Na bocznym torze życia

Właściwie nie za bardzo wiem, jak określić tego typu filmy. I nie chodzi mi o żadne oficjalne nazewnictwo, lecz o taką moją zupełnie prywatną, intymną typologię. Filmy z duszą? Filmy z ubocza? Nigdy się nad tym nie zastanawiałem, nie odczuwałem potrzeby ich klasyfikowania. Nie mogę też powiedzieć, bym jakoś wybitnie często po nie sięgał. Mimo to zajmują w moim sercu szczególne miejsce. Gdy już zdarza mi się je oglądać, celebruję duchowo ten fakt. Jest to dla mnie mała uczta ciszy i subtelnych wzruszeń. Chyba też zazwyczaj pozwalam sobie na nią, kiedy czuję, że napór tu i teraz zbliża się do punktu krytycznego. Dobrze wtedy sobie przypomnieć, że życie toczy się też na bocznych torach.

Po raz pierwszy zobaczyłem „Dróżnika” w telewizyjnym cyklu Grażyny Torbickiej „Kocham kino” i podobnie jak przy „Ukrytych pragnieniach” czy „Ale jazda” od razu zrozumiałem, że nie było to nasze ostatnie spotkanie. I bynajmniej nie szło tylko o to, że potrafiłem się wczuć w sytuacje Fina. Prawdę mówiąc ten akurat czynnik – do którego za chwilę wrócę – odgrywał najmniejszą rolę. Decydująca była właśnie owa specyficzna aura poboczności, która nawet w niezależnych autorskich projektach albo nie zawsze dobrze wybrzmiewa, albo po prostu nie stanowi clou opowieści. Potem długo polowałem na kolejną emisję „Dróżnika”, żeby móc go sobie nagrać na DVD. Płytkę zarzucam raz na dwa-trzy lata. A ostatnio znów jakoś tak mnie wzięło.

Wszelkie zachwyty krytyków i jak rzadko kiedy zgodnych z nimi widzów są w wypadku tego obrazu w pełni uzasadnione. Za pomocą naprawdę minimalnych środków Tom McCarthy dał popis magicznej poezji – niby eksplorującej codzienną banalność, ale przy tym nie osuwającej się w artystowski kicz. Uniknął też wpakowania się na inną niebezpieczną rafę, a mianowicie pchnięcia fabuły ku dydaktycznej rozprawce o tolerancji wobec odmienności. Ułomność Fina teoretycznie ma tu znaczenie, bo stanowi szkielet, na którym McCarthy buduje historię, ale w ostatecznym rozrachunku staje się całkowicie przeźroczysta.

Dzieje się tak być może dlatego, iż – jak w bardzo wielu produkcjach z tego worka – wszyscy bohaterowie są w jakiś sposób inni, wyautowani, nie płyną w głównym nurcie rzeczywistości. Pokazuje to już otwierająca scena, gdy poznajemy cierpiącego na karłowatość Fina oraz jego małomównego przyjaciela Henry’ego. Warto tu w ramach dygresji dodać, że postać Fina okazała się dla kreującego ją Petera Dinklage’a trampoliną do sporej kariery, co z pewnością nie jest łatwe w przypadku „aktorów charakterystycznych”. Szerokiej widowni jest znany chyba przede wszystkim z występów w telewizyjnej ekranizacji „Gry o tron”, za którą otrzymał nagrodę Emmy.

W galerii outsiderów znajdziemy ponadto nadpobudliwego sprzedawcę przekąsek Joego oraz Olivię – niezdarną i na pozór ekscentryczną artystkę, która od kilku lat bezskutecznie usiłuje pogodzić się ze śmiercią dziecka. Losy całej trójki splatają się, kiedy Fin otrzymuje w spadku po Henrym kawałeczek ziemi z nieczynną budką dróżniczą i postanawia się tam przenieść, by żyć z dala od nieakceptującego jego wyglądu społeczeństwa. Po drodze do akcji przyłącza się jeszcze nieco zahukana bibliotekarka Emily, która nie wie, jak powiedzieć chłopakowi, że jest z nim w ciąży, oraz otyła nastolatka Cleo, która dzieli pasję Fina do pociągów. Ich wzajemne relacje, mimo iż przechodzą całą gamę faz od nieufności przez stopniowe zaprzyjaźnianie się i wystawiający je na próbę kryzys, są, tak jak cały ten film, wyciszone i stonowane, co jednak nie oznacza, że brak w nich prawdziwej dramaturgii. Może dzięki temu tym lepiej ją widać?

