Sądy i osądy

Nieznośna polityczność dyni

Pamięta jeszcze ktoś gorączkę Ice Bucket Challenge? Ponad rok temu rozpalała świat, a w każdym razie sieć. Chodziło w niej, z grubsza, o to, że najpierw celebryci, a potem rzesze szeregowych internautów, wylewali sobie na łby wiadra lodowatej wody, żeby w ten sposób promować świadomość społeczną o ALS, czyli stwardnieniu zanikowym bocznym. Chętni do „prysznica” mieli ponadto wpłacać jakieś sumy na rzecz organizacji zajmujących się chorymi. Należało też nominować kolejną osobę. I tak oto akcja zataczała coraz szersze i szersze kręgi. Aż w końcu dowierciła się nawet do mikrokosmosu blogerów i podcasterów. Z jednym z nich pozwoliłem sobie na krótką wymianę zdań na ten temat.

Starałem się mu wykazać, że bynajmniej nie chodzi o to, czy dane działanie jest samo w sobie dobre lub złe. Można się oblać zimną wodą albo nie, zjeść cytrynę albo wcisnąć ją do herbaty, wrzucić pieniążek na WOŚP albo przeznaczyć go na piwo. Problem zaczyna się w chwili, gdy nieuczynienie tego, a co gorsza krytyka, staje się powodem do zróżnicowania ludzi na fajnych i drani. Monika Olejnik na przykład z premedytacją nominowała arcybiskupa Hosera, z góry wiedząc, że on wyzwania nie przyjmie. I już można było niedwuznacznie pochrząkiwać, że wyniosły hierarcha nieczuły na los skrzywdzonych. Podobnie – wywodziłem dalej – zaczyna się dziać z Halloween, które powoli przestaje być po prostu zabawą garstki maniaków horroru (obaj jesteśmy zagorzałymi wielbicielami tegoż i w okolicach 31 października micha aż nam się szczerzy na myśl o wieczornym maratonie strasznych filmów), a staje się wyznacznikiem tego, czy należysz do nowoczesnej kultury Zachodu, czy raczej ciemnogród, słoma w butach i Radio Maryja na dobranoc.

Interlokutor wyraził zrozumienie, jednak wobec moich argumentów pozostał sceptyczny. Sam tego nie doświadczył. Cóż, ja, szczerze mówiąc, również nie. I nawet zacząłem się gryźć, czy z deka nie przesadziłem. W końcu odrobina krytycznych artykułów na przestrzeni lat i trochę protestów przeciwko halloweenowym zabawom w szkołach to jeszcze nie bicie w dzwon. Ba, to wręcz mieści się w ramach demokratycznego pluralizmu, który ponoć mamy. Przynajmniej oficjalnie. A i sama kwestia inwazji wydrążonych dyń i psucia przez nie naszych wspaniałych tradycji to może zwykły medialny humbug. Zresztą kolejny z wielu.

Tak wahałem się jeszcze we wrześniu owego roku pod znakiem wiader z lodem. Teraz niestety już wiem – a wiedza ta nie przynosi mi satysfakcji – że słuszność była jednak po mojej stronie. Humbug nie humbug, wbity milionem młotów do miliona głów zawsze w końcu staje się rzeczywistością, z którą tak czy siak trzeba się mierzyć.

Zanim na dobre zanurzymy się w halloweenowych miazmatach, zatrzymajmy się minutkę nad zjawiskiem polityczności. Polityczność – nie mylić z polityką, zwłaszcza uprawianą w błysku fleszy – to, z grubsza ujmując, przekonanie, że każdy, choćby i najdrobniejszy akt jest po coś, choćby nawet ten, który go dokonuje, nie był świadom owej immanentnej teleologii lub też ją odrzucał. Wszystko ma czemuś służyć, coś wspierać, a coś innego osłabiać, i bez względu na to, czy rzecz dotyczy koloru skarpet, które postanowisz dziś założyć, wędliny, którą położysz sobie na chleb, czy środowiska, z którego ideologią się identyfikujesz. Polska jest obecnie tak definiowaną politycznością dosłownie przeżarta. Ona stanowi napęd dla licznych konfliktów. Trudno się zatem dziwić, że i dyń to powszechne szaleństwo nie ominęło.

