Mój dyletancki kac pomundialowy

Może w to nie uwierzycie, ale przewidziałem, że „nasi” odpadną. Luba ciosała mi za to kołki na głowie. Że defetyzm, brak patriotyzmu i takie tam. Ale ja wiedziałem. Niewykluczone, że to po prostu taki dyżurny pesymizm. Dzięki niemu nic się nie traci. Jeśli wyjdzie na twoje, to się przynajmniej nie rozczarujesz, a jeśli nie – miła niespodzianka. No więc klęska mnie nie zaskoczyła, lecz już jej wynik jak najbardziej. Zero do trzech? Serio? To chyba jakiś ponury żart. Do tej pory sądziłem, że tylko politycy są zdolni do tak widowiskowych kompromitacji. To się na żadnej cholernej skali nie mieści. Litości!

Jako futbolowy dyletant oczywiście nie zamierzam się tu wymądrzać na temat techniki gry. Choć jak najbardziej uważam, że istnieje granica śmieszności, poza którą nawet specjaliści powinni już najzwyczajniej machnąć ręką. I w mojej absolutnie amatorskiej ocenie „nasi” tę subtelną granicę przekroczyli. Zaskoczyło mnie jednak, że mimo wielokrotnie deklarowanej obojętności wobec piłki i niezrozumienia towarzyszących jej emocji tym razem tak głęboko się zaangażowałem. Nie, meczu nie włączyłem, jednak pilnie, i z narastającym niepokojem, nasłuchiwałem ciszy za oknami, co jakiś czas zaglądając do netu.

Potem zacząłem się nad tym trochę zastanawiać. Mój brak zainteresowania piłką zawsze składałem na karb wady wzroku. Może też pewną rolę odgrywała niechęć do zbiorowych uniesień, jakaś podejrzliwość, taki typowo inteligencki – wyniesiony z czasów hegemonii „Wyborczej” – strach przed kolektywizmem, w którym roztapia się indywidualność. A przed kolektywizmem ustrojonym w barwy narodowe to już w ogóle. No po prostu czysty jandyzm. Ale może chodzi o coś więcej?

Na przykład o to, że odkąd pamiętam, zawsze byliśmy pośmiewiskiem dużych piłkarskich imprez. Wiem, wiem, Wembley! Wielka legenda, nieomalże mit, do którego wzdycha kilka pokoleń. Ale mnie jeszcze na świecie nie było. Hiszpania w ’82? Kuźwa, miałem wtedy trzy lata! Na Euro jeszcze gorzej. Ten ćwierćfinał sprzed dwóch lat to chyba jakiś wypadek przy pracy, niedopatrzenie losu. Nigdy nie było mi dane doświadczyć prawdziwego sukcesu, poczuć, jak to jest, gdy się naprawdę liczysz, gdy raz jesteś na wozie, raz pod wozem, ale ogólnie sinusoida w górę. Zawsze tylko zbieranie szczęki z podłogi i nieśmiertelne „nic się nie stało”. Żenada. I to w takim naprawdę najgorszym polskim stylu.

Te idiotyczne kapelusze, krzykliwe szaliki, malowanie twarzy, ten wieczny entuzjazm wbrew kolejnym upokarzającym kopnięciom w tyłek i pokazywaniu nam, gdzie nasze miejsce, gdy duzi chłopcy się bawią… to rzeczywiście kiedyś mnie śmieszyło, może nawet budziło lekkie politowanie, pachnąc zgubnym dla polskiej duszy romantyzmem. Lecz teraz coraz bardziej mnie to wzrusza. Mamy prawo czuć się dumni jako wspólnota. Mamy, do cholery, do tego prawo! Zasłużyliśmy na to. Żaden Verhofstadt, Janda czy Eliza Michalik nie mogą nam tego odebrać.

