Mzimu postępu

W powyborczy poranek, kiedy większość członków Pierwszego Zjednoczonego Kościoła św. III RP wciąż zbierała zęby z podłogi po zwycięstwie PiS, Jacek Żakowski powiedział w TOK FM rzecz niezwykle znamienną. A mianowicie, że nie sprawdzi się wariant modernizacji bez modernizmu, zmiany technologicznej bez zmiany kulturowej. Żakowski tezę tę lansuje od lat z uporem godnym lepszej sprawy, choć dowody empiryczne w oczywisty sposób jej przeczą. Weźmy tu choćby Chiny, gdzie gospodarczy boom bez większych przeszkód koegzystował z kompletnym zabetonowaniem społecznej świadomości przez totalitarny ustrój. Kto potrzebuje demokracji, jeśli jej brak nie wyklucza pełnej lodówki.

Oczywiście zagadnienie bynajmniej nie jest aż tak bajecznie proste. A też i przykład Państwa Środka nie najszczęśliwszy. Nie chodziło mi jednak o to, by wejść z Żakowskim w polemikę, lecz o to, by wyciągnąć na światło dzienne pewien wspólny dla intelektualistów jego pokroju mechanizm absolutnie dewocyjnej wiary w nieuchronność Postępu. Nieprzypadkowo zapisuję ten wyraz wielką literą. Zresztą kolejny, przed którym należałoby nacisnąć Caps Lock, brzmi: Zmiana. Tworzą one – o ile wolno mi się tak odrobinę bluźnierczo wyrazić – Świętą Dwójcę w bliskiej sercu Żakowskiego lewicowo-liberalnej metafizyce, która wyrugowawszy Boga, te właśnie pojęcia deifikowała, by mieć transcendentny punkt odniesienia, tudzież uzasadnienie dla prowadzonej z iście apostolską żarliwością inżynierii społecznej.

Marksizm, heglowskie ukąszenie i ducha dziejów zostawmy sobie na inną okazję. Napisano o tym już tyle, że urządzanie tutaj kolejnego repetytorium mijałoby się z celem. I nie żeby obóz konserwatywny nie miał swoich bożków! Posiada je jak najbardziej i równie bałwochwalczo – owszem, zdarza się – bije przed nimi pokłony, poświęcając na ich ołtarzu zdrowy rozsądek i rzeczywistość. Tam antytezą Postępu byłaby oczywiście Tradycja, rewersem przekonania, że idea narodu zdewaluowała się we współczesnym świecie – operetkowy patriotyzm; itd. Jeden czort.

Przecież, fundamentalnie biorąc, sedno nie tkwi w tym, jakim wartościom się hołduje, ani też co uważa się za priorytet. Tylko ostatni idiota negowałby trywialny fakt, że świat się zmienia. Widzimy to na każdym kroku, sami tego doświadczamy, jesteśmy przedmiotem i podmiotem zmian. Tyle że czym innym są zupełnie naturalne procesy cywilizacyjne lub społeczne, czym innym natomiast opatrywanie ich jakimiś kategorycznymi atrybutami, jak czyni kanonizująca Postęp lewica. Pamiętam, jak przy okazji Euro 2012 ściąłem się ze znajomym odnośnie granic – on na tym, że jego kuzynka może dziś swobodnie śmigać między Wielką Brytanią i Polską, skonstruował cały sofizmat o tym, jak to rychło Europa zażegna plemienne antagonizmy i się przerodzi w superpaństwo, gdy zaś dla mnie był to przede wszystkim przejaw spontanicznego ruchu, któremu po prostu akurat sprzyja geopolityka oraz rozwój komunikacji lotniczej.

Czyli, innymi słowy: można sobie farbować włosy na zielono lub nie; problem zaczyna się w momencie, gdy podnosimy to do rangi reguły, a jeszcze bardziej, kiedy usiłujemy narzucić ją ogółowi, nie zważając, czy ówże tego w ogóle chce. Tak pryncypialnie definiowana kategoria Postępu jest nader użyteczna dla kulturowej lewicy, o czym niezrównany red. Żakowski jakoś zawsze zapomni nadmienić. Dzięki niej można wygodnie i w miarę bezproblemowo wtłaczać ludziom wszystko, co tam światli wyzwoliciele mas aktualnie wymalują sobie na sztandarach. Wystarczy utożsamić to z nowoczesnością, a ewentualny opór złożyć na karby głupoty albo… klerykalizmu.