Pusty śmiech mnie ogarnia, kiedy oburzeni konserwatywni publicyści nazywają Halloween świętem, oczywiście opatrując je ironicznym cudzysłowem, zaś każdego, kto się o nie otarł, oskarżają o jego celebrowanie. W życiu nie przemknęłoby mi przez myśl, że oglądnięcie paru tanich horrorów i osuszenie kilku browarków może komuś skojarzyć się z jakkolwiek pojętą celebracją. Nie sądzę też, by w jakikolwiek sposób miało to kolidować z kontemplowaniem majestatu śmierci przez następne dni. Ludzie, ogarnijcie się! To zupełnie różne płaszczyzny. Tu zabawa – zgoda, że może i nieco mroczna, głupia – tam powaga. Dziś bal, jutro zapalimy znicze.

Ale natychmiast rodzi się refleksja: może coś w tym jest? Może to ja żyję w świecie złudzeń? Może tacy goście jak my, wychowani na kiczu z początku lat 90., którzy po prostu lubią podkręcić sobie nastrój i powspominać, jak to za dzieciaka pierwszy raz widzieli na VHS „Martwe zło”, to chodzące skamieliny? Być może Piotr Lisiewicz jednak ma rację, pisząc, że celem nachalnej propagandy Halloween w III RP jest wprowadzenie w społeczne życie ideowej kakofonii? Niby jeszcze się bronię – zaraz, jaka nachalna propaganda? gdzie te kościotrupy na wystawach? gdzie te puste dyniowe łby? – ale od razu przypominam sobie, że mieszkam na prowincji, a hipermarkety odwiedzam, gdy już naprawdę muszę.

Według Lisiewicza polskie Halloween jest jak palma na rondzie de Gaulle’a. Przytacza cytat z książki „Demokracja bez korzeni” Andrzeja Waśki: „Palmy nie rosną pod polskim niebem, egzotyka sztucznej palmy sprzed budynku giełdy wyraża więc chęć ucieczki od tego klimatu, od tej ziemi, od tego losu. (…) Palma (…) nikomu nic nie narzuca, nikogo też o niczym nie poucza, informując nas tylko o sposobie myślenia tych, którzy ją tam postawili. Ale właśnie w tej roli może być uznana za symbol całej oficjalnej kultury III Rzeczypospolitej.”

Mimowolny odruch buntu od razu pacyfikuję. Dlaczego? Bo to Polska! Bo tu wszystko jest polityczne. Bo zastępy etatowych ufajniaczy już pracują, co by tak, wiecie-rozumiecie, hop bęc dynią w katola zaściankowego moherowego, bergiem w berg zbembergować go, nitki z beretu mu wypruć. Tęczą go, palmą go, i z dyńki poprawić. „Establishment nie chce Polaków silnych, zakorzenionych” – idzie mi w sukurs zblazowany i wymięty Lisiewicz, a ja wiem, że nie za bardzo dysponuję kontrargumentami. Ten o krotochwilnej zabawie jakoś dziwnie trąci samousprawiedliwieniem. Przecież w świecie, gdzie wszystko polityczne, nie ma niewinnych harców. Tu zawsze będziesz za kimś lub przeciw komuś, twój gest zostanie odczytany w tym lub innym kontekście.

Ale koniec końców, biorąc na klatę cały ten porypany bagaż ambiwalencji, maraton horrorów najpewniej sobie urządzę. Na pohybel im wszystkim – tym z prawa i tym z lewa, tym, co do Europy, i tym, co na Kresy. Zrobię to, żeby ocalić minimalną resztkę autonomii. A następnego dnia pójdę na groby. I wiem, że umarli będą czekali.

Polecam również