Co tak naprawdę Kubrick zakodował w „Lśnieniu”?

Teorie spiskowe mówiące, że misja Apollo mogła być – częściowo albo wręcz w całości – mistyfikacją, zaczęły powstawać już w latach siedemdziesiątych. Kluczowa w tym zakresie okazała się wydana, zresztą własnym sumptem autora, w roku 1976 książka Billa Kaysinga „Nigdy nie polecieliśmy na księżyc”. Kaysing nie był jakimś nawiedzonym poszukiwaczem zielonych ludzików, lecz oficerem amerykańskiej marynarki zatrudnionym dwadzieścia lat wcześniej przez firmę Rockeddyne, która miała udział w tworzeniu stanowiących podstawę programu Apollo rakiet Saturn V.

Kaysing oszacował, że szanse zwieńczonego sukcesem wysłania żywych ludzi na srebrny glob wahały się w granicach siedemnastu tysięcznych procenta. W związku z tym, nawet biorąc poprawkę na wścibstwo Związku Radzieckiego, byłoby dla NASA po prostu łatwiej i taniej upozorować lądowanie. Wśród motywów wymienianych najczęściej zarówno przez Kaysinga, jak i innych tzw. denialistów (od angielskiego „denial”, czyli „zaprzeczenie”), była przede wszystkim chęć pokonania sowietów w kosmicznym wyścigu, zachowanie prestiżu NASA czy odciągnięcie uwagi opinii publicznej od wojny w Wietnamie.

Oczywiście jak zwykle w tego typu przypadkach teorie zaczęły się błyskawicznie mnożyć, a nawet przeczyć sobie wzajemnie. Ich wachlarz rozpościerał się od twierdzeń, że ani Apollo 11, ani żaden z jego następców nigdy nie osiadły na powierzchni księżyca, po podejrzenia, że loty nie tylko się odbyły, ale że było ich znacznie więcej, niż powszechnie wiadomo. Ba, są też ekstremiści wierzący w istnienie utajnionej misji Apollo 20, która miałaby się odbyć we współpracy z Rosjanami i której załoga rzekomo znalazła rozbity statek obcych, a w nim ciała.

Nieomal równocześnie fenomen tzw. „moon hoax”, czyli „księżycowego oszustwa”, zaczął się pojawiać w kulturze popularnej. Za doskonały przykład może posłużyć choćby scena z jednego z „bondów” – a dokładnie z „Diamenty są wieczne” z 1971 roku – w której to Sean Connery wpada do hali treningowej udekorowanej jak powierzchnia księżyca i kradnie z niej łazik. Niektórzy uważają, że właśnie to mogło mimowolnie stać się pożywką dla pierwszych teorii spiskowych, mimo iż tego rodzaju symulatory rzeczywiście były wykorzystywane, żeby przygotowywać astronautów do warunków panujących na księżycu. Wątek ten występuje i w innych filmach, między innymi w „Koziorożcu Jeden”.

Pogłoski, że w całą sprawę mogło być zamieszane Hollywood, zaczęły wypływać już mniej więcej około roku 1980. To właśnie wtedy Towarzystwo Płaskiej Ziemi oskarżyło NASA oraz rząd Stanów Zjednoczonych o konszachty ze światem filmowym. Fejkowe lądowanie miał jakoby sfinansować Walt Disney. Scenariusz podobno napisał Arthur C. Clark, a reżyserem epickiego widowiska, które zadziwiło ludzkość jak planeta długa i szeroka i na kilka chwil wzniosło ją ponad polityczne podziały – transmisję oglądano z równym zachwytem po obu stronach żelaznej kurtyny – został, ni mniej, ni więcej, sam Stanley Kubrick.

Każdy nieco obznajomiony z historią kina oczywiście natychmiast zauważy tutaj związki z „Odyseją kosmiczną 2001”. I to zarówno ze względu na nazwiska twórców, jak i na fakt, że część tego dzieła rozgrywa się na księżycu oraz prezentuje bardzo zaawansowane efekty specjalne. Podobno o pomoc do Kubricka zwrócono się jeszcze, gdy „Odyseja” była w fazie postprodukcji. Co więcej, przy realizacji filmu pomagali mu eksperci związani z NASA, nie mówiąc już o tym, że w późniejszym okresie swojej twórczości Kubrick stosował soczewki wyprodukowane przez firmę Zeiss specjalnie dla NASA. I tu oto docieramy do „Lśnienia”.