I nie, oś sporu absolutnie nie przebiega dziś pomiędzy zwolennikami postępu a zwolennikami zacofania, zwanymi pogardliwie obrońcami tradycyjnych wartości. Takie postawienie sprawy urąga mianu intelektualisty, który powinien zwalczać umysłowe i językowe kalki miast w nie ślepo brnąć. To jest po prostu retoryka cepa! Prawdziwą linię podziału – dziś i zawsze – kreśli rozsądek. I niestety tak się dziwnie składa – niestety dla jednych, stety dla innych – iż zwykle jego dysponentem jest strona konserwatywna. Bo niezależnie jak bardzo krytycznie byśmy się odnosili do hołubionych przez nią bóstw, nie da się nie zauważyć, że aksjologia, którą usiłuje bronić, wywodzi się z mniej bądź bardziej powszechnego doświadczenia, podczas gdy Postęp trzeba nieść na bagnetach.

A cała ironia losu, której Żakowski oraz bliskie mu środowiska albo naprawdę nie widzą albo usilnie wypierają, nie umiejąc się pogodzić z klęską, polega na tym, że ta wyczekiwana przez nich zmiana kulturowa rzeczywiście nastąpiła. Tyle że w niewygodnym dla nich kierunku. Ot i niespodzianka. Tyle gardeł i klawiatur zdartych do cna na mantrowaniu o Europie, tolerancji i otwartości i nic. Okazuje się, że związki partnerskie, tęcza na Zbawiksie, dzieci ze szkła oraz nieskazitelni jak anioły imigranci wcale nie są niezbędni do szczęścia. Ci zaś, co tyle tokowali o szacunku dla odmienności, dziś egzamin z niej sami zdają bardzo brzydko.

Przy czym ja osobiście nie przeceniałbym owego mitycznego zwrotu w prawo młodych. Bunt musi znaleźć wyraz, a w tym przypadku znalazł go właśnie w konserwatywnych postulatach. Ja sam – choć może do stanowiącego języczek uwagi pokolenia łapię się tuż na granicy – nie czuję się ani o krztynę bardziej prawicowy niż, powiedzmy, dziesięć lat temu. Zbuntowaliśmy się chyba przede wszystkim przeciwko kłamstwom, przeciwko sprzecznościom, które co rusz wyłaziły spod cukierkowej fasady, przeciwko wbijanej nam na chama lewackiej ideologii. Że to reaktywne? Incydentalne? Może tak, może nie. Się pożyje, się zobaczy. Ale kiedy się mówi „dość”, to znaczy „dość”. Ni mniej, ni więcej.

Nam się już opatrzyło wieczne jojczenie elit, jacy to jesteśmy zacofani, ksenofobiczni, jak to wiele jeszcze mamy do nadrobienia, żeby kolorowa, normalna Europa uznała nas za swoich. Wisi nam i najserdeczniej powiewa, co piszą o nas w „Die Tageszeitung”, „Financial Times” i „Le Monde”. Zachodu wcale nie musimy, ani nie chcemy gonić, bo czujemy się jego częścią – bez certyfikatu z GW i „Polityki”. A jeśli Zachodowi się nie podoba, jacy jesteśmy, to niech – kolokwialnie mówiąc – spada na bambus. Bez niego też się obejdziemy. Pies w mordę lizał strefę Schengen i unijne kroplówki. Nie będziemy się kajać za Żydów, których nie goniliśmy do komór gazowych. Hasła postępu i nowoczesności na naszych oczach bankrutują i walą się w pył, więc czujemy się zwolnieni z obowiązku ich powtarzania na własnej skórze. Małpy są w zoo.

Ostatecznym weryfikatorem wszelkich ludzkich działań zawsze jest rzeczywistość, której, jak wiadomo, utopiści i fanatyczni ulepszacze nie lubią. Ich modus operandi zawsze wygląda tak samo: najpierw, oczywiście w imię postępu i szczęścia, tworzy się fikcyjny problem, po czym się go hucznie rozwiązuje – nierzadko metodami zamordystycznymi. Jest to logika nie tylko skrajnie deterministyczna w sensie przeświadczenia, że zmiany są nieodzowne, lecz w sensie ich wektora. Jego strzałka może wskazywać wyłącznie w lewo. No a gdyby jakimś cudem się przekręciła, krzyczy się ze świętym oburzeniem, że świat nie stoi w miejscu. Ach, skąd my to znamy? Stare sztuczki.

Dwa-trzy lata temu uważałem, że trzeba, a nawet powinno się z tymi ludźmi dyskutować. Rok temu potrafiłem się z nich śmiać. Teraz mogę jedynie ziewać z nudów. Mowa trawa, bełkot z chmur, czysta obcość. Jakbym słuchał zaklęć mamrotanych z tępym uporem przez opartego o latarnię pijaczka, który nie przyjmuje do wiadomości, że wlał w siebie o jedno piwo za dużo. A pomijając wszystko inne: i tak wiadomo, o co tu chodzi. Odsuwanie PiS od władzy zaczęło się pół minuty po ogłoszeniu wyników Exit Poll, więc wszyscy Żakowscy, Lisowie i Środy na gwałt rozpoczęli produkcję amunicji. Niczego się nie nauczyli. Ich pociski trafią w płot.

Poprzednie