Życie

Mój noworoczny coming out, czyli dlaczego piszę

Są sprawy, które trzeba załatwić, by móc ruszyć dalej. Są takie teksty, które po prostu trzeba kiedyś napisać, bo od dawna w tobie pęcznieją i domagają się ujścia. Są kroki, które muszą zostać uzasadnione, i tajemnice, które trzeba wywlec na światło dzienne, by pozostać fair wobec siebie i tej garstki, dla której to, co robisz, ma jakikolwiek sens. Są wreszcie tematy, które jak żadne inne nadają się właśnie na początek roku, gdy potrzebujesz kopa na rozpęd, a wszystkie najlepsze anegdoty – jak choćby ta o sąsiedzie, który rok temu zjawił się u ciebie z życzeniami, utrzymując, że przez ostatnich kilka miesięcy był zagranicą, choć w tym okresie wielokrotnie go spotykałeś – już utraciły swój termin przydatności.

Poza tym… wiecie, jak to jest – nowy rok, nowy początek, ale i okazja do spojrzenia wstecz, do dokonania kilku obrachunków i odpowiedzenia samemu sobie na kilka pytań, których i tak zbyt długo się unikało. A im więcej lat na karku, tym częściej człowiek ogląda się przez ramię i usiłuje zsyntetyzować przeszłość. A ja, jakby nie patrzeć, ukończyłem w październiku tych lat trzydzieści i siedem. Niedługo dotrę – ba, może już powoli docieram? – do magicznego punktu, w którym co prawda wciąż jeszcze więcej ma się przed sobą niż za sobą, ale mimo to niektóre ścieżki są już dla nas nieosiągalne, gdyż w swoim zasadniczym kształcie zostaliśmy zdefiniowani i jeśli nawet mogą nastąpić jakieś przeobrażenia, to tylko w jego ramach.

Tak naprawdę pewnie chodzi o czas, o coraz boleśniejszą świadomość, że on się nam kurczy i nie zrobimy wszystkiego, o czym marzyliśmy. Niby wiemy, że jesteśmy śmiertelni, a jednak na co dzień o tym nie myślimy. Czasem potrzebna jest śmierć kogoś bliskiego, by nam o tym brutalnie przypomnieć. A i wtedy nie od razu wyciągamy wnioski. Zamiast zmierzać do celu, wciąż się miotamy, hamletyzując jak licealiści, którymi przecież już od dawna nie jesteśmy. W takiej sytuacji trudno uniknąć pytań o popełnione błędy i o to, jak ich uniknąć w czasie, który nam pozostał.

Tuż przed ostatnim Bożym Narodzeniem uświadomiłem sobie, że minęły dwadzieścia dwa lata, odkąd postanowiłem schrzanić sobie życie, decydując, że będę pisał. Dwadzieścia dwa lata! Całe pieprzone pokolenie! Uwierzylibyście? Popełniłem od tamtej pory mnóstwo głupot, parę osób na pewno skrzywdziłem i zaprzepaściłem kilka niezłych szans – choćby na karierę uniwersytecką, do której podobno miałem zadatki. Cholera, przepuściłem nawet okazję, żeby zostać papieżem! Tak, tak, bo i taka perspektywa mi się kroiła. Tylko w tym jednym byłem zabójczo konsekwentny. Zabójczo jak terminator – można by rzec. Pisać! Podporządkowałem temu dosłownie wszystko. Nie zasadziłem drzewa, nie zaciągnąłem kredytu we frankach na m3, nawet na szkolenie dla korposzczurków, na które raz mnie zaproszono, nie pojechałem. Bo pisanie! Śpię też pod jego dyktando.