Czytam teraz książkę Hillary Clinton, w której tłumaczy się, dlaczego przerżnęła swój mecz o Biały Dom. Oczywiście jedzie tam po Trumpie jak po burej suce. Oczywiście wszystkiemu jest winna ta zła prawica i płciowe stereotypy. Lecz jedna rzecz mnie uderza: niezachwiane przekonanie, że America first. Nie wyobrażam sobie, żeby ona, Trump czy nawet Sanders umniejszali własny kraj, i to niezależnie jak bardzo by się między sobą żarli. U naszych tzw. elit to niestety nie jest regułą. Dlatego tym bardziej rozumiem tę potrzebę wspólnotowości.

Dziwię się, że lokujemy ją akurat w piłce nożnej, w której nigdy nie byliśmy, nie jesteśmy, i raczej nie będziemy potęgami, ale niech tam. Jak to się mawia: o gustach się nie dyskutuje. I dlatego jest mi po prostu strasznie przykro. Mam w nosie Nawałkę, Lewego, Milika, Glika i całą tę kuriozalną, pozerską szopkę wokół nich. Przykro mi ze względu na tych wszystkich ludzi, którzy znów muszą łykać żabę. Gdyby „nasi” mieli odrobinę honoru, oddaliby mecz z Japonią walkowerem. Tak, wiem, że to niemożliwe, ale tak przynajmniej byłoby godnie. A po powrocie do kraju powinni zerwać wszystkie reklamowe kontrakty, co zapewne jest jeszcze bardziej niemożliwe.

Nie wiem, w czym tkwi problem, choć – jak przypuszczam – nie dotyczy on jedynie kwestii trenera bądź tych konkretnych zawodników. Może to po prostu nasz odwieczny narodowy jakośtobędzizm, który sprawdza się przy kładzeniu glazury – a i to przecież nie zawsze – choć już nie, gdy trzeba stawić czoła prawdziwemu wyzwaniu. Może to więc jakaś głębsza cecha, która akurat w piłce manifestuje się szczególnie widowiskowo. Jej rewersem jest zaś ten nasz iście ośli upór w stawianiu na przegrane fronty.

Jest tyle dziedzin, w których Polacy są naprawdę znakomici. I nie mówię nawet o krążących dzisiaj po fejsie statusach w stylu: „w noblach z literatury wynik Polska – Kolumbia to wciąż 4:1”. Wiecie na przykład, kto to jest Sebastian Kawa? Nie? Ja też do dziś nie wiedziałem. A jest to dwudziestokrotny złoty medalista mistrzostw świata w szybownictwie, od wielu lat w czołówce światowego (to chyba powinno coś dla was znaczyć, prawda?) rankingu pilotów szybowcowych. No ale wszyscy za to wiemy, kim są totalni luzerzy z naszej pożal się Boże reprezentacji. Nie można telepudła włączyć, żeby się na któregoś z nich nie napatoczyć.

Jak celnie zauważył w swoim komentarzu na portalu „Rzeczpospolitej” Bogusław Chrabota: ptak dodo nie poleci. I być może trzeba sobie jasno powiedzieć, że tak, polscy piłkarze są gorsi. Tak po prostu gorsi. Może sami z siebie, a może dlatego, że oni – lub ktoś, kto nimi rozporządza – nie rozumieją – że współczesny futbol jest już inny, niż kilka dekad temu. I to jeszcze daliśmy dowód swej ignorancji gdzie? W Rosji! Ze wszystkich miejsc na tej ziemi akurat w Rosji! A tak blisko już było do murów Kremla, co?

Może się mylę, ale wydaje mi się, że tym razem naprawdę coś się skończyło, przełamało. A może to tylko nadmiar optymizmu i gdy otworzę telepudło, znów wyskoczy z niego Lewy, a moi rodacy z tą cudowną ułańską fantazją zaśpiewają „już za cztery lata, już za cztery lata”. Co będzie za cztery lata? Nic, synu, nic, zero. Śpij dalej, śnij o Maracanie i parówkach pana Nawałki. Dobrze, że choć „Prawdziwe kłamstwa”, które zaraz po tej żałosnej farsie poleciały na Polsacie, trzymają poziom.

Prawdziwe kłamstwa. No, no, tkwi w tym jakaś metafora. A może ukryty przekaz?


Grafika FANGOL.pl

Polecam również

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.