„Morderstwo 101”, czyli wiwisekcja kryminału

Do filmów o pisarzach nie wracałem tak długo z jednego powodu. Pomijam tu oczywiście standardowe lenistwo. Nie mam co prawda ustalonej strategii dla tego cyklu, ale akurat w przypadku „Morderstwa 101 – czy też, jak jest on skatalogowany na Filmwebie, „Kolejnego morderstwa” – wyjątkowo zależało mi, by poszedł bezpośrednio po „Cudownych chłopcach.” Niestety długo nie mogłem go nigdzie zdybać. W moim legendarnym pudle znajduje się co prawda zawierająca go kaseta VHS (nagrana jeszcze z RTL 7), ale cóż, wiadomo. Dopiero ostatnio, ku mojej wielkiej radości, wypłynął w alternatywnych źródłach.

Właściwie to obraz widmo. Jak zresztą wiele podobnych mu, wyprodukowanych w latach dziewięćdziesiątych dla telewizji albo bezpośrednio na rynek wideo. Choć jest odnotowany zarówno w anglojęzycznej Wikipedii, jak na IMDB – o Filmwebie już wspominałem – wujcio G znacznie wyżej indeksuje miniserial i film z 2006 roku – oba o tym samym tytule. Fakt, że główną rolę zagrał tutaj Pierce Brosnan, też nie stanowi okoliczności sprzyjającej. Nie był to może już początkujący Brosnan z „Detektywa Remingtona Steele’a”, ale jeszcze nie cieszył się statusem mega gwiazdy, dzięki czemu, na szczęście dla mnie, brał telewizyjne chałtury.

Na marginesie dodam – i proszę o korektę, jeżeli plotę ambaje – że co najmniej jeszcze raz wcielił się w postać pisarza. A raczej w ekscentrycznego milionera, który wymyślił sobie, że chce być pisarzem, i zabawił się kosztem pewnego ambitnego młodzieńca. Trop podobny jak w „Autorze widmie”. Widziałem tamten film tylko raz i nie mogę sobie przypomnieć jego tytułu. Rola Brosnana – o ile to faktycznie on, bo całkiem niewykluczone, że ulegam jakimś fiksacjom – była naprawdę niewielka. Pojawił się praktycznie na samym końcu. Nic z jego oficjalnej filmografii mi niestety nie pasuje.

A dlaczego akurat po „Cudownych chłopcach”? Przede wszystkim dlatego, że – pomijając wątek kryminalny – ma podobną tematykę i dzieje się w podobnie hermetycznym świecie uczelni. Ma również delikatnie zarysowane akcenty komediowe z elementami akademickiej satyry. A jak już przy kilku okazjach nadmieniałem, bardzo lubię ten klimat. Swoją drogą nie wiem, czy wiecie, ale w literaturze – oczywiście głównie tej anglosaskiej – istnieje cały nurt zwany „powieścią kampusową bądź akademicką”, który wykrystalizował się mniej więcej w połowie dwudziestego wieku, a do jego najbardziej znanych przedstawicieli należą między innymi Dawid Lodge, Kingsley Amis, Philip Roth czy właśnie autor „Cudownych chłopców” Michael Chabon.

„Morderstwo 101”, mimo iż nie oparte na żadnym literackim pierwowzorze – a szkoda, bo dostrzegam potencjał – wprost idealnie wpisuje się w ramy tego gatunku. Zwłaszcza że w obrębie powieści akademickiej funkcjonuje osobny podgatunek skupiony wokół kryminału. Warto tu wymienić choćby cykle Edmunda Cryspina i Carolyn Gold. Na naszym podwórku ich odpowiednikiem, który tak na szybko przychodzi mi do głowy, byłby chyba – z pewnymi zastrzeżeniami – „Przylądek pozerów” Jarosława Klejnockiego. Ale do rzeczy.

Film otwiera scena brutalnej zbrodni. Kobieta zostaje zaszlachtowana we własnym domu, a zabójca maluje jej krwią satanistyczne symbole oraz napis „szatan żyje”. Oskarżonym jest mąż ofiary – ceniony w miasteczku akademickim lekarz. Jego proces przyciąga uwagę mediów, a do skazania dochodzi dzięki zeznaniom jego przyjaciela, profesora Charlesa Lattimore’a (Brosnan), który, tak się składa, jest również autorem poczytnych kryminałów. O tej sprawie też postanowił napisać książkę – tym razem non-fiction, zapewne coś w rodzaju „Z zimną krwią” – i podczas zbierania materiałów trafił na dowody obciążające lekarza.

Później przenosimy się na uniwersytet, gdzie zostaniemy już do końca. Lattimore wraca w glorii. Praca nad książką i proces wykończyły go psychicznie, lecz sukces i powodzenie u studentek – romans z jedną z nich stał się kiedyś przyczyną rozpadu jego małżeństwa – osładzają mu wyrzuty sumienia z powodu wysłania przyjaciela za kratki. Zaczyna się nowy semestr, a Lattimore ma poprowadzić warsztaty o sztuce tworzenia dobrego kryminału. Nie wszystko jednak układa się pomyślnie. Jego eks (też profesorka od literatury), którą wciąż kocha, związała się z szefem wydziału. Ten zaś już na początku przestrzega Lattimore’a, że zatruje mu życie, i radzi, by dużo zarabiał na książkach, bo dni jego uniwersyteckiej kariery są policzone.

