Moje przygody z postmodernizmem

Twardy dysk mojego komputera ma obszary, do których nie zaglądałem od dobrych kilku lat. Zapuściwszy się nie tak dawno temu w jeden z nich, zaskoczony odkryłem folder o nazwie „Postmodernizm”. Kiedyś żywo mnie ten nurt interesował, więc sądziłem, że tkwią tam jakieś zapomniane artykuły, a być może nawet i zeskanowana antologia przekładów pod redakcją Ryszarda Nycza, nad którą wiele godzin – zupełnie z własnej woli – spędziłem jako student. Choć tak naprawdę raczej jako początkujący pisarz, który poznawszy kilka podstawowych założeń tej myśli w obrębie refleksji literackiej, poczuł się w niej jak w domu.

Nie było tam  jednak żadnych tekstów, lecz podzielone na dwa pliki nagranie wykładu prof. Cezarego Wodzińskiego, wygłoszonego lat temu bodaj ze sześć w Krytyce Politycznej. Był to właściwie zarysowujący najogólniej problematykę postmodernizmu wstęp do całego cyklu seminariów, na które chyba miałem zamiar jeździć, ale – jak to u mnie – w końcu zwyciężyło lokomocyjne lenistwo. Tak, bo w ogóle to jeszcze były te moje bardziej rozsądne czasy, gdy zaliczałem się do ludzi światłych i postępowych, i bywało, że w różnych spotkaniach w KP czy „Wyborczej” brałem udział. Może nie to, że namiętnie, ale z przekonaniem, iż lewicowy duch, i tylko on jeden, zbawi ludzkość.

Tak mi się więc ciut ckliwie zrobiło za tym sobą dawnym i za tym poczuciem bycia po jasnej stronie mocy. Ale przede wszystkim, z niekłamaną przyjemnością, ponownie przesłuchałem sobie prelekcję Wodzińskiego. I pod jej wpływem znów zacząłem intensywnie przemyśliwać, jak to właściwie jest z tym postmodernizmem – w ogóle, ale też i w moim własnym obejściu. Bo cały czas mam takie nieodparte wrażenie, że on się jakoś za mną ciągnie. Zupełnie wbrew okolicznościom.

Bo fakt faktem – mogę się wypierać bezpośrednich związków z nim na płaszczyźnie szeroko pojętych przekonań, ale co do formuły, co do struktury zarówno mojego postrzegania świata, jak i pisania, rzecz już się lekko wikła. Zbyt mocno na mnie zaciążył, zbyt silne poczułem z nim utożsamienie, kartkując w czytelni BUW tę antologię Nycza, by móc się jednoznacznie odżegnać. Gdy po wydaniu „Drzewa różanego” w jednej z nielicznych recenzji przeczytałem, że rzecz rozmywa się w postmodernistycznych wtrętach i ujawnianiu szwów rzeczywistości, w którą czytelnik już niemal zdążył uwierzyć, to choć wszystko we mnie było na nie – bo nie z taką intencją „Drzewo” pisałem – to jednak na poziomie konstrukcji książki musiałem tej opinii przyznać rację.

Postmodernistyczna forma – charakterystyczny dla niej gatunkowy eklektyzm, poetyka cytatu i właśnie owo autotematyczne obnażanie szwów, które ma pokazać odbiorcy, że nie obcuje z realnym bytem, lecz z konstruktem – to oczywiście wyraz fundamentalnej dla ponowoczesnej myśli nieufności wobec tzw. twardych kategorii. To chyba najbardziej mnie zafascynowało w okresie studiów. To, że każda utrwalona i spetryfikowana konwencja potrzebuje krytycznego namysłu, by nie stać się bezwyjściową pułapką. Że należy ją zdekonstruować, by uświadomić sobie jej ograniczenia, a więc wykonać krok ku wolności. Bo rozeznanie gramatyki być może jeszcze z pęt dyskursu nie oswobadza, ale przynajmniej pozwala zrozumieć, że nie jest on żadną neutralną przestrzenią.