Wszyscy moi kumple już dawno pozakładali rodziny i podorabiali się wrzodów. Tylko ja cały czas siedzę w tej dusznej dziupli z odrapanymi ścianami i plakatem „I want to believe” nad biurkiem, wbijając obłąkany wzrok paranoika w ekran i napierdalając w klawisze te słowa, które przeczyta może sześć osób. No dobra, trochę mnie poniosło. W moim pokoju wcale nie jest duszno, ściany kilka lat temu odnowione, a nad biurkiem nie wisi zamazane zdjęcie UFO, lecz dwie fajne żaglówki. Latający spodek trzymam zwinięty w szafie – emoticon wink.

Rozgoryczenie? Żal? Nie, w takich kategoriach bym tego chyba nie określił. Prawdopodobnie gdyby dano mi powtórną możliwość wyboru, postąpiłbym identycznie. Po prostu w zeszłym roku pierwszy raz poczułem się zmęczony, a może i trochę rozczarowany. Poczułem jakieś przesilenie, związane chyba głównie z tym, że blog, który w początkowych założeniach miał być jedynie wsparciem dla właściwej pracy, zepchnął ją na boczny tor. A stało się tak, bo owa praca, pomimo wieloletnich wysiłków, nie została uwieńczona sukcesem i w blogu zacząłem poszukiwać jego substytutu. To straszne robić coś przez dwadzieścia lat i w gruncie rzeczy niczego ważnego nie osiągnąć. Ci, którzy wieszczyli mi upadek, mogą otwierać szampana.

Wiem, mogę za to podziękować wyłącznie sobie. Wszystkie okoliczności zewnętrzne – rynek wydawniczy toczony patologiami, kolesiostwo, spisek tych, co już dorwali się do żłobu i nie chcą dopuścić nowych, i od czorta innych bzdur, jakimi swe niepowodzenia usprawiedliwiają sfrustrowani kandydaci na noblistów… to ma jakieś znaczenie, ale tak naprawdę najsłabszym ogniwem zawsze jesteś ty sam. A ja? Cóż, może w decyzji, by pisać, byłem uparty, ale już co do tego, jak to ma wyglądać, jak tym pokierować, niekoniecznie. Tak jakby akt wiązania słów był ważniejszy od tego, co chcę za jego pośrednictwem przekazać.

A stąd już niedaleko do graniczącego z pewnością podejrzenia, że cały ten interes z pisaniem to jeden wielki pic na wodę, narzucona samemu sobie iluzja, której się uczepiłem jak pijany płotu z braku lepszego pomysłu na życie. Zbyt tchórzliwy, by podołać realnym wyzwaniom, zbyt opieszały, by zrobić prawdziwą karierę tam, gdzie dawano mi na to szansę, za bardzo rozmemłany i zakochany w idei samego siebie jako pisarza, by faktycznie wprowadzić ją w czyn. Mam 37 lat i jestem dokładnie w tym samym punkcie co w 1994 roku. Nieźle, kurwa, co? Ale dlaczego sobie to zrobiłem? Dlaczego jestem własnym wrogiem?

Patrzę więc wstecz i usiłuję odnaleźć tamtego chłopca – grubawego, z potarganymi włosami, zakompleksionego tym, że ma słaby wzrok i trochę za duży brzuch, przez co nie podoba się dziewczynom. A zwłaszcza takiej jednej, której imię na zawsze utonie w mrokach historii. Tamtego chłopca po lekcjach grzecznie idącego na portiernię, na której pracuje jego mama, jedzącego tam obiad i kulącego się w kącie, żeby kumple go nie zobaczyli. Żeby ONA go nie zobaczyła. Bo jak by wypadł? Zbuntowanego faktem istnienia śmierci, ubierającego się na czarno, słuchającego Slayera i rysującego pentagramy i odwrócone krzyże na marginesach zeszytu od matmy.

