatki na marginesach “Popiołu i diamentu”

Ten chłopak wsiadł bodaj na Ząbkowskiej. Twarz jakby skądś znana. Wytężam mózg. No tak, gdyby nie okulary i ubiór, wyglądałby – wypisz, wymaluj – jak Maciek Chełmicki z „Popiołu i diamentu”. Filmowego oczywiście. Co zaś do powieści Jerzego Andrzejewskiego, to tak się ciekawie składa, że w ramach repetytorium z klasyki dopiero co ją skończyłem. Może stąd to podobieństwo? Mniejsza z tym. Całkiem niewykluczone, że chłopak jest w podobnym wieku. Dwadzieścia cztery lata! Coś magicznego jest w tej liczbie. Dwudziestoczteroletni Różewicz poszukiwał nauczyciela i mistrza, a dwudziestoczteroletni Hłasko na zawsze opuszczał kraj z uczuciem wypalenia.

Dwudziestoczteroletni Chełmicki w ostatnich dniach wojny zjawia się w sennym Ostrowcu w celu wykonania wyroku śmierci na sekretarzu komitetu wojewódzkiego – niejakim  Szczuce. Ma to być tak zwana pokazówka, splunięcie w pysk czerwonym uzurpatorom, którzy wjechali do zrujnowanej Polski na sowieckich czołgach i nie pytając nikogo o zgodę, zaczęli nam tutaj montować komunistyczny Raj.

Kiedy tak sobie jedziemy, a za oknami autobusu przewija się współczesna Warszawa – gdzie Hitler i Stalin zrobili co swoje – raptem niby grom z jasnego nieba uderza we mnie odkrycie. Gdyby Chełmicki i jego leśni kumple istnieli naprawdę, dzisiaj by triumfowali jako żołnierze niezłomni. Gloryfikowano by ich, stawiano by im pomniki, odprawiano by ich wydobytym z anonimowych dołów szczątkom uroczyste pogrzeby. Przypominano by, jak polowała na nich ubecja, jak moskiewskie świnie pokroju Światły czy Różańskiego męczyły ich w katowniach, a oni nie pękli. Piękni, spiżowi, niemal nieludzcy. I obowiązkowo z prawicowymi poglądami. Tu na wahanie miejsca brak. Sytuacja jest moralnie jasna, a podział na dobro i zło precyzyjnie nakreślony. Pereł nie rzuca się przed wieprze.

Andrzejewski pisał „Popiół i diament” w okresie, gdy sytuacja polityczna nie była jeszcze do końca klepnięta. A przynajmniej wielu – choć raczej nie on sam – jeszcze mogło się łudzić co do możliwości przesunięcia dziejowej zwrotnicy. Stąd może stać go było na niuansowanie, na ważenie racji. Jeszcze trochę i musiałby trzasnąć modelowy produkcyjniak o przewodniej roli Partii i zdegenerowanych faszystach z reakcyjnego podziemia. Fakt, że parę lat później złożył za tę książkę żarliwą samokrytykę – wiadomo, żyć trzeba – tym bardziej uwypukla jej bolesne clou.

Sedno dramatu nie polega tutaj na wyborze – zabić czy nie. Dopóki Szczuka stanowił jedynie personifikację Wroga, element abstrakcyjnego Systemu, kwestia jego usunięcia sprowadza się zasadniczo do czystych technikaliów: jak, gdzie, kiedy i dokąd się po wszystkim ulotnić, żeby zatrzeć ślad. Omyłkowa likwidacja Bogu ducha winnych robotników z cementowni (ich pech, że akurat jechali tą samą drogą co Szczuka), to po prostu fuszerka, błąd, wypadek przy pracy. Niewinni? Jesteś tego pewien? Nie, mój mały, oni byli winni z definicji. Bo należeli do PPR. Sprawa z kropnięciem Szczuki zaczyna się wikłać, gdy wpierw Andrzej, a następnie Maciek, zaczynają widzieć w nim człowieka. A Maciek do tego jest jego sąsiadem w hotelu Monopol. Słyszy, jak się krząta, zdejmuje buty, myje ręce. Anonimowy cel zyskuje twarz.

Szczukę da się lubić. Niezależnie od tego, czy podzielamy jego światopogląd, czy nie, można darzyć go współczuciem. Zarówno za utratę żony, jak i ślepo naiwną wiarę w marksistowską dialektykę, której ciasnych ram nie jest w stanie przekroczyć. Od samego początku jest figurą głęboko tragiczną, immanentnie skazaną na zagładę jeśli nie z rąk Chełmickiego, to z wyroku Historii. Właściwie, gdy się dobrze zastanowić, wszyscy są tam skazani. Mogą tylko spełniać wyznaczony im los.

