Kultura

Nieświetny pogrzeb Oświecenia

Dawno temu obiecałem sobie, że – o ile to tylko możliwe – nie będę poznawał recenzji tego, o czym zamierzam napisać. Z przykrością stwierdzam, że prawie nigdy nie udało mi się owej zasady dochować. Na ogół z przyczyn najzupełniej niezależnych od niezdrowej ciekawości. Dziś naprawdę trudno podejść do książki czy filmu „na czysto”, bo jakbyś się nie izolował, z netu czy prasy nie wiał, coś się przedostanie, muśnie, zaburzy percepcję. Szczególnie kiedy w grę wchodzi silnie lansowana nowość. A potem, osaczony zewsząd, poddajesz się, zaczynasz klikać, szurać nosem po druku. „Bóg nie umarł” to, gwoli ścisłości, żadna świeżynka, a raczej dobrze odżywiony roczniak, ale u nas do kin trafia dopiero teraz. Zatem festiwal trwa.

I oto już na „dzień dobry” dowiaduję się o spektakularnym komercyjnym sukcesie. Wszyscy się zachwycają, że film, a do tego film chrześcijański, na który wydano zaledwie dwa miliony dolarów, zarobił ich już ponad sześćdziesiąt. Takie rewelacje nie robią na mnie najmniejszego wrażenia, więc tu spuszczam kurtynę. Zaskakujące natomiast było odkrycie, że tzw. „christian movies” to już poważna gałąź kinematografii, posiadająca własne wyznaczniki gatunkowe i dość spory krąg odbiorców. Na pewno kilka utworów z tego worka widziałem. Na pewno się do nich kwalifikuje rzeczywiście niezła „Droga życia” z Martinem Sheenem, na którą kiedyś przypadkiem się natknąłem w VOD mojej kablówki. Głośne tytuły w rodzaju „Christiady” na razie mnie ominęły.

Łukasz Adamski w tekście na portalu wnas.pl pisze, że z każdym rokiem kolejne tytuły z tego segmentu prezentują coraz wyższy poziom i są coraz bardziej satysfakcjonujące. Mimo to od razu zastrzega, że nie należy obrazu Harolda Cronka traktować jak dzieła sztuki, gdyż nim nie jest. Co ciekawe, ten sam protekcjonalny ton rozpościerania ochronnego parasola odnajduję w recenzji Andrzeja Horubały. Ale przecież kryminał czy obyczajówka to też kino gatunkowe, a jednak, pomimo że w wielu wypadkach nie sięga wyżyn i obligatoryjnie operuje schematami, nikt nie każe mi go traktować ulgowo.

 

Nie jest to, przyznam, sytuacja zbyt wygodna. Płaskich postaci nie wytykać, bo to „christian mowie”. Łopatologiczności ewangelicznego przesłania się nie czepiać, bo „Christian mowie”. Uproszczeń scenariusza nie piętnować, bo… no, wiadomo. Chłopaki, nie wygłupiajcie się! Z takimi adwokatami ten gatunek rzeczywiście nigdy nie doczeka się arcydzieł. Zwłaszcza że ja naprawdę nie zamierzałem tutaj wybrzydzać. Mam świadomość konwencji i ta kupiła mnie od początku. Wiem, że student Josh musi być głęboko wierzący, a jego nadęty antagonista musi być zajadłym ateuszem. Inaczej nie zaistniałby konflikt! Lewicowa blogerka musi pleść coś o ekologii, a protestancki konserwatysta nie może się ludziom pokazać bez amerykańskiej flagi na łbie. Ja to wszystko, chłopaki, rozumiem i przyjmuję z dobrodziejstwem inwentarza. Kiedy wybieram się do KFC – nawet w wersji christian – nie spodziewam się pieczeni z dziczyzny.

„Bóg nie umarł” to cienka zupka, chociaż przyrządzona z sercem i pewnym smakiem. Jednak prostota, miejscami naprawdę kiczowata i przyprawiona nieznośnym patosem, spełnia ważną funkcję. Wykreowane postacie są tu mocno archetypiczne i sprowadzone do cech najbardziej dystynktywnych. W tym sensie nie od rzeczy byłoby posądzić twórców o pewien realizm. Bo ludzie w swych masowych zachowaniach postępują przecież szalenie typowo. Dzieło bardziej subtelne, penetrujące zakamarki psychologii bohaterów, mogłoby, paradoksalnie, zaciemnić i rozwodnić clou.

Sedno stanowi tu właśnie spór o istnienie Boga, w który nader niefortunnie wplątuje się Josh. Nawet gdyby inne zapętlające się wątki potraktować mniej lub bardziej pretekstowo, kwestia dyskryminacji za wiarę została – według mnie – ukazana w sposób wstrząsający. Zresztą sami filmowcy informują, że inspirowali się autentycznymi przypadkami z amerykańskich uczelni. Profesor Radison, czyli główny zły, stanowi podręcznikowe uosobienie tzw. nowego ateizmu, którego ikonicznymi figurami w realnym świecie są m.in. Richard Dawkins i zmarły kilka lat temu Christopher Hitchens. Choć po prawdzie określenie „ateizm” jest tutaj mylące. Bardziej adekwatnie byłoby mówić o antyteizmie, co zresztą nasz dzielny „boży wojownik” eksplikuje wprost.