Stanowi ono niezwykle istotny element budowanej przez denialistów mitologii. Założenie jest banalnie proste: Kubricka dręczyły wyrzuty sumienia z powodu okłamania ludzkości, ale ponieważ swojego udziału w oszustwie nie mógł ujawnić wprost – zapewne groziłoby to niebezpiecznymi konsekwencjami – postanowił informację na ten temat zakodować właśnie w „Lśnieniu”. Zwłaszcza że występuje tutaj zbieżność czasowa, gdyż „Lśnienie” weszło na ekrany w apogeum rozwoju księżycowego denializmu.

Powstały co najmniej dwa filmy dokumentalne traktujące o tym zagadnieniu. O tylu wiem. Nie wliczam francuskiego mockumentary „Mroczna strona księżyca” z 2002 roku. Te dwa, o których mówię, rzeczywiście wydają się podchodzić do rzeczy zupełnie serio. Może nawet niekiedy aż zbyt serio. A są to: „Pokój 237” i „Kod Lśnienia” – oba z roku 2012. Jeśli idzie o kwestię wyśledzenia księżycowych tropów, z pewnością bardziej pomocny będzie „Kod…”, bo skupia się wyłącznie na nich. „Pokój…” z tego, co wiem, bo jeszcze go nie oglądałem, analizuje film Kubricka znacznie szerzej – i to do tego stopnia, że autorzy ponoć dopatrują się odniesień do holokaustu.

W „Kodzie” występuje taka obfitość interpretacji wysnutych z najdrobniejszych szczegółów, że chyba nie ma sensu ich tu streszczać, bo trzeba by napisać osobny bardzo długi tekst. Przywołam zaledwie kilka, by pokazać strategię.

Zabawa zaczyna się już w początkowej sekwencji. Widzimy jezioro otoczone górami, a nad nim niebo, które odbijając się w wodzie wraz z zarysem gór, tworzy kształt litery A. Wnioski? Zapowiedź wielkiego zdarzenia, które ma zajść na niebie, ale w rzeczywistości rozegra się na ziemi. „A” oznacza Apollo. Kolejnym dowodem na to ma być żółty kolor garbusa, którym Jack jedzie na rozmowę kwalifikacyjną do hotelu, i nazwa drogi, która brzmi „Zmierzając ku słońcu”. Oznacza to podróż ku oświeceniu, co z kolei prowadzi do boga Apolla nazywanego Królem Słońca.

Jack to oczywiście personifikacja samego Kubricka, a hotel Overlock, do którego zmierza, by starać się o pracę, symbolizuje NASA. Frontowy dach hotelu również przypomina literę „A”, a w pierwszym rzędzie na parkingu stoi jedenaście samochodów. Ta liczba powtarza się też w kilku innych miejscach – między innymi w hallu, w którym znajduje się jedenaście osób. Dyrektor hotelu ma ubranie w kolorach amerykańskiej flagi, więc symbolizuje rząd. Ważny okazuje się też labirynt, a właściwie to, że na początkowym ujęciu go nie widać. To według twórców filmu oznacza, że stanowi on alegorię wewnętrznego labiryntu, przez który prowadzi nas Kubrick.

Martwe bliźniaczki, które Danny widzi w korytarzu, reprezentują projekt „Gemini” (bliźnięta), który poprzedzał projekt Apollo. W krótkiej przebitce, gdy widać je leżące i całe, podobnie jak korytarz, pokryte krwią, w oknie odbijają się trzy światła. Odpowiadają one ponoć trzem astronautom, którzy zginęli w 1967 roku. Kaskady krwi i czerwone drzwi windy oznaczają amerykańskie zaangażowanie w Wietnamie. Zarówno w sensie, że USA tam utknęły (drzwi są zamknięte), jak i w barwie – czerwień to komunizm.