Tak… i właśnie tu tkwi ta wielka tajemnica, przed którą tyle lat uciekałem. Ludzie sięgają po pióro, pędzel czy inne narzędzie dobrowolnej udręki z różnych powodów. Niektórzy, bo mają coś istotnego do przekazania światu, inni, bo chcą na przykład zarobić. Ja nie potrafiłem być ani tym, ani tym. Moim jedynym celem było udowodnienie samemu sobie, ale także innym, także… jej, że mogę stać się czymś więcej, przekroczyć narzucone mi ograniczenia, zrzucić to przeklęte odium kalectwa, tę ciągnącą się za mną jak kula u nogi łatkę Syna Portierki. Co za kompromitacja! A więc to były takie niskie pobudki? To w imię czegoś takiego spaprałeś sobie życie? Och, stary! Tak to już jest, kiedy ktoś próbuje dokonać transgresji.

Wiecie, wstydzę się tego wpisu. Wstydzę się, bo nikt nie powinien aż tak się obnażać, a poza tym jest tyle naprawdę ważnych spraw, przy których moje grzebanie paluchem w bebechach jawi się jako szczyt próżności. Ale niech to, że go piszę, a jeszcze bardziej to, że go publikuję, będzie moją pokutą. Ale też i znakiem nadziei, że skoro potrafię o tym pisać, to znaczy, że mogę to zostawić za sobą i pójść dalej. Że może jeszcze nie wszystko z kretesem straciłem. Bo coś być musi, do cholery, za zakrętem.

Eksterioryzuj to, Króliczku! Eks-ter-io-ry-zuj!

Polecam również

  • Artur Boratczuk

    „Wszyscy moi kumple już dawno pozakładali rodziny i podorabiali się
    wrzodów. Tylko ja cały czas siedzę w tej dusznej dziupli z odrapanymi
    ścianami i plakatem „I want to believe” nad biurkiem, wbijając obłąkany
    wzrok paranoika w ekran i napierdalając w klawisze te słowa, które
    przeczyta może sześć osób.”

    Nie przesadzaj Marcin. Nas, czytających regularnie Twój blog, jest co najwyżej troje:) Ale nie przejmuj się, kochamy Cię i jesteś nam potrzebny, bo dzięki Tobie każdy z nas może powiedzieć: „Jakie to szczęście, że nie jestem taka cipa jak Królik”:)
    Doceniam szczerość wpisu, ton histeryczno-pesymistyczny jest u Ciebie normą, tak więc jestem pewien, że nie targniesz się na życie, a zatem wszystko przed Tobą, choć nie oczekuj zbyt wiele:) Trzymaj się.
    Artur
    PS. Z Nowym Rokiem łagodzę politykę antynetową (NQ, Net Easing, luzowanie sieciowe ) stąd ten wpis. Będę się czasem odzywał

    • You’re so swet, man! I always knew I can count on u 🙂 Ale wiesz… mam tu wpisy dobijające do tauzena wyświetleń, więc w sumie nie wiem, czy to histeryzowanie nie staje się powoli manierą literacką. Choć i tak nie dorównam Bukowskiemu.

      • No a skoro zapowiedziałeś, że będziesz się częściej odzywał, to ja będę musiał bardziej uważać na to, co plotę 🙂

  • Takie publiczne otwieranie się jest trudne, ale (chyba) dobre dla psychicznej higieny. Nie byłbym w stanie czytać bloga opartego WYŁĄCZNIE na tego typu wynurzeniach, ale zamieszczanie takich tekstów raz na jakiś czas tylko umacnia Twoją wiarygodność jako człowieka w oczach czytelników. Wiadomo, każdy chciałby pisać o sobie w samych superlatywach, jaki to o on nie jest to czy śmo, kozak, geniusz, miszcz i tak dalej. Ale skoro wszyscy tak robią, nikt w to już nie wierzy. A tu proszę bardzo, kawałek prawdziwego wnętrza, z flakami i Wogle. Dla mnie bomba.

    • Dzięki za uznanie. Ja też nie przepadam za czytaniem blogów opartych wyłącznie na bebechach. A ten tekst… powiedzmy, że był mi potrzebny, by móc pokuśtykać dalej.