Na przykładzie Radisona wyraźnie widać, jak w gruncie rzeczy jałowe, puste i martwe są dziś idee Oświecenia, na których funduje się cała współczesna postchrześcijańska kultura szeroko pojętego Zachodu. Jedyne, co Radison ma do zaoferowania, to wytarte truizmy o wyzwalaniu z ciemnoty. Mając usta pełne frazesów o wolności, de facto zmusza uczestników swego kursu do podpisania deklaracji ze słynnym zdaniem Nietzschego o śmierci Boga. A alternatywa jest przecież iluzoryczna – weź tu, człowieku, udowadniaj, że Nietzsche się pomylił, skoro sędzia z góry uprzedzony.

bog-nie umarl

Lecz najśmieszniejsze jest to, że gdyby Radison nie był po prostu sfanatyzowanym kretynem, miałby szansę spór wygrać. I to uczciwie, bez uciekania się do grożenia Joshowi na korytarzu – znów przykład niebywałej tolerancji przedstawicieli obozu postępu – że zniszczy mu szansę na dalsze studia. W finałowej potyczce Josh pyta go, dlaczego nienawidzi Boga. Ja na miejscu profesora odpowiedziałbym tak: Chłopcze, nie da się nienawidzić czegoś, co nie istnieje. Nie z Bogiem walczę – przeciwstawiam się jego złudnej idei zakorzenionej w ludzkich umysłach. Wiary młodego może i bym nie zachwiał, lecz retorycznie chyba zapędziłbym go w kozi róg. Czemu Radisona na taki chwyt nie stać? Bynajmniej nie tylko dlatego, że w głębi duszy jest wciąż dzieckiem po sztubacku obrażonym na Boga za utratę matki.

Wywrzaskując, że najzagorzalszymi ateistami są eks-chrześcijanie, Radison demaskuje istotę postawy krzewicieli nowoczesności. Nie tylko w sensie, że jest ona z gruntu reaktywna. Tak naprawdę pod naukowym i racjonalnym sztafażem kryje się rodzaj religii. Jej wyznawcy mają swe święte księgi, kapłanów (kiedy podczas jednej z debat robi się gorąco, profesor odwołuje się do mzimu niepodważalnego autorytetu Stephena Hawkinga) oraz twardą misję nawracania niewiernych na jedynie słuszny światopogląd.

Oczywiście można postawić zarzut, że scenariusz z propagandowych przyczyn przerysowuje i nawet nie dba o pozory obiektywizmu. Zgadza się, dokładnie tak jest! Tyle że każdy, kto choć raz oglądał publiczny występ Hitchensa, czytał dowolny artykuł choćby i naszych rodzimych antyklerykałów lub zwyczajnie wchodził na internetowe fora, bezbłędnie wyłapię nutę owego nie znoszącego sprzeciwu zamordyzmu, który całymi godzinami mógłby wygłaszać peany na cześć demokracji i równości, jednocześnie podpalając stosy dla heretyków. W sytuacji, kiedy biskup staje przed sądem za wygłoszone na mszy kazanie, a ta sama temida stwierdza, że tani prowokator nie dopuścił się przestępstwa drąc na koncercie Biblię, trudno nie uznać, że chyba coś na rzeczy być musi.

Nie bez znaczenia jest lista nazwisk wybitnych myślicieli, którą Radison pokazuje na tablicy. Część z nich to kwiat szkoły frankfurckiej. Dała ona filozoficzne paliwo różnym lewicowym reformatorom pragnącym stworzyć nowego człowieka. Wszyscy żywili wspólne przekonanie, że klucz do osiągnięcia tego celu stanowi dechrystianizacja kultury i wprowadzenie w pustkę oświeceniowej ideologii bezwarunkowego postępu.

Wszyscy Radisonowie tego świata są niezwykle sprawni w oskarżaniu zwolenników krzyża o prawdziwe lub wyimaginowane zbrodnie. Obudzeni o północy sypią nimi jak z rękawa. Tylko że gdy się uważnie wsłuchać w ich pełne zażartości warczenie, odkrywa się nagle, że nie mają żadnej sensownej kontrpropozycji. Bo bałwochwalczy kult nauki wykastrowanej z moralnych drogowskazów, przebieranie facetów w sukienki albo mordowanie bezbronnych pod szyldami bałamutnego humanitaryzmu to kiepski sposób na zapełnienie czymś opowieści idioty, którą według światłego wykładowcy Josha jest życie człowieka na Ziemi.

Polecam również

  • Aga Z

    Warto zwrócić uwagę na to rozróżnienie ateista – antyteista. Ateizm tak jak ja go rozumiem to nie postawa walki z Bogiem, lecz postawa obojętności. Ateista zwalczający wiarę to sprzeczność, bo to tak jakby tępić krasnoludki, w które się przecież nie wierzy. A zresztą mówi się, że prawdziwych ateistów tak naprawdę nie ma – bo jażdy w COŚ wierzy. Choćby w antyboga 🙂