Na szybko o powstrzymaniu #ACTA2

No więc Parlament Europejski wykrzesał z siebie resztki normalności i odrzucił stanowisko własnej komisji prawnej w sprawie reformy prawa autorskiego, która potocznie już dorobiła się przydomka „ACTA 2”. A warto przypomnieć, że gdyby ten bubel został przegłosowany, stałby się tzw. oficjalnym mandatem negocjacyjnym do rozmów z poszczególnymi krajami członkowskimi. Nie ma jednak się co podniecać, to zaledwie odroczenie. Temat powróci na unijną agendę we wrześniu. A że to jeszcze dwa miesiące, toteż i wiele się może wydarzyć. Na przykład w kuluarach, gdzie ponoć robi się prawdziwą politykę.

Kiedy spojrzy się na rozkład głosów, wyraźnie widać, że różnica pomiędzy zwolennikami a przeciwnikami kneblowania internetu nie była aż tak znów znacząca. Wynosiła bagatela 40 szabel. No ale – jak to z żalem podkreślił sprawozdawca projektu Axel Voss z Europejskiej Partii Ludowej – jest to jednak część procesu demokratycznego. Jednocześnie obiecał, że „we wrześniu wrócimy do tej kwestii, by dokładniej się przyjrzeć i spróbować rozwiać obawy ludzi”.

Te „obawy ludzi” usiłowała zresztą rozwiewać Komisja Europejska, zapewniając żarliwie, że nie zamierza zabraniać memów ani cenzurować internetu. Ba, nawet naszych wiadomości nie planuje czytać. No, łaskawcy, prawda? A w ogóle cała ta sprawa z ACTA 2 to fake news. Ilu zaniepokojonych internautów zdołali przekonać, trudno oszacować, choć po pierwszych komentarzach na Twitterze było widać, że niezbyt wielu. No ale, jak ogólnie wiadomo, lud to taki więcej przekorny jest i zazwyczaj staje okoniem wobec pragnącej jego dobra władzy. Ot tak, dla zasady.

Co zaś do tego stawania okoniem, to – ku mojemu zaskoczeniu – ulica jednak się ruszyła. Może nie tak masowo jak przy ACTA 1, może nie ma takiej intensywnej obsługi medialnej, autorytety w „Drugim śniadaniu mistrzów” aż tak nie deliberują, cóż to z tą naszą młodzieżą się porobiło, ale problem został dostrzeżony. Ciekawe tylko, jak długo zostaną uszanowane idealistyczne wezwania, aby na protestach nie pojawiały się absolutnie żadne partyjne flagi. Moim zdaniem niedługo. No ale ja defetysta jestem.

Nawet Wikipedia postanowiła zaprotestować, odcinając dostęp do swoich stron. Zresztą już wcześniej prowadziła akcję zachęcającą do czynnego oporu. W praktyce – jak usłyszałem wczoraj od pewnej osoby zatroskanej o wolność w sieci – wyglądało to tak, że po kliknięciu w wyświetlający się po wejściu na Wikipedię banner poproszono ją o podanie numeru telefonu, a gdy go posłusznie wklepała, oddzwonił do niej automat, który poinformował, że zostanie połączona z biurem europosła Jerzego Buzka. I połączenie nawet nastąpiło. Tyle tylko że przez dziesięć minut nikt nie podnosił słuchawki, aż w końcu bojownik o cyfrową wolność się zniecierpliwił.

Ale o co tak naprawdę toczy się ta gra? Na pewno nie o internet. Gra, Drodzy i Szanowni, toczy się o świadomość. O to, co i jak będziemy myśleć. Internet to jedynie narzędzie w tej walce. Narzędzie, dodajmy, okrutnie niedoskonałe – już w tej chwili skolonizowane przez globalne koncerny, którym co jak co, ale swobodna wymiana idei i informacji na pewno na sercu nie leży. Co to, to nie! Wszak działamy w ramach stworzonej przez nie infrastruktury, publikujemy na zarządzanych przez nie portalach itp.

Więc nie, nie, internet na pewno nie jest żadną utopijną oazą wolności. Porzućcie wszelkie mrzonki w tym temacie. Ale jest – wciąż! – najbliżej tego ideału. Najbliżej, jak to możliwe w naszym chorym, smutnym świecie. I jako taki będzie bezustannie atakowany i będą próby jego ujarzmienia.

Tak więc bitwa może i wygrana, można walnąć się na trawie i osuszyć parę piw, ale wojna trwa. I będzie trwać.

Czy zbliża się koniec internetu, jaki znamy?

Fot geralt/Pixabay

Polecam również

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.