Na każdy temat przy krojeniu kurczaka

Cechą internetu, która z biegiem czasu zyskuje moje rosnące uznanie, jest to, że umożliwia on powroty do przeszłości. Stanowi istną kopalnię archiwalnych materiałów tuż na wyciągnięcie myszki, czy też coraz częściej palca. Roboczo podzieliłem je na dwie podstawowe podgrupy: „zobacz, jak było” i „przeżyj to jeszcze raz”. Wspólny mianownik zwykle osiągają tam, gdzie w grę wchodzą lata dziewięćdziesiąte. Programy telewizyjne z tamtego okresu – całe albo we fragmentach, zależnie od zasobów – oglądam ostatnio wręcz pasjami. Nazywam to apgrejdem pamięci.

Chce z tych rozczłonkowanych puzzli jakoś poskładać ducha epoki, pouzupełniać białe plamy wspomnień, opowiedzieć sobie miniony świat i na nowo – z bagażem wiedzy albo wówczas niedostępnej, albo z racji wieku ignorowanej – osadzić siebie na jego tle. Chłonę wszystko, do czego uda mi się dotrzeć, od rozrywki, po publicystykę. Ta ostatnia zresztą wtedy w ogóle nie leżała w polu moich zainteresowań, więc nawet posiadając dziś niezłe teoretyczne pojęcie, jak skrajnie była jednostronna i ukierunkowana na konserwowanie pookrągłostołowej ortodoksji, nieraz nie mogę powstrzymać się od zdumienia. Lecz chyba jeszcze bardziej zaskakuje mnie, że im więcej powtórek zaliczam, tym wyraźniej spod mgły kolorowego rozedrgania wynurza się spójny obraz.

YouTube prześwietliło algorytmy moich wyszukiwań na wskroś, więc gdy je odpalam, kupka bezbłędnie wyselekcjonowanych nagrań zwykle już czeka. Zdarza się również, że wrzuci coś nieoczekiwanego. Tak jak niedawno, kiedy zamiarując uprzyjemnić sobie krojenie większych ilości piersi z kurczaka, trafiłem na odcinek pionierskiego w Trzeciej Najjaśniejszej talk show „Na każdy temat”. I to który! Drugi. Prawdziwy rarytas. A do tego od razu o skandalach oraz z gośćmi uchodzącymi w tej dziedzinie za ekspertów.

nkt2

Nie dam głowy, czy widziałem ten akurat odcinek w wieczór premiery, choć postać Andrzeja Wojciechowskiego upewnia mnie, że „Na każdy temat” zacząłem śledzić raczej dość szybko. Wojciechowski prowadził go krótko. Po bodaj trzech miesiącach zmarł, zaś z helikoptera na nieistniejącym dachu wieżowca Polsatu zaczął wysiadać Mariusz Szczygieł, który wyglądał i brzmiał jak leszcz. Ta jego ulizana fryzurka! Co znamienne, pomimo że to właśnie Szczygieł stał się ikoną tego programu, lektor nigdy nie nazwał go „znanym i lubianym”. Pamiętam, że „Na każdy temat” leciał nieprzyzwoicie późno, a na dodatek jakoś w środku tygodnia, toteż wgapiałem się w telewizor z duszą na ramieniu, czy aby matka zaraz nie wparuje do pokoju i nie zagoni do spania. Do szkoły musiałem wstawać o wpół do szóstej.

Wojciechowski w swoich eleganckich garniturach i z nienagannymi manierami, każącymi mu z wyrozumiałością patrzeć na krzywizny ludzkich charakterów, to był taki nasz tutejszy Jerry Springer. Może zresztą świadomie się na nim wzorował. Ale że tu była Trzecia Najjaśniejsza a nie Ameryka, to i kontrowersje należało dobierać na lokalną miarę. Z dłuższej perspektywy może śmieszyć zarówno skrycie maglarski ton, z jakim mówiło się tam o zdradach czy seksie w szkole, jak nieodzowna dla produkcji wczesnych lat 90 otoczka prowincjonalnego glamour, ale trzeba przyznać, że miało to swój urok. Drzyzga dopiero szykowała się do nadania pojęciu „magiel” zupełnie nowej jakości.

Dla kogoś, kto stawia sobie za cel uchwycenie klimatu danego czasu, teksty kultury masowej powinny być obowiązkową lekturą – na równi z ówczesną publicystyką i pracami historyków. Interpretowane według właściwych kluczy często odsłaniają w pigułce to, co na pierwszy rzut wydaje się nieoczywiste albo wręcz nieprawdopodobne. Dla mnie takim doświadczeniem był właśnie ów odcinek o skandalach. Znad pryzmy kurczęcego mięsa zerkałem nań z niekłamaną fascynacją. Nie ze względu na to, jak ewoluował Kukiz, ani jak niezmienny pozostał Urban.

W niesamowitym stężeniu wystąpiły tam wszystkie elementy konstytutywne dla III RP. Było oswajanie zacofanego, nietolerancyjnego ludu z obyczajowymi skrajnościami – podejrzewam, że bezpruderyjność, z jaką Jerzy Nasierowski rozprawiał o swoim homoseksualizmie, mogła szokować już choćby przez samo to, że poruszano tę kwestię w telewizji, a nie w pokątnych żarcikach o pedałach. Był kult autorytetów uosobiony przez zajmującego komentatorską sofę Adama Hanuszkiewicza, który tyleż nabożnie, co autorytatywnie, naucza, jak tychże pedałów należy bezwzględnie szanować. Był podwórkowy antyklerykalizm Kukiza rodem z artykułów „Nie” o księdzu, co to po pijaku mercem płot rozwalił. Swoją drogą Kukiz w ogóle jakoś nie wyglądał tam na swoje 31 lat. No i wreszcie wisienka na torcie – sam Urban.

Jeśli uzmysłowimy sobie, że ledwie dekadę wcześniej ówże Urban jako rzecznik rządu szczuł na ks. Jerzego Popiełuszkę, to uśmiechy i oklaski publiczności muszą wzbudzać zaskoczenie. Dziwi, że Nasierowski nie miał problemu z występowaniem w jednym studiu z człowiekiem, który nie tylko nie zaprotestował przeciwko zorganizowanej przez MSW nagonce na osoby homoseksualne, lecz zaprzeczał, jakoby kiedykolwiek miała miejsce. A może właśnie wcale nie powinno dziwić? Wszak – jak głosiła oficjalna doktryna III RP, wtedy, u jej zarania, nie podlegająca dyskusji – wszyscy urodziliśmy się po 1989 roku. A już niebawem wybierzemy przyszłość oraz styl.

Jak to parę lat później na płycie „Z gitarą wśród zwierząt” śpiewał Big Cyc: Kwas jest żrący i wypali nawet bardzo tęgi mózg, naród chce czerwonej gwiazdy, krzyczy więc: komuno wróć! Urban, nawiasem mówiąc, też miał rację, że dziś – to znaczy wtedy, a co dopiero w obecnym dziś – zdjąć publicznie portki to żaden skandal. Jako naczelny ideolog panświnizmu na pewno wiedział, że o wiele skuteczniejsze efekty przynosi wypięcie gołego tyłka i strzelenie gównem w wentylator. Pod brązowym deszczem prawdziwe skandale pozostaną bezpiecznie ukryte.

Polecam również