I wreszcie rzeczy kluczowe. Danny ma na sobie sweterek z wizerunkiem rakiety. Jej nazwa to… Tak, zgadliście, Apollo 11. Podróż, którą odbywa przez korytarz wyłożony dywanem we wzorki podobne do kształtu wyrzutni, przywodzi go do upiornego pokoju 237. Odległość z ziemi na księżyc wynosi dwieście trzydzieści siedem tysięcy mil. Pokój jest więc księżycem! Kiedy Danny wraca na dół do rodziców, na szyi ma ślady duszenia, a sweter z rakietą jest rozdarty. Matka pyta go, co się stało, ale on nie chce (nie może?) odpowiedzieć. Zupełnie jak Kubrick.

Później do pokoju wchodzi Jack i jest świadkiem, jak z wanny wynurza się naga kobieta. Ta sama, która wcześniej próbowała udusić Danny’ego. Widzimy, jak Jack stopniowo poddaje się jej czarowi. Kiedy bierze ją w objęcia, dostrzega w lustrze z przerażeniem, jak jej ciało zaczyna gnić. Na jaw wychodzi jej prawdziwa natura. W końcu Jack-Kubrick ucieka ścigany przez jej skrzekliwy demoniczny rechot. To według autorów „Kodu” miałoby symbolizować uwiedzenie Kubricka przez monstrualność i rozmach projektu, jego poddanie się tej magii mimo świadomości, że bierze udział w czymś z gruntu złym.

No i mógłbym tak jeszcze długo wymieniać, ale – jak już nadmieniłem – mija się to z celem. Co o tym wszystkim myślę? Zacznę przewrotnie, bo od samego końca. Nie mam powodu wierzyć, że misja Apollo została sfingowana. Nie jestem denialistą. Oczywiście nie wątpię, że NASA, jak każda rządowa agencja, ma niejedno za uszami, ale w tym wypadku jest na tyle dużo przekonujących argumentów, aby skutecznie obalić tezę o fałszerstwie. Jeśli ktoś by chciał bliżej się z nimi zapoznać, odsyłam do podcastu „Sonata księżycowa” na Nocnym Radiu.

Ale z drugiej strony w „Lśnieniu” rzeczywiście jest zbyt dużo tropów, by móc sądzić, że się tam znalazły przypadkiem. Moim zdaniem była to swoista intertekstualna gra Kubricka z widzami. Być może chciał wykpić teorie spiskowe albo uczcić kolejną rocznicę lądowania. A może po prostu poniosła go artystyczna wyobraźnia. „Lśnienie” to arcydzieło, które o całe lata świetlne przerosło swój pierwowzór (pewnie dlatego Stephen King tak go nienawidzi), i jako takie bez wątpienia składa się z wielu warstw, które można odkrywać niczym kolejne poziomy matrioszki.

Osobną kwestią jest to, jak daleko mamy prawo posuwać się w interpretowaniu tekstów kultury. Kiedy ogląda się „Kod Lśnienia”, bardzo wiele drobiazgów rzeczywiście zdaje się pasować. Z kolei inne są w moim poczuciu jakby dołożone na wyrost, jakby twórcy na siłę chcieli wyłuskać znaczenie ze wszystkiego, co się tylko da. Przypomina to nieco „Kosmos” Gombrowicza, w którym bohaterowie próbowali odczytać – a może raczej stworzyć – sens z przypadkowych zjawisk. A ponieważ tak dużo elementów pasuje, jesteśmy odruchowo skłonni poddać się sugestii, że interpretacja, którą się nam podsuwa, jest jedynie słuszna.

Ten film pokazuje więc moim zdaniem ogromne niebezpieczeństwo tkwiące w manipulacji. Jest niezwykle podstępny, bo podsuwając nam poszlaki, równocześnie kieruje nasz umysł ku konkretnemu wyjaśnieniu, całkowicie wyłączając inne. Warunkuje nas. Wierzymy, że Kubrick sfałszował lądowanie na księżycu, bo dostarczono nam zarówno dowody, jak i klucz do ich odczytania. W ten sposób można wmówić człowiekowi niemal wszystko. Jedynie wystarczy odpowiednio skonfigurować przekaz.

Polecam również