Tymczasem rozpoczynają się zajęcia. Sala pełna ludzi planujących morderstwo doskonałe, a wśród nich nieco tajemniczy chłopak, który oczywiście darzy Lattimore’a podziwem i chce być kiedyś taki jak on. Ale też, jak się okazuje, bada sprawę morderstwa żony lekarza. To o niej zamierza pisać pracę zaliczeniową. A pomimo czci, jaką żywi wobec profesora, upiera się, że lekarz został wrobiony przez prawdziwego mordercę. Sugeruje, iż Lattimore też nie jest całkiem przekonany o winie lekarza.

Ich prywatne śledztwo – bo Lattimore po przełknięciu żaby urażonej dumy przyłącza się do młodego – uruchamia spiralę tragicznych zdarzeń. Uduszona zostaje jedna z uczestniczek kursu. A ponieważ dzieje się to w trakcie upojnej nocy, którą spędzała w ustronnym motelu z profesorem (jak to mówią, przyzwyczajenie drugą naturą człowieka), to właśnie on staje się pierwszym podejrzanym. Wygląda więc na to, że prawdziwy morderca znów kombinuje po staremu i jest gotów posunąć się daleko, by zapobiec ujawnieniu swojej tożsamości. A Lattimore – osaczony, niemal wróg publiczny numer jeden – smakuje lekarstwa, które sam zaordynował przyjacielowi.

Nie pamiętam już, jak szybko domyśliłem się, kto jest mordercą. Ale jako że bystrzacha ze mnie co się zowie, najpewniej w finale. Tak czy siak twist, który tam następuje, wydał mi się piekielnie genialny w swej prostocie. Wciąż tak uważam. Choć podejrzewam, że dla osoby lepiej obznajomionej w kryminalnych chwytach, rozwiązanie zagadki byłoby łatwiejsze. Ale jak już dawałem do zrozumienia, to nie intryga mimo wszystko była głównym czynnikiem, który sprawił, że ta historyjka pozostała w moim sercu i pamięci.

Po prostu spodobało mi się jej aż emanujące z ekranu wystylizowanie. Ujął mnie Brosnan z tą swoją roztrzepaną, ekscentryczną egzaltacją, zupełnie dla niego naturalną, dzięki której tak wyśmienicie kreuje zagubionych w realnym świecie geniuszy – vide „Kosiarz umysłów”. Ciekawie też została naszkicowana postać młodego adepta. Jest on pełen ambiwalencji: z jednej strony typowy kujon, który zapewne jeszcze do osiemnastego roku życia borykał się z pryszczami i być może dopiero ma przed sobą pierwszy raz, z drugiej – trochę bezczelny, pewien swoich racji, no i oczywiście – tak jak według Lattimore’a w porządnym kryminale powinno być – skrywa kilka tajemnic.

W tym świecie jestem stawiającym pierwsze nieśmiałe kroki i oglądającym wszystko z japą rozwartą do gleby nowicjuszem, więc nie chcę się wymądrzać, lecz myślę, że nie popełnię błędu, jeśli zawyrokuję, że „Morderstwo 101” to całkiem udana wariacja na temat schematu zamkniętego pokoju. Tutaj został on poszerzony do terenu całego uniwersytetu, jednak jest to wciąż hermetyczna, izolowana przestrzeń, w której ludzie tkwią trochę jak w pułapce, co skwapliwie wykorzystuje złoczyńca, kierując podejrzenia na coraz to inne osoby. Czy raczej scenarzysta, bo sam główny czarny charakter, mimo iż sprytny, w końcu wpada we własne sidła.

Jest to też autoteliczna gra z konwencją kryminału. Lattimore wykłada jego reguły, ale kiedy sam musi je zastosować w życiu, okazuje się, że rzeczywistość nijak się ma do fikcji. Choć zarazem, koniec końców, pomagają mu rozwikłać zagadkę. Wszystko – jak w klasycznym kryminale – jest tu cudownie stereotypowe, poskładane z klisz, wypełnia kryteria gatunku, a jednocześnie mruga do widza, co w finałowej scenie doprowadza do raptownego zburzenia czwartej ściany. Swoją drogą ciekawe, czy wyszło im przypadkiem i postanowili zachować – bo takie wrażenie sprawia – czy zostało od początku zaplanowane.

Ten film to eskapistyczna przyjemność w najczystszej formie. Jest jak pozytywka, którą się nakręca, by patrzeć, jak figurki posłusznie wykonują zaprogramowany dla nich taniec. Lecz potrafi prowokować do pytań – choćby o etykę dziennikarską i stosunek do prawdy. A poza tym zawsze marzyłem o uczęszczaniu na creative writing na amerykańskim uniwersytecie.

Polecam również