Motywacyjny felietonik sylwestrowo-noworoczny

To naprawdę niewdzięczne zadanie pisać felieton przeznaczony do publikacji w taki dzień. No bo niby o czym miałby traktować? Żaden „zwykły” temat jakoś nie pasuje, a zabawy w podsumowania i rankingi wszelkiej maści uskuteczniają wszyscy, więc zaraz by powiedzieli, że Królik zgapia, że się skończył, wypalił, że już nic oryginalnego nie jest w stanie ze siebie wydusić. Osobiste wynurzenia? No, może. Raz na tzw. ruski rok to nawet dobrze robi, lecz nie należy z tym przesadzać, bo przecież trzeba ofiarować czytelnikom wymierną wartość. W końcu piszesz dla nich, nie dla siebie.

Nie pisałbym w ogóle, gdyż nie odczuwam przymusu robienia „okolicznościówek”, ale kilka tygodni temu postanowiłem, że od teraz do odwołania będę publikował tylko raz w tygodniu, za to zawsze w niedzielę. A tak się akurat składa, że w tym roku niedziela jest sylwestrowa. No więc, rad nie rad, niepomny tego, że za oknami już strzelają, zakasuję rękawy i siadam do komputera. Ależ poświęcenie, co? Taki iście anglosasko-protestancki etos pracy, którego niewątpliwie warto się uczyć. Zresztą wdrożenie go jest mym nieustającym postanowieniem noworocznym. Wierzę głęboko, że kiedyś uda mi się je wypełnić.

Poniekąd już zacząłem. Pomyślałem, że wreszcie wypadałoby się wziąć na poważnie za te książki. No bo kiedy, jeśli nie teraz? Czas ucieka, status wieczności niepewny, więc zostają tylko chwile. Te chwile, które podobno już się nie powtórzą. A fakty przedstawiają się tak, że po prostu trudno pogodzić intensywne blogowanie z pisaniem książek i codzienną pracą w radiu. Swoją drogą, gdyby rok temu ktoś mi powiedział, że będę pluł w gąbkę, popukałbym się w czoło. Co zaś tyczy się bloga, to przez te ostatnie kryzysowe lata ratował mnie przed kompletną zapaścią twórczą. Ale też pomógł mi z niej wyjść.

I choćby z tego względu zamykanie go byłoby zwykłą niewdzięcznością. Jednak nie tylko z tego. Po prostu polubiłem blogowanie. Tak autentycznie. Gdy trzy lata temu rejestrowałem domenę, traktowałem ją trochę jak kwiatek do pisarskiego kożucha. Potem jednak roślinka zaczęła pożerać swego nosiciela. W najciemniejszym okresie, gdy nie szło mi z książkami, zrodziła się myśl, że być może należy właśnie tu przekierować wszystkie siły. Za wszelką cenę próbować utrzymać tę redutę. Dziś, choć już tak nie uważam, blogowanie wciąż daje mi przeogromną satysfakcję.

Czyli jednak wchodzimy na tory narcystyczno-rozliczeniowe. No dobrze, niech będzie i tak. Jak to mówią: pewne rzeczy domagają się uzewnętrznienia bez względu na to, czy ci się to podoba, czy nie. Jaki więc był dla mnie mijający rok? O radiu już wspominałem. Natomiast w kwestiach literackich stanowił domknięcie przesilenia, które nastąpiło rok wcześniej. To w dwa tysiące szesnastym po raz pierwszy więcej energii włożyłem w twórczość sieciową, niż w książki, które byłem gotów całkowicie sobie odpuścić. Zaczęła się więc gwałtowna walka o zbudowanie siebie na nowo, dostosowanie się do tych nowych warunków.

Mój noworoczny coming out, czyli dlaczego piszę

Ale w tym roku znów poczułem dawno zagubiony smak. Znów obudziła się we mnie tamta pasja, która wiele, wiele lat temu popchnęła mnie do stukania w klawisze. Ależ ja wówczas byłem naiwny! Zresztą może właśnie o to szło, żeby się tej naiwności pozbyć, wyskrobać jej resztki jak stary, zaschnięty tłuszcz. I nie da się ukryć, że zawdzięczam to blogowaniu. Dwa lata temu uciekłem w nie, bo to było… no cóż, łatwe. Byłem zniechęcony, zmęczony, pobity przez tzw. twarde realia. Teraz czuję, że znów mam siłę stawiać im czoła. Brzmi to strasznie motywacyjnie, ale nie umiem tego inaczej wyrazić.

Zapewne głównym źródłem tej siły jest fakt, że właśnie w tym roku odkryłem – nomen omen też dzięki blogowaniu – moją wielką literacką namiętność, czyli nonfiction. Chcę się w tym kierunku rozwijać. Brak zakorzenienia w konkretnym nurcie zawsze był dla mnie powodem frustracji. Zawsze dręczyła mnie myśl, że mój twórczy gmach buduję nie od fundamentów, lecz od głowy, że sama czynność przelewania na klawiaturę słów była ważniejsza od tego, co chciałem za ich pośrednictwem przekazać. Gdy ktoś mnie pytał, o czym właściwie piszę, wpadałem w panikę, bo nie wiedziałem, co odpowiedzieć.

Teraz już wiem. Wiem też, że jasność celu, do którego się podąża, pomaga stawiać czoła przeciwnościom. Nie, nie będzie łatwiej. Wydawcy nie będą bardziej chętni. Być może będę musiał pozostać przy opcji „zrób to sam”, jednak teraz przynajmniej potrafię samemu sobie zdefiniować po co. To wspaniałe uczucie. Jakbyś się otrząsał z ciężkiego snu. Albo wyłaniał z tunelu pełnego gęstej szarej mgły, spowalniającej ruchy i osłabiającej wolę. Houellebecq miał rację, gdy w wydanym w 1991 roku eseju „Przeżyć” pisał, że każde doświadczenie jest potrzebne.

No i patrz, Króliczku, jak sentencjonalnie się zaczyna robić. Jak tak dalej pójdzie, to zamiast książek, rozkręcisz produkcję pocztówek ze złotymi myślami. W ogóle jeszcze takie gdzieś są? Chyba najwyższa pora kończyć, co? Gdzieniegdzie na naszej błękitnej planecie zbliża się już Nowy Rok. Życzmy sobie wszyscy, aby był choć trochę jaśniejszy od poprzedniego. Nie ma na to wielkich szans, ale pomarzyć nie zaszkodzi. Zresztą rzeczywistość składa się z miliardów drobnych decyzji, które każdy z nas podejmuje w każdej sekundzie. Róbmy to więc dobrze.

Polecam również

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.