Publicystyka

Niektórzy pisarze są jak pandy

Ma więc powstać – czy może już powstaje, bo nie orientuję się, jaki jest aktualny stan prac organizacyjnych – nowe stowarzyszenie zrzeszające pisarzy. A właściwie pisarki i pisarzy, bo wszak obowiązuje równouprawnienie. Idea, jak można było przeczytać tu i tam, zrodziła się podczas marcowych Międzynarodowych Targów Książki w Londynie. W gronie jego założycieli znaleźli się między innymi Olga Tokarczuk, Sylwia Chutnik, Jacek Dehnel oraz Zygmunt Miłoszewski. Na giełdzie osób sprzyjających pojawia się też kilka innych znanych nazwisk, chociażby Artura Domosławskiego czy Marka Krajewskiego.

Dla formalności przypomnijmy, że byłoby to już trzecie tego typu gremium po najstarszym, założonym w 1944 roku, Związku Literatów Polskich i Stowarzyszeniu Pisarzy Polskich, które powstało pod koniec lat osiemdziesiątych w opozycji do najpierw rozbitego, a potem reaktywowanego i należycie spacyfikowanego przez komunistyczne władze ZLP. Obydwa póki co działają, tyle że – jak wyjaśnia cytowany przez „Gazetę Wyborczą” Dehnel – nie spełniają potrzeb naszego pokolenia. Zaś Tokarczuk, która jednak jest z pokolenia oczko wyżej, dodaje, że pisarze to samotnicy i potrzebują wsparcia w zderzeniu ze światem wydawców i niepasującym do naszej rzeczywistości prawem.

Nowa organizacja ma w pierwszej kolejności zająć się kwestią umów, praw autorskich, ale też honorariami za wypożyczenia biblioteczne, ubezpieczeniem zdrowotnym i emeryturami. Oraz – w sposób zdecydowany – tematem najbardziej chyba drażliwym, czyli relacjami na linii pisarz – wydawca. „Pora raz na zawsze skończyć z czasami, w których to wszystko opiera się jedynie na zaufaniu” – powiedziała „Wyborczej” Magdalena Grzebałkowska.

Całą rzecz nieco bardziej skonkretyzował Miłoszewski we wpisie na swoim Facebooku. I choć kilka z wyszczególnionych przez niego punktów brzmi naprawdę sensownie – bo na pewno przyda się, być może kiedyś nawet mnie, poradnik online odnośnie rozliczeń – to na przykład wtręt o „zagrożeniach selfpublishingu” mocno mnie, przyznaję, zdziwił. Nie wiem, czy Miłoszewskiemu chodziło o to, że garstka hobbystów wydających za własne pieniądze stanowi jakieś niebezpieczeństwo dla „tradycyjnych” pisarzy i trzeba z nimi walczyć – co, zważywszy na proporcje, zakrawałoby na kompletne kuriozum – czy po prostu chce on ich uczulać na różne pułapki.

Ciekawie brzmi pomysł założenia forum, na którym członkowie mogliby się komunikować w sprawie różnych zachowań wydawców, umów itp. Tego typu forum co prawda już od dawna funkcjonuje, ale z drugiej strony platform do wymiany doświadczeń nigdy dość. Zwłaszcza że – jeżeli dobrze rozumiem – w odróżnieniu od „Wydawnictw i ich obyczajów” – byłoby to coś w rodzaju grupy zamkniętej, co, przynajmniej potencjalnie, mogłoby wprowadzić więcej ładu.

I o ile właśnie część dotycząca know-how raczej nie powinna budzić większych zastrzeżeń, o tyle postulaty o charakterze, nazwijmy go tak, socjalnym zapalają mi w głowie czerwone światełko. Nie chcę zostać źle zrozumiany. To nie tak, że głoszę tu jakiś zaciekły liberalizm – byłbym ostatnim hipokrytą, gdybym to robił – jednak kwestie typu artystyczna emerytura, ubezpieczenie zdrowotne czy organizowanie rehabilitantów i lekarzy specjalizujących się w chorobach zawodowych – swoją drogą ciekawe, na jakie zawodowe choroby może cierpieć pisarz – przyprawiają mnie o pusty śmiech.