I to się tyczy przecież nie tylko literatury, lecz w ogóle życia. Tak czy siak, zawsze w końcu przychodzi taki moment, gdy musimy poddać rewizji prawdy i przeświadczenia, którymi się otaczamy. I nie wszystkie z tej weryfikacji wyjdą zwycięsko. Część rozsypie się w pył, a inne staną się warunkowe, podejrzane, z piedestału dogmatu przesuną się na pozycję możliwości do wyboru. No dobrze, może nie jest to absolutną koniecznością, bo jednak całkiem sporo ludzi przechodzi przez świat w pozbawionym choćby najmniejszej rysy epistemologicznym pancerzu, ale niektórzy po prostu genetycznie muszą wątpić.

I ja zupełnie naturalnie tę optykę przyjąłem. W życiu poskutkowała ona między innymi tym, że porzuciłem wiarę w Boga, a nieco później również mity o postępie, nowoczesności oraz o nieuniknionym triumfie demokracji liberalnej, co – zwłaszcza z punktu widzenia kontaktów towarzyskich – było (ba, wciąż jest) tyleż zabawne, co niekiedy smutne. No ale jak już chce się wyciągnąć konsekwencje z pytań, które same uporczywie cisną się do zadawania, trzeba to zrobić do końca, nawet za cenę alienacji. W przeciwnym razie zatrzymujesz się w połowie drogi, a cały podjęty wysiłek okazuje się niewart funta kłaków. A że boli? No boli. Nikt nie obiecywał, że będzie przyjemnie.

W literaturze stało się właśnie to, czego żywym sejsmicznym zapisem jest „Drzewo różane”. Dziś, ponad trzy lata od publikacji, mogę śmiało powiedzieć, że ta powieść nie wypaliła. Nie wypaliła, bo stoi okrakiem na dwóch rzeczywistościach, a przez to jest tak naprawdę dla nikogo – dla tzw. zwykłego czytelnika, który od książki oczekuje przede wszystkim rozrywki, zbyt poplątana, a dla tych bardziej „ą ę” za mało „ą ę”. Mogę nawet dokładnie wskazać punkt przełamania. Jest nim czwarty rozdział, a konkretnie scena w wieży ciśnień, gdy Bartek nagle sobie uzmysławia, że Rosen jest postacią fikcyjną. Potem było już z górki.

Pamiętam, jak pisałem ten fragment. Pamiętam, jak dosłownie w jednej chwili spruło się całe moje zakorzenienie w klasycznej narracji, tak jakby już od dawna rozsadzał je odśrodkowy prąd. Po prostu nie dało się już dłużej tej reduty utrzymać. Nie, jeżeli chciało się pozostać w zgodzie z samym sobą. Ostatnich kilka lat to dla mnie zrzucanie kolejnych literackich skór, budzenie się z kolejnych rojeń i rozkręcanie do ostatniej śrubki kolejnych schematów. Wiem, że za to zapłacę. Już płacę. Ale choćbym nawet najgoręcej pragnął, nie mogę się już cofnąć i zamknąć tych drzwi.

I w sumie można by powiedzieć, że do tego momentu ja i postmodernizm kroczymy ramię w ramię. Co więcej, wszystko wskazuje, że dalej będziemy kroczyć. Ale tu również zaczyna się zasadnicza rozbieżność. Bo jeśli postmodernizm jest filozoficzną, artystyczną lub jakąkolwiek inną artykulacją ponowoczesności, czyli duchowego i intelektualnego stadium cywilizacji, w którym zaprzeczenie urasta do rangi aksjomatu i narzędzia wykuwania nowego porządku, to ja się muszę temu sprzeciwić. Jedno, czego jestem pewien i co do czego nigdy nie żywiłem wątpliwości, to to, że nie uprawiałem negacji dla samej negacji. Jeśli coś podważałem, to po to, żeby uzyskać coś większego, wspanialszego. Przecież każda destrukcja w ostatecznym rozrachunku służy odbudowie. Choćby nawet dokładnie tego samego, co zniszczyliśmy tylko po to, by się przekonać, że nie było warto.