Niby funkcjonuje slogan, że powinno się zwalczać złe idee, a nie służących im ludzi. Lecz jak czynić to w praktyce? Oto jest prawdziwy dylemat, przed którym staje Maciek i jego koledzy. Kiedy na szalę rzucone zostają pryncypia, człowiek idzie w odstawkę. Czyż nie dlatego Jerzy Andrzejewski musiał się mierzyć z oskarżeniem, że towarzysz Szczuka nie dość pomnikowy? Maciek i Andrzej tacy, jakimi mogliby rzeczywiście być, też dosyć kiepsko się kwalifikują na bohaterów elegii o patriotyzmie i niezłomności. Najpierw trzeba by ich wypreparować i wbić na piedestał wzniosłej pedagogiki.

Nieraz pytano mnie, czy w czambuł potępiam tych, którzy po 1945 roku postawili na komunę. Cóż, nie tylko nie mógłbym ich potępić, ale i sam nie mam pewności, czy bym za tą ofertą nie poszedł. Straszliwie łatwo – za łatwo – ocenia się ludzkie wybory z perspektywy lat i wiedzy. Scena podczas bankietu w Monopolu, kiedy Szczuka spotyka dawnego towarzysza socjalistę i stać go zaledwie na wiązankę dyrdymałów o historycznej słuszności, napawa mnie smutkiem.

Czy sam nagi fakt, że w coś bezgranicznie uwierzył i że za tym podążył, wystarczy za tytuł do odebrania mu czci? Czy to dostateczny powód, by go sprzątnąć? Kim by się stał, gdyby dożył referatu Chruszczowa? Zasiliłby szeregi październikowych entuzjastów, a potem, znów nabity w butelkę przez łysego gnoma, stał się zgorzkniałym rewizjonistą? Jak długo broniłby bajęd o błędach i wypaczeniach, które wszak nie unieważniają samego kierunku? Wszystko to skłania raczej do współczującego westchnienia niż do wyciągania rewolweru. Ale uważaj, bracie, bez wywyższania się! Ty też możesz pobłądzić. Twoja słuszność także może się okazać warta tyle co kilo pierza.

Tylko czy to odbiera prawo do osądzenia? Człowiek jest całością, odpowiada za swe uczynki. W dyskusjach o PRL niezliczoną ilość razy lewe skrzydło tego sporu stosowało emocjonalny szantaż, przekonując, jak bardzo skomplikowane były uwarunkowania tamtych czasów, i jaki fatalny błąd popełnia każdy, kto przykłada do nich swoją miarę. Po 1989 roku doprowadzono tę relatywistyczną retorykę do takiego ekstremum, że byli komunistyczni dygnitarze mogą się cieszyć absolutną nietykalnością i urządza im się pochówki z wojskowymi honorami, podczas gdy pamięć o żołnierzach niepodległościowego podziemia wciąż się kłopotliwie odchrząkuje. Można się zżymać na próby ich deifikowania na prawicy, lecz nie powinno się zamknąć oczu na tę aż zbyt narzucającą się asymetrię.

Sędzia Kosecki, z którym Szczuka siedział za okupacji w obozie, też chce się tak wykupić od odpowiedzialności. Wysługiwanie się Niemcom tłumaczy biologicznym pragnieniem życia za wszelką cenę. Wojnę i pokój usiłuje mierzyć odrębnymi kategoriami. Tak, był bydlakiem, tak, katował współwięźniów, ale to było wtedy. Teraz nastał nowy świat i może na powrót stać się dobrym, szanowanym obywatelem. Otóż nie, nie może. Sam w krótkim przebłysku szczerości przyznaje, że by siebie skazał. Człowiek ma tylko jedno życie.

Wysiadam przy dworcu wileńskim. Chłopak gubi się w tłumie. Wokół huczy i wre europejska nowoczesna metropolia, za którą niejeden Chełmicki się wykrwawił i którą niejeden Szczuka, lejąc siódmy pot, dźwigał z ruiny. Jestem wdzięczny im obu. I tylko żal, że czasem tak ciężko odseparować ludzi od idei. Nie jestem jakimś naiwnym dialogistą. Porzuciłem mrzonki, że da się pogodzić ogień z wodą. Wybór i wypływające z niego konsekwencje są nieuniknione. Ale tak czysto po ludzku szkoda. Nie umiem i nie chcę powstrzymywać tego uczucia. Oni też tak mieli.

Polecam również