Muszę się zgodzić z Łukaszem Kotkowskim, że mamy tu do czynienia z próbą konserwacji wizerunku pisarza jako jednostki tyleż nieprzystosowanej społecznie, co z jakichś nie do końca zrozumiałych, archaicznych względów uprzywilejowanej, której po prostu się należy jak przysłowiowemu psu micha. Otóż nie, drodzy pisarze, nic wam się nie należy! Przede wszystkim nikt wam nie kazał parać się akurat tą profesją, a po wtóre – nie oszukujmy się – pierwszy lepszy robociarz spełnia pilniejsze potrzeby niż wy.

Zdaję sobie sprawę, jak okrutnie to brzmi. Tym bardziej, że sam param się pisaniem. Choć oczywiście jako sfrustrowany bloger, którego nikt nie chce czytać, zapewne tylko wylewam żółć. Cóż, może nawet tak jest. Niemniej – i tu znów odwołam się do Kotkowskiego – widzę tu jakąś, uświadomioną lub nie, dwulicowość. Bo niby z jednej strony inicjatorzy tego pomysłu forsują myślenie o pisarstwie w kategoriach właśnie zawodowych, ale z drugiej chcieliby je uczynić zawodem specjalnej troski.

Jeśli już mielibyśmy odwoływać się do kategorii profesjonalizmu, to sto razy bardziej owe przywileje należą się tłumaczom, na których to państwo pisarki i pisarze się wzorują. Aby bowiem zostać tłumaczem, trzeba skończyć studia, zainwestować w jakieś dodatkowe szkolenia, ogólnie nieźle się naharować. Do bycia pisarzem tak naprawdę wystarczy chęć. No i może szczypta talentu.

Kotkowski oczywiście przesadza, porównując twórców kultury do startupowców. Nie każdy ma parcie na zdobywanie specjalistycznej wiedzy, nie mówiąc o zdolnościach. Nie każdy wreszcie musi mieć żyłkę do biznesu, choć i pośród artystów takie „kwiatki” się zdarzają. Faktem jest natomiast, że kiedy już zaczynasz się na serio w to bawić, musisz roszczenia odłożyć w kąt. Rzeczywiście literatura nie jest dziś towarem pierwszej potrzeby, zaś wobec zmian w obrębie komunikacji warto przeformułować myślenie choćby o promocji. O czym w manifeście Miłoszewskiego rzeczywiście nie znajdziemy ani słowa.

Znajdziemy za to przemyślnie ukryte pod pozorami brania spraw we własne ręce stare dobre „pan da”. Znajdziemy całą tę logikę źle pojętego socjalizmu, którą artyści – nawet, jak się okazuje, ci, którzy odnieśli komercyjny sukces – są do szpiku przesiąknięci. Skąd to się właściwie bierze? Z przekonania o własnej elitarności? Z mentalnego dziedzictwa PRL, gdy artyści dobrze poukładani z władzą mogli liczyć na cieplarniane warunki, nie troszcząc się o to, czy ich dzieła faktycznie są kupowane, czy też idą na papier toaletowy? Mam takie poczucie, że wielu z nich chciałoby powrotu do tego akwarium.

I wreszcie rzecz najzabawniejsza: deklaracja apolityczności. Znamienne, że Miłoszewski ją wyszczególnił, tak jakby z góry zakładał, że ktoś może się o to doczepić. Tu z kolei wypada mi się – niestety! – zgodzić z Krzysztofem Masłoniem. Jestem gotów uwierzyć w naprawdę wiele rzeczy, lecz nie w to, że ten twór będzie neutralny politycznie. Nie z takim zestawem nazwisk. Nie z opiniami, które publicznie, a do tego z wielką chęcią, wygłaszają. Polityka się tam prędzej czy później pojawi. Jeśli nawet nie otwarcie, to po prostu na zasadzie „swój do swego po swoje”.

A z twórczością to jest jakoś tak, że kto rzeczywiście chce ją uprawiać, będzie to robił bez względu na uwarunkowania. Nawet jeśli będzie musiał do tego interesu dokładać. Kiedyś widziałem w okolicach Rotundy chłopaka, który łomotał w bębny, a obok stała tabliczka z prośbą o datki na nowe. Mam do niego więcej szacunku, niż do tych wszystkich tłustych i dopiero liczących na przyrost tkanki tłuszczowej pand.

Owszem, dorzuciłem mu.


Fot Comfreak/Pixabay

Polecam również

  • Jeden z tych Mopsów znowu w ubiegłą sobotę u Mellera robił polityczną nagonkę na inaczej myślących !

    • No i tym sposobem apolityczność idzie się je… prawda, ten tego 😉 Ale z drugiej strony tamci „inaczej myślący” nie byliby pod tym względem lepsi. Niestety.