Postmodernizm nie jest oczywiście wyłącznie czystą dekompozycją. Stanowi nade wszystko zbiór idei ufundowanych na krytycznej analizie oświeceniowego rozumu. Jego główny cel to podkopywanie usankcjonowanych form. I chyba właśnie to obok zaciekawienia wzbudziło też moją rezerwę. I to już na początku. Czyż bowiem głoszenie kresu wielkich narracji samo nie jest roszczącą sobie pretensje do hegemonii narracją? Czy możliwe byłoby demistyfikowanie języka z tegoż języka wykluczeniem? I tak dalej, i tak dalej.

Trudno byłoby mi też pominąć stricte polityczne afiliacje postmodernizmu. Jonah Goldberg, opisując sukces Derridy w USA i w ogóle triumf refleksji ponowoczesnej na amerykańskich uniwersytetach lat sześćdziesiątych, jednoznacznie wiąże te zjawiska z dokonującą się wtedy neomarksistowską rewoltą społeczną. W jego ujęciu subtelni intelektualiści, którzy wytrwale, krok po kroku, kruszyli klasyczny kanon, tak naprawdę – świadomie lub nie – współdziałali z bojówkarzami z Czarnych Panter czy radykałami zarażonymi ideologią Herberta Marcusego. Myśl, że cały ten kram został uruchomiony tylko w celu wytworzenia znaczeniowej pustki, w którą będzie można zaimplementować inną – totalitarną – aksjologię, musi niepokoić.

Nie jestem zorientowany w bieżącej humanistyce na tyle, by bawić się w rozstrzyganie, czy postmodernizm nadal obowiązuje, czy też wkroczyliśmy już w jakąś nową epokę. Ale biorąc tę kwestię na tak zwany chłopski rozum, zaryzykowałbym twierdzenie, że ta czaszka śpiewa chyba coraz cichszym głosem. Nie tylko dlatego, że bardzo wiele zatrutych owoców myśli ponowoczesnej już rozkłada ciało zachodniej kultury, ale przede wszystkim dlatego, że owe wielkie narracje przeżywają obecnie swój renesans, zadając kłam prorokom końca historii.

I jeszcze niespodziewany epilog. W trakcie pisania tego tekstu dowiedziałem się, że Cezary Wodziński zmarł. Dziwnie się z tym poczułem. Równocześnie zdarzyło się kilka innych rzeczy. Z jednej strony w Warszawie parada środowisk LGBT, których emancypacja stała się możliwa dzięki mrówczym wysiłkom podgryzaczy tradycji, a z drugiej – ta strzelanina w gejowskim klubie w Orlando, w której zginęło coś około pięćdziesięciu osób. Dokonał jej mężczyzna identyfikujący się z państwem islamskim. Czyli znów wielka fundamentalistyczna narracja.

  • Adam

    Niedawno widziałem grubą książkę: ” Kulturowa historia literatury” Nowa publikacja, przekartkowałem, same nowe zjawiska w humanistyce:) Ale dość drogą. JEst w księgarni Liber na Krakowskim. A tak odnośnie postmodernizmu, to ja też jestem dzieckiem swoich czasów.

    • Brzmi intrygująco. Często sobie wyrzucam, że zaniedbuję lektury z zakresu humanistyki. Dla życia umysłowego byłoby to niewątpliwie o wiele bardziej owocne, niż np. babranie się w polityce. A też może i tę politykę widziałoby się z nieco szerszej perspektywy. No a dziećmi swoich czasów to wszyscy jesteśmy – czy tego chcemy, czy nie.

      Dzięki za odwiedziny i zapraszam ponownie.