Owo wyciszenie i stonowanie w osobliwy sposób dotyczy Fina, a konkretnie jego statusu jako głównego protagonisty. Bezsprzecznie nim jest, jednak im głębiej wsuwamy się w fabułę, tym wyraźniej akcent przenosi się na sytuację jako taką i na to, że Fin jest jak gdyby jej kreatorem, jej kołem zamachowym, które poniekąd mimowolnie wprawia w ruch kolejne epizody, To on sprawia, że dotąd zakleszczeni w swoich małych, hermetycznych światach Joe, Olivia, Emily i Cleo poznają się bliżej. Wystarczy samo jego pojawienie się. Może zresztą po części do tego odwołuje się tytuł filmu. W pewnej chwili pada w nim zdanie, że kiedyś dróżnik nie był tylko facetem od otwierania i zamykania szlabanu. W jego budce można było kupić papierosy, coś zjeść, pogadać. Dróżnik zatem był tym, kto otwierał ludzi, integrował ich, sprawiał, że rodziły się więzi. Dokładnie tak jak tu.

dróżnik

Osobisty dramat Fina najpełniej uwidacznia się w dwóch scenach. W barze, gdzie upija się po kłótni z Olivią, i wydaje mu się, że wszyscy się na niego gapią niczym na dziwadło z gabinetu osobliwości, oraz w szkole Cleo, gdy decyduje się pokonać kompleksy i wygłosić w jej klasie referat o kolei. Jest to chwila jego triumfu – zwłaszcza kiedy dzieciaki zamiast indagować go o wzrost, zaczynają wykazywać autentyczne zainteresowanie dziejami kolejnictwa. Kalectwo zostaje w tym momencie unieważnione. Przeistacza się w po prostu jeszcze jedną cechę, taką jak kolor oczu czy kształt ust. Staje się przeźroczyste.

No tak, ale wspomniałem, że potrafię się odnaleźć w skórze Fina. Muszę się przyznać, że tak namacalnie zdałem sobie z tego sprawę dopiero teraz, oglądając „Dróżnika”… który już raz? Piąty? Nie wiem, może to kwestia wieku i tego, że moja własna niepełnosprawność dokucza mi coraz silniej. Nie w sensie, że postępuje – po prostu coraz bardziej mnie wścieka, uderza jak spóźniona fala. Jeszcze parę lat temu bagatelizowałem zarówno wpływ wady wzroku na moje życie, jak i szereg wynikających z niej kompleksów. Gdy wzmaga się świadomość, ile możliwości zostało ci odebranych, także one atakują ze zdwojoną siłą. Aż za dobrze wiem, jak to jest, gdy wbrew rozsądkowi wydaje ci się, że wszyscy wytykają cię palcami.

Ale podczas ostatniego seansu uświadomiłem sobie coś jeszcze, coś tym razem zdecydowanie na plus. Odkryłem, dlaczego ten film mnie uwodzi i dlaczego wciąż do niego wracam. Chodzi o kolejową pasję Fina. Pasję? Dobre sobie! Toż w jego wypadku to istny fioł. Obaj z Henrym należeli do klubu, którego członkowie spotykali się, żeby całymi godzinami toczyć dyskusje o modelach wagonów, magistralach czy połączeniach, i oglądać amatorskie nagrania „łowców pociągów”. Fin zaś całymi godzinami może siedzieć na ławce i kontemplować pusty wiadukt, czym w końcu zaraża Joego.

Nie, nie chodzi o to, że jarają mnie lokomotywy, rozkłady jazdy lub mozaiki szyn. Piękne jest to, że można mieć tak bardzo absorbujące hobby i przez nie konstruować swoją autonomiczną przestrzeń. We współczesnym świecie, w którym prywatne stapia się z publicznym, w którym wybuchy bomb i spory polityków często wydają się bardziej realne, niż własny fotel, potrzeba niszy, w której można się skryć, staje się tym bardziej dojmująca. Fin to podręcznikowy okaz ekstremalnego nerda i chyba trochę mu tego zazdroszczę, nawet jeżeli utrzymuję, że zjawiska nerdowstwa nie kumam. Bo „Dróżnik” to też jest właśnie film o eskapizmie, o zamykaniu się w czterech ścianach i niewpuszczaniu skrzeczącej rzeczywistości.

Ale też i o tym, że na dłuższą metę niezdrowo jest trwać w skorupie izolacji. O tym, że każdy potrzebuje drugiego człowieka. To takie proste i takie banalne, ale jakże przecież prawdziwe. I wreszcie o tym, że trzeba pokonywać ograniczenia. Ograniczenia, które absolutnie wszyscy w sobie nosimy, bez względu na to, czy jesteśmy wysocy i umięśnieni, czy też borykamy się z kalectwem. Bariery zawsze tkwią przede wszystkim w naszych głowach.

Polecam również