Publicystyka

Nie łudźmy się, że tu chodzi o coś innego niż tożsamość

Czy w piątek i sobotę byliśmy świadkami próby czegoś w rodzaju miękkiego puczu? Moim zdaniem tak. Co więcej, należy się spodziewać dalszych tego rodzaju prób. Jest to, rzekłbym, polska odmiana szerszego procesu, który obecnie się rozgrywa i w najogólniejszym zarysie polega na tym, że dotychczasowi strażnicy demoliberalnej ortodoksji nie są w stanie pogodzić się ze zmierzchem swego paradygmatu. Całe napięcie bierze się stąd, że deifikowaliśmy sobie demokrację, uczyniliśmy z niej coś w rodzaju nowożytnej religii, ale z drugiej strony pewne grupy, nazywane umownie lewicowo-liberalnymi, zagarnęły ją dla siebie. Teraz więc, kiedy dokładnie ten sam demokratyczny mechanizm, któremu stawiają ołtarze, kwestionuje ich  rolę kapłanów, chcą za wszelką cenę tę dominującą pozycję utrzymać.

Nie będę się skupiał na popełnionych przez PiS błędach, które sytuację z piątku umożliwiły – to zostawiam mądrzejszym. Ba, w ogóle nie chcę tu mówić o politykach ani ludziach, którzy przy okazji załatwiali coś dla siebie. Mnie interesuje postawa i motywy zwykłego uczestnika manifestacji. Bo w końcu nie przesadzajmy – zarówno na piątkowych i sobotnich protestach KOD-u, jak i w niedzielę pod Pałacem Prezydenckim nie wszyscy byli kupieni, umoczeni w polityczne interesy, zwiezieni autokarami etc. Jakaś część – być może przeważająca – się tam zjawiła, bo faktycznie wierzy w to, o co walczy. Wiem to, bo znam co najmniej kilka osób z obu obozów.

I tutaj właśnie zaczyna się jazda. Cały dowcip bowiem w tym, że tak zwolennik Kijowskiego, jak i ten, komu opinie o świecie kształtuje „Gazeta Polska”, są najgłębiej przekonani, że takie podstawowe pojęcia jak wolność, praworządność, demokracja itp., wyglądają właśnie tak, jak oni je sobie wyobrażają. Odbiorca „Newsweeka”, „Wyborczej”, „NaTemat” i TVN 24 będzie utożsamiał je z europejskością, prawami gejów, uchodźcami czy antyklerykalizmem, a z kolei bywalec smoleńskich miesięcznic – z tradycyjnie pojętą rodziną, symbolami narodowymi czy wiernością katolicyzmowi. Wiem, że prawię tu straszne banały, ale dobrze je sobie od czasu do czasu przypomnieć.

By toczący się konflikt można było faktycznie nazwać sporem o demokrację, musiałby istnieć konsensus co do najbardziej podstawowych pojęć, jakakolwiek wspólna płaszczyzna, która by umożliwiła ich zdefiniowanie. Tymczasem coraz wyraźniej widać, że nic takiego nie ma. Jest tylko walka o tak lub inaczej rozumianą tożsamość i zespół wiążących się z nią atrybutów. W Polsce – i trzeba to sobie wreszcie powiedzieć wprost – naprawdę funkcjonują co najmniej dwie równoległe kultury, ufundowane na nijak do siebie nieprzystających systemach wartości i estetyce. Pośrodku zaś zieje semantyczna pustka.

To jest podział naprawdę bardzo głęboki, sięgający w przeszłość znacznie dalej niż katastrofa smoleńska, okrągły stół, a nawet niż antagonizm pomiędzy niepodległościowym podziemiem i komunistami. Zjada nas coś, co Amin Maalaouf nazywa „zabójczą tożsamością”.

Byłem po obu stronach.

Tak, byłem, mogę więc śmiało powiedzieć, że przetestowałem ten rozkrok na sobie. Najpierw wierzyłem w nieunikniony postęp i nowoczesność, i oczywiście w to, że prawica to faszyści. A jeśli nawet gdzieś lęgły się wątpliwości, jakaś niezdrowa zgoda lub cień podziwu dla tego, co odstawało, tłumaczyłem to sobie własnymi niedomogami. Widocznie jeszcze jestem nie dość europejski, jeszcze się w pełni nie wyzwoliłem z zaściankowości. Nie żebym przeżywał to jakoś bardzo świadomie – taki po prostu był klimat, tak wyglądał duch lat 90. Tak nam go urządzili ówcześni utrwalacze liberalnej ortodoksji, kształtując nasze aspiracje i marzenia.

Ale potem zacząłem to kwestionować. Przede wszystkim z czysto instynktownego odruchu buntu wobec narzucanego mi na siłę braku alternatywy. A później już dlatego, że analizując ideowy miąższ, retorykę, a wreszcie – rzeczywiste skutki działań, musiałem sam przed sobą przyznać, że jest w tej budowli wiele dziur, niekonsekwencji, hipokryzji. Bo ci, którzy mienią się otwartymi i tolerancyjnymi, wcale niekoniecznie tacy są, kiedy w grę wchodzą naprawdę inne poglądy niż ich. Bo zarzucając ideowym oponentom faszyzm i totalitaryzm, sprawiają wrażenie, jakby projektowali na nich własne cechy. Bo mówiąc o demokracji, w istocie nie są w stanie zaakceptować jej werdyktu, gdy nie wypada po ich myśli. I tak dalej, i tak dalej.

Tylko że to oznaczało wpadnięcie w pułapkę. Bunt nie może pozostać bezpostaciowy, musi znaleźć wyraz, o coś się oprzeć. Co więc czynić? Oczywiście udać się do tych drugich. Ich język i tożsamość obrać za swoje, słuchać i czytać ich media, szerować na fejsbuku ich memy i powtarzać ich diagnozy. Nie, już nie ich! Nasze. Przecież od teraz gramy w jednej drużynie. I robiłem tak. To wydawało mi się zupełnie naturalne. Miałem całkowitą pewność, że racja po mojej stronie jest. Dokładnie zresztą tak samo jak wcześniej, kiedy uważałem całkowicie na odwrót.

Ale w którejś chwili musiałem sobie jasno powiedzieć, że także i tu tożsamość jest ostateczną granicą, że koniec końców wszystko się do niej sprowadza. No i niby pięknie, tylko że kto w takiej sytuacji ma słuszność? Jaką mogę mieć pewność, że wybierając tak a nie inaczej, nie popełniam błędu? Kto ma moc, by to definitywnie rozstrzygnąć? Bóg? No, jakoś się zanadto nie kwapi. Dał ci, człowieku, wolną wolę i zadowolony. A tak w ogóle nawet z Nim do końca nie wiadomo. Jak ja czasem zazdroszczę Terlikowskiemu!

Czy tylko narracja?

Stwierdzenie, że język jest współczesnym polem bitwy o kształt rzeczywistości, i że zwycięża ten, kto silniej przeforsuje swoje jej rozumienie, to też oczywiście straszny banał. Ale również warto go sobie co jakiś czas powtarzać, aby nie dać się zaskoczyć i nie spocząć w bezpiecznej strefie komfortu. Warto ponadto pamiętać, że w walce o tożsamość tak naprawdę nigdy nie chodzi o to, o co wydaje się, że chodzi na pierwszy rzut oka. To bodaj Chantal Mouffe pisała, że w masowych ruchach społecznych tekst właściwy zawsze jest ukryty pod tym eksplikowanym na głos. Czyli odnosząc rzecz do naszego podwórka: wymachujemy konstytucją i nosimy na rękach Rzeplińskiego, ale w istocie bronimy pewnej holistycznej wizji świata przeciwko tym, którzy w naszym poczuciu pragną ją unicestwić.

Kluczowe pytanie jest jednak inne: Czy język to ostateczna granica? Czy jesteśmy skazani na wieczne przeciąganie liny i wyrywanie sobie sztandaru zwycięstwa? Czy naprawdę wszystko zależy tylko od tego, kto w danej chwili ma większe megafony? To byłby zaiste fatalistyczny scenariusz, a ja muszę przyznać, że nie mam na niego dobrej odpowiedzi. Mogę oczywiście powołać się na Kołakowskiego z jego nikłą, nie dającą żadnych gwarancji cząstką pewności, ale to też nie uśmierza niepokoju. Bo jednak są sprawy, które należy załatwić, zwłaszcza gdy wylewają się na ulice. Ktoś po prostu musi postawić tu ostatnią kropkę.

Myślę, że jedynym rozwiązaniem może być próba dostrzeżenia dalekosiężnych konsekwencji danego wyboru. Bo nawet jeśli założyć, że wszystko, co robimy, jest narracją, nasze działania tak czy inaczej wywierają realny wpływ na rzeczywistość. Możemy go dostrzec, spróbować w drodze analizy przewidzieć lub zaobserwować jego skutki tam, gdzie już wcześniej został dokonany. Jest to, rzecz jasna, metoda niedoskonała, obarczona marginesem błędu, ale chyba jedyna możliwa w sytuacji znaczeniowego chaosu.

Ja kiedyś dokonałem takiej analizy. Stała się ona dla mnie motorem do postawienia krzyżyka przy konkretnym nazwisku. Nie dlatego, że jestem fanem reprezentowanej przez nie partii. W ogóle od polityków nie ma co wymagać, że będą doskonali. Oni mają wykonać zadanie – jak aplikacja. A z mojej analizy wyszło mi, że właśnie ta aplikacja, choć daleka od doskonałości, wykona je najlepiej. Zwłaszcza że alternatywa byłaby nie do przyjęcia.

***

Czas ani przetaczająca się przez nasz kraj moda na marsze nie sprzyjają głębokim refleksjom. Różni liderzy opinii, partyjni bonzowie i Bóg raczy wiedzieć kto jeszcze dodatkowo dbają, by nawet cień takiej refleksji nie ostudził wiecowego ognia. Mamy działać jak wytrenowane psy, które na komendę podają łapę lub robią siad. W nagrodę dostajemy plasterek kiełbaski zwanej Tożsamością.

Konkludując: nie odmawiam nikomu prawa do maszerowania pod takim sztandarem, jaki mu się podoba, ale jeśli mogę o coś prosić, to jedynie o to, by przed założeniem butów usiadł na chwilę w ciszy i zastanowił się, czy na pewno warto.


Drogi odbiorco – nie chcę się napraszać, ale jeśli materiał Ci się spodobał, byłoby mi niezmiernie miło, gdybyś polecił go swoim znajomym. Ciebie nic to nie kosztuje, a mnie pomaga dotrzeć do nowych odbiorców – takich jak Ty. Z góry wielkie dzięki.